Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko



Nganga - Nzambe

Charakterystyczną rzeczą niemal wszystkich religii są świątynie i miejsca kultu i to niedwuznacznie wyeksponowane. Właśnie to zmyliło pierwszych Misjonarzy, którzy twierdzili, że Afrykanie buszu równikowego nie mają żadnych religii, ani nawet żadnego pojęcia Boga. Dopiero ich następcom, po bardzo wnikliwych i dociekliwych obserwacjach, udało się zauważyć nie tylko pojęcia, ale prawdziwy i bardzo rozwinięty kult, który niestety w niczym nie przypomina znanych kultów wielkich cywilizacji.

            Jak zatem przedstawia się afrykańska religia i co stanowi jej istotę?

  1. Jak wspomniano wyżej, religie afrykańskie w zasadzie nie mają żadnych świątyń ani uprzywilejowanych miejsc kultu, poza nielicznymi wyjątkami.  
  2. Drugą charakterystyczną rzeczą jest ich przekonanie o istnieniu Boga - Nzambe, który stworzył wszystko co jest dobre i piękne i sam będąc bardziej czy mniej szczęśliwy i mając swoje problemy z innymi bogami w niczym nie miesza się do spraw ludzkich. Do tego stopnia, że przyzywanie Boga może być nawet złorzeczeniem i dlatego należy Go zostawić w spokoju, w żadnym względzie się Go nie obawiając.  
  3. Problem jest raczej ze strony złych bogów, czy jak oni mówią, złych duchów, które chcą zniszczyć, a nawet unicestwić istniejący świat. Żeby im przeszkodzić, trzeba ich w jakiś sposób ułagodzić, zadowolić czy nawet zabiegać o ich protekcję czy przychylność.  
  4. Czwartą i to najbardziej charakterystyczną rzeczą jest ich przekonanie, że dusza ludzka, w jakiś sposób nieśmiertelna, po śmierci człowieka wchodzi w ten właśnie świat złych czy mszczących się duchów, wałęsających się nieustannie po ziemi. Góry, lasy i rzeki to szczególnie umiłowane przez nich miejsca. Tam też można je konsultować i składać im ofiary.

Absolutne przekonanie trwa do dziś w świadomości Kongijczyków, że człowiek w zasadzie nie ma prawa umierać. A jeśli umarł, to znaczy, że ktoś zjadł jego duszę, robiąc mu przez to oczywiście krzywdę, którą należy pomścić. On, znaczy się zmarły, będzie się mścił na swoich bliskich, krewnych i znajomych i dlatego ci ostatni robią wszystko, by odnaleźć sprawcę śmierci i proporcjonalnie go ukarzą, po prostu zabijając go. Śmierć za śmierć - w ten sposób zadowolą i usatysfakcjonują biedną i poszkodowaną duszę.

Cała więc religia zwana animizmem (anima = dusza) obraca się wokół zmarłych i dlatego też najbogatsze i najdłuższe ceremonie związane są ze śmiercią i pogrzebem. Dusza ludzka w całym tym kontekście ma raczej sens pejoratywny i zamiast szacunku i litości wzbudza lęk i strach.  

Ceremonie pogrzebowe trwają, w zależności od delikwenta, od kilku dni do kilku miesięcy. Jeszcze do niedawna pierwszym etapem ceremonii pogrzebowych było wędzenie ciała zmarłego nad ogniem, co pozwalało na przedłużenie ceremonii bez żadnych dodatkowych komplikacji. Nocne czuwania przy zmarłym ściągają rodzinę z najdalszych zakątków świata, bowiem niestawienie się na te czuwania rzuca podejrzenie o zjedzenie duszy…

      Ostatnim natomiast etapem jest wystawienie kosztownego grobowca czy nagrobka nad miejscem pochowania, które to miejsce nierzadko znajduje się tuż obok domu, a nawet w domu. Cmentarze komunalne znane są od niedawna i tylko w największych miastach.

Elementami pomocniczymi, ale istotowo związanymi z animizmem, są fetysze, fetyszyści albo fetyszerzy i związane z tym słowo „ fetyszyzm”.

Wielu jest przekonanych, że fetyszyzm i animizm to dwie różne rzeczy. Tak – w istocie jest! Ale obie razem tworzą jedną religię zwaną „animizm- fetyszyzm”.

Nganga czyli fetyszer, po polsku czarownik, to człowiek, który ma do dyspozycji nieskończoną ilość fetyszy. Nganga to po prostu „kapłan” czyli pośrednik między ludźmi, a bogami czy raczej złymi duchami.

Fetysz, kiri –kiri, kisi= talizman, tabu, zabobon, gusło itp. … W każdym wypadku jest to jakaś rzecz, która ma moc zrobić już to coś pozytywnego, już coś negatywnego. Można by więc mówić o fetyszach obronnych, które zapewniają bezpieczeństwo np. w czasie polowania czy na wojnie, o leczących z dolegliwości i wszystkich możliwych chorób, a także o przynoszących szczęście np. w czasie egzaminu czy meczu sportowego, jak również o atakujących czyli przynoszących nieszczęście zaplanowanej osobie jako jeden ze sposobów zemsty. Może to być np. wypadek drogowy, niepowodzenie w karierze zawodowej, choroba, śmierć czy jeszcze coś innego.

Niektóre fetysze są tradycyjnie, powszechnie czy regionalnie znane np. muszle, muszelki, ogon czy głowa węża, ogon czy kawałek skóry lwa, słonia, pantery czy jeszcze innego zwierza. Mogą to być jarzyny, owoce, kora drzew, liście, kwiaty itd.… mogą też być, bez przesady, zwierzęta i owady żywe. I tak, jedne trzeba nosić przy sobie – w kieszeni, na ręce, szyi lub nodze albo i wpięte we włosy, inne wystarczy trzymać w domu czy gdzieś tam zakopane w ziemi, inne jeszcze trzeba połknąć, zjeść lub wypić… itd. … wszystko to zależy od dokładnych wskazań fetyszera.

Następną grupę stanowią fetysze „artificiele” czyli sztuczne, to znaczy sfabrykowane przez fetyszera „ ad hoc” na każdą okazję. Ta grupa jest najliczniejsza, zależy bowiem od imaginacji fabrykanta. Zwykle są to pokrojone na drobne lub zamienione na popiół niektóre z powyższych np. część małpy, żaby, żółwia, kury, kaczki, ziaren owoców, włosów, a nawet kości i czaszki zmarłych ludzi czy padłych zwierząt (por. słynny, transmitowany przez TV- Congo proces okradzenia cmentarza brazzavillskiego, właśnie na fetysze).

Ogień, dym, kadzidło, świeczki, zapachy… wszystko to razem nie jest pomijane przez fetyszerów. Różne diety dożywiające czy odchudzające idą dokładnie w parze. Słowa „fetysz, fetyszer” używane są tylko przez białych i naukowców, wszyscy inni praktycznie używają słowa powszechnie znanego ”kisi”. Słowem tym oficjalnie określa się również wszystkie lekarstwa i produkty farmaceutyczne.

Gdy zaś idzie o samych fetyszerów, to trudno wiedzieć ilu ich jest. Jedni są bardzo głośni i znani w całej okolicy, inni trochę mniej, a jeszcze inni są jakby miejscowi, powszedni i na co dzień korzysta się z ich usług. Oczywiście, każda najmniejsza usługa jest odpłatna w zależności od serwisu i kategorii fetyszera. Może się wahać w granicach od zarobku jednodniowego aż do miesięcznej pensji, a nawet więcej.

Nie rzadko fetyszera nazywają gerisserem czyli uzdrawiaczem, po polsku znachorem. Znają bowiem tzw. medycynę tradycyjną – zielarstwo, które niestety wymieszane jest na potęgę z wszystkimi fetyszami.  

Fetyszerzy, zwłaszcza gdy są w akcji, nie skąpią oryginalnych i specyficznych strojów, makijaży, dzwonków, dzwoneczków, tam-tamów i oczywiście krzyku, wycia i dzikich tańców, wpadając bardzo często w trans. Zdarza się, że konsultują swoich bogów, a nawet składają im ofiary. Może nie wszyscy, ale pewna cześć, korzysta z nadprzyrodzonej siły i inteligencji szatana. Nie bez racji, kiedy stolica Polski po Gnieźnie i Krakowie była już przeniesiona do Warszawy o Afryce wiedziano i mówiono tylko, że jest to niezbędne królestwo ludożerców i szatana.

Fetyszerzy, mimo swej ignorancji i bez litości, cieszą się u ludzi opinią nieomylnych i wszystko mogących. Stanowią oni jakby inną kategorię ludzi, o których nigdy się nie mówi czy są dobrzy czy źli. Oni po prostu są i są na każde zawołanie jedynym i niezawodnym - według opinii ludzi - remedium, zwłaszcza, gdy już sprawdzono inne możliwości.

Trzeba przyznać, że są to szarlatani wysokiej klasy, ludzie odważni i o silnej woli, znający słabość psychiczno - intelektualną swoich czarnych współbraci, stosują niekiedy hipnozę, a sugestię z całą pewnością i w każdym wypadku.

Rola fetyszerów mimo cywilizacji i ewangelizacji prawie nie maleje. Korzystają z nich mimo zakazów nasi katolicy, korzystają poganie, korzystają dyrektorzy i inżynierowie po studiach europejskich, nie wykluczając ministrów.

Jedynie co wydaje się być optymistyczne to to, że wśród młodzieży nie ma za dużo kandydatów do kontynuowania tego niezwykłego zawodu.

W związku z przekonaniem o długowieczności, problem religii u Afrykańczyków to nie problem zbawienia wiecznego czy jakiejś nirwany, a problem uzdrawiania, leczenia z chorób i niemocy. Często nasi chrześcijanie pytają nas dlaczego my Misjonarze nie uzdrawiamy tak jak Pan Jezus czy Apostołowie, czy nawet jak to robi wiele sekt z ruchem charyzmatycznym na czele i ze znanymi na całym świecie Harrisem i Tardiv’em.   

Ks. Bronisław Puchała,
Kongo-Brazzaville,
Głoście Ewangelię 1988 (1), s. 38 –45.