Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko



Nieplanowany wyjazd do Republiki Konga

            Kto przypuszczał, że wykupiony na dzień 10 kwietnia 2013 r. bilet do Polski dla księdza Józefa Piszczka, nie tylko się mu nie przyda, ale że w tym dniu będzie pogrzebany w kongijskiej ziemi. Wiadomość o jego nagłej śmierci zaskoczyła nas wszystkich bez wyjątku. 

Wyprawa organizowana wprędce
 
            Wobec tego smutnego faktu trzeba było podjąć decyzję o pożegnaniu go na kongijskiej ziemi. O sprowadzaniu znalezionego po trzech dniach w wodach Alimy (rzeki przepływającej obok plebanii) ciała, nie było mowy. Z prostego względu. Ksiądz Józef w swoim testamencie napisał, że jeśli śmierć go zastanie w Afryce, tam chce być pochowany. Bardzo szybko zgłosiło się pięciu księży, którzy chcieli wziąć udział w ostatnim pożegnaniu misjonarza w Kongu. Wśród nich proboszcz rodzinnej parafii księdza Józefa – ks. Marek Mroczek, byli wikariusze parafii Oyo – ks. Jan Betlej (pracował z księdzem Józefem w okresie 1990-1992) i ks. Tomasz Atłas (pracował z księdzem Józefem w okresie 2002-2004), ksiądz Jan Piotrowski – były misjonarz na południu Konga (1985-1991) i ja, piszący ten artykuł. Poleciały z nami dwie siostry księdza Józefa – s. Rozalia, albertynka i p. Józefa. Było to dla nich wielkie przeżycie, w którym można było dostrzec równie  ich wielką wiarę. Do Konga przybyły po raz pierwszy i choć wiedziały, że nie spotkają swojego ukochanego brata, ta podróż była im bardzo potrzebna. Mimo woli wzbudzała emocje i uczucia, ale też koiła na duchu.
 
Polecieliśmy bez wizy, zaopatrzeni w odpowiednie dokumenty wydane przez nuncjaturę apostolską w Brazzaville i przez odpowiedni urząd państwa, który zapewniał, że wiza będzie nam przyznana na miejscu. Bardzo zaangażowany w to przedsięwzięcie był ks. Bogdan Piotrowski, proboszcz w parafii Jezusa Zmartwychwstałego i Bożego Miłosierdzia w stolicy Konga. On też wraz z ks. Tomaszem Kanią proboszczem w Gamboma (100 km od Oyo) oraz siostrami józefitkami Matyldą, Liljozą, Noemi i Rozanną, odegrali wielką rolę we wszystkich działaniach, które trzeba było podjąć w okresie ośmiu dni między śmiercią a pogrzebem. Ksiądz Tomasz kursował miedzy swoją Gambomą a Oyo i tu spędzał noce, by być na miejscu przy podejmowaniu różnych działań. Siostry zaś, zarówno w Oyo, jak i w Brazzaville czuwały nad wszystkim, co potrzebne było, by przygotować pod każdym względem czekające nas 10 kwietnia smutne wydarzenie.
 
Córka prezydenta Republiki zadbała o to, aby ks. Bogdan wraz z siostrami józefitkami z Brazzaville mogli się szybko przemieścić do Oyo po otrzymaniu szokującej wiadomości, podstawiając w tym celu mały samolot. 
 
Zauważona delegacja
 
            Zaplanowany wyjazd samochodem do Oyo na drugi dzień po przylocie do Brazzaville, nie doszedł do skutku. Nasze przemieszczenie nastąpiło samolotem. Otóż prezydent Republiki, dowiedziawszy się o śmierci księdza Józefa, proboszcza parafii, z której szef państwa pochodzi, oraz o przyjeździe naszej delegacji, przeznaczył odpowiednią sumę pieniędzy na wydatki związane z pogrzebem, w tym również z naszą obecnością. Następstwem tego był podstawiony na drugi dzień ten sam wspomniany mały samolot (on też miał nas na swoich skrzydłach zanieść do Brazzaville po zakończonych uroczystościach pogrzebowych, a więc po dwóch dniach), którym polecieliśmy na północ kraju do oddalonego o 520 km Owando – stolicy diecezji, na terenie której leży Oyo. Dlaczego do Owando? Tam, w kostnicy szpitalnej, spoczywało ciało księdza Józefa. Ksiądz Jan Betlej został dopuszczony, by pomodlić się przez chwilę i pokropić je wodą święconą. My staliśmy na zewnątrz i modliliśmy się. Następnie udaliśmy się w stronę Oyo, a s. Matylda Jóźwiak została, by ubrać ciało i złożyć je do trumny. Przez cały czas towarzyszyła temu ciału przybywając z nim wieczorem do Oyo przed godziną 19.00. 
 
Pogrzeb
 
Tego wieczoru 9 kwietnia przed kościołem oczekiwało dużo ludzi. Był miejscowy biskup Victor Abagna, nasi wspomniani już misjonarze wraz z ks. Marianem Pazdanem, który doleciał i dojechał z południa Konga (około 1000 km), siostry józefitki i naturalnie my.
 
Uroczystości pogrzebowe ks. Józefa Piszczka rozpoczęły się czuwaniem wieczornym. Trwało ono całą noc. Mszy św. wieczornej przewodniczył ks. Jan Betlej. Kazanie wygłosił ks. Jan Piotrowski. Całą noc mieszkańcy Oyo i przybyli goście czuwali przy trumnie z ciałem księdza Józefa. Niektórzy spali pod gołym niebem lub w kościele, oczekując uroczystości pogrzebowych następnego dnia.
 
Miejscowi ludzie bardzo przeżywali nagłe odejście ich proboszcza. Kiedy zaczynaliśmy nasze czuwanie pod przewodnictwem miejscowego biskupa, ten nie mógł rozpocząć z powodu szlochów i głosów wyrażających żal. Kilka razy zaczynał, a ludzie jakby w ogóle nie reagowali na słowa swojego biskupa. Trwało to kilka minut.
 
W dniu pogrzebu, Eucharystii, w której wzięło udział 7 biskupów Kościoła kongijskiego i ponad 100 księży, przewodniczył biskup miejsca. Kazanie wygłosił nuncjusz apostolski w Republice Konga i Gabonie, Polak,  abp Jan Roméo Pawłowski. W świetle słowa Bożego o Jezusie Dobrym Pasterzu przypadającego w tym dniu w liturgii, kaznodzieja przedstawił posługę  misyjną ks. Józefa, misjonarza pokornego, otwartego na każdą ludzką biedę, gotowego służyć wszystkim i zatroskanego o Kościół w Kongu.
 
Po Eucharystii miały miejsce  świadectwa i przemówienia przedstawicieli Kościoła i kongijskich władz. Został również odczytany list  bpa tarnowskiego Andrzeja skierowany na ręce biskupa diecezji Owando – Victora. Bardzo uczuciowo i z dużym szacunkiem dla księdza Józefa przemówił jego wikariusz (trzeci z kolei) ks. Pacifique Thiemiabeka. Siostra Wanda Matysik, przełożona delegatury sióstr józefitek w Afryce swoje słowo ostatniego pożegnania wygłosiła w imieniu wszystkich sióstr zgromadzenia, wśród których znamienną liczbe stanowią siostry pochodzenia afrykańskiego. Pod nieobecność prezydenta republiki, głos zabrał jego przedstawiciel w osobie ministra w kancelarii prezydenta,  który w imieniu szefa państwa udekorował pośmiertnie księdza Józefa medalem za „zasługi dla Konga”. Przemawiał również burmistrz miasta Oyo, który w bardzo ciepłych słowach wyeksponował cechy zmarłego misjonarza i jego zasługi dla miejscowej społeczności. Zaliczył księdza Józefa do najlepszych obywateli miasta. Mnie zaś przypadł zaszczyt przemówić w imieniu naszej delegacji.
 
Zgodnie z wolą księdza Józefa, jego ciało zostało pochowane w kongijskiej ziemi. Grób znalazł swoje miejsce przy grocie maryjnej wzniesionej przez księdza Józefa w odległości kilkudziesięciu metrów od kościoła. W uroczystościach pogrzebowych wzięło udział kilka tysięcy osób: chrześcijan (i nie tylko) z Oyo, a nawet przybyłych z Brazzaville – stolicy Konga oddalonej o ponad 400 kilometrów od miejsca pogrzebu.
 
Po pogrzebie  wiele osób, zaczynając od miejscowego biskupa, mówiło do mnie: „Proszę księdza, na miejsce księdza Józefa oczekujemy jakiegoś księdza z Tarnowa, by poprowadził dalej czynione przez niego dzieło. Tuż przed wyjazdem z Oyo zbliżył się do mnie przewodniczący rady parafialnej niejaki Marius. Przyszedł specjalnie, by prosić o misjonarza z naszej diecezji. Parafianie z Oyo dobrze wiedzą kogo i co stracili. Ks. Borice Mokélé, kanclerz kurii diecezjalnej, w swoim świadectwie o naszym zmarłym kapłanie tak się wyraził: „Księże Józefie, Twoje imię może oznaczać: radość, posłuszeństwo, prostotę, przykład, przebaczenie i pokorę”. Takiego mieli księdza pośród siebie.
 
Drugi ważny grób
 
            Smutna okazja pogrzebania ciała księdza Józefa na północy Konga, pozwoliła nam na odwiedziny innego grobu tarnowskiego misjonarza – na południu kraju. Chodzi oczywiście o grób naszego męczennika ks. Jana Czuby, którego 15-ta rocznica śmierci przypada w tym roku. Całodniowa wyprawa nie obyła się bez przygody. Po pokonaniu około 100 km fatalnej drogi (na szczęście nowa jest w budowie), na 6 km przed dotarciem do celu, jeden z trzech samochodów naszej wyprawy, ugrzązł w błocie. Jednego koła nie było widać. Żadne „domowe sposoby” w tym przypadku nie pomogły. Nawet wyciąganie jednego samochodu przez drugi nie powiodło się nie tylko z braku odpowiednich środków technicznych, a zwłaszcza liny, ale ponieważ zagrzebanie się w błocie było po prostu doskonałe. Po półtorej godziny zmagań na pełnym słońcu Opatrzność zesłała nam traktor, który stanowi zaplecze mechaniczne przy budowie nowej drogi. Dopiero ta potężna maszyna pozwoliła nam jechać dalej.
 
            Dostęp do Loulombo jest uciążliwy nie tylko z powodu fatalnego stanu drogi, ale że  jest ona  na ostatnim odcinku  zarośnięta bujnymi trawami. W końcu dotarliśmy. Na miejscu zastaliśmy proboszcza Feliksa Maboundou, który z nami celebrował Eucharystię, a wcześniej szczerze nas przywitał. Celebrze przewodniczył, wypowiadając okolicznościowe słowo, ks. Tomasz Atłas.
 
            Kościół jako tako utrzymany. Widzieliśmy nawet przygotowane deski, które będą przytwierdzone do betonowych siedzeń (dotychczasowe, umieszczone przez naszych misjonarzy zostały skradzione podczas rebelii 2002-2003). Plebania, dzięki zapobiegliwości ks. Bogdana Piotrowskiego, otrzymała na nowo dach, rozkradziony na sprzedaż podobnie jak dach kościoła i domu sióstr podczas wspomnianej rebelii. Nie we wszystkich otworach okiennych są okna. Tylko tam, gdzie mieszka proboszcz i będący na stażu diakon. To jednak był widok nieporównywalnie lepszy od tego sprzed pięciu lat, kiedy zastaliśmy same ruiny porośnięte trawami. To zadowala, że od niemal pięciu lat na nowo w tej parafii jest ksiądz, że życie religijne nie zamarło i że w niedzielnej Eucharystii uczestniczy około 100 osób. Po mszy św. podszedł do mnie przewodniczący rady parafialnej, oznajmiając, że mieszkający tu kiedyś i obecnie chrześcijanie założyli stowarzyszenie im. ks. Jana Czuby i w jego ramach pragną realizować różne projekty. Pierwszym miałoby być wykonanie ołtarza z prawdziwego zdarzenia. Poparłem ich inicjatywę, prosząc jednak o spełnienie pewnych warunków. Poprosiłem też, aby gdzieś blisko kościoła i grobu umieścili trudno zniszczalny przez warunki atmosferyczne napis: „Zostaję na miejscu do końca”. Wcześniej w kościele powiedziałem im, „że” i „kiedy” ich dawny proboszcz zadeklarował te słowa. Okazało się, że o nich nie wiedzieli. Prosiłem więc, aby przekazywali je z pokolenia na pokolenie, bo one świadczą o miłości, którą wobec nich nosił w sercu ksiądz Jan.
 
            Grób jest dobrze utrzymany. On szczególnie przemawia do tych, którzy przy nim mogą fizycznie stanąć. Trzeba się tylko modlić, by przemawiał również do wielu, których noga nigdy tam nie stanie, a szczególnie do tych, którzy o tym grobie zapomnieli i nie mówią o miłości i wierności tego, którego ten grób wziął w swoje ramiona.
 
Eucharystia dziękczynna 
 
            Nasza obecność w Kongu stworzyła również możliwość świętowania. Mogliśmy w sposób bardziej uroczysty wspomnieć o okoliczności, która została podkreślona już w liście biskupa tarnowskiego Andrzeja Jeża do biskupa diecezji Owando Victora Abagni napisanym z okazji śmierci księdza Józefa, którego „śmierć, a przede wszystkim posługa, wpisuje się mocno w czterdziestoletnią pracę księży tarnowskich w diecezji Owando, stając się ziarnem, które obumarło i – jak wierzymy – wyda swoje owoce”. Ta 40-ta rocznica obecności księży diecezji tarnowskiej przypada na połowę maja 2013 roku. Tak więc z miesięcznym wyprzedzeniem antycypowaliśmy tę rocznicę, dziękując Bogu za żyjących i nieżyjących już misjonarzy, za ich posługę i świadectwo. W czasie Eucharystii, której wypadło mi przewodniczyć, wypowiedziałem słowa, które nawiązywały do ogromu pracy i poświęcenia naszych tarnowskich misjonarzy: „Dzisiejsza msza św. jest szczególną okazją, by dziękować Bogu za 40 lat ewangelizacji podjętej przez księży fidei donum diecezji tarnowskiej. Dlaczego zostawili swoją ojczyznę, rodzinę i przyjaciół? Dlaczego powzięli decyzję przybycia do Konga i dawania świadectwa bycia uczniem Jezusa zmartwychwstałego? Ponieważ byli przekonani, jak Apostołowie, że nie mogą nie mówić i nie mogą nie dzielić z innymi tej miłości Chrystusa, która wypełniała ich serca. Ci, którzy głosili i głoszą Ewangelię w Kongu to grupa 28 kapłanów. Niektórzy pracowali czy pracują więcej niż 25 lat (ksiądz Józef), prawie 25 lat, 24, 23, 22 lata, 19, 17 lat, inni mniej. Trzech pracujących obecnie jest dzisiaj z nami (ks. Bogdan Piotrowski, Ks. Marian Pazdan i ks. Tomasz Kania). Oni wszyscy zostawili wśród was, Kongijczyków, swój dar wiary – trzeba o tym powiedzieć w Roku Wiary. Zostawili ich świadectwo przynależności do Chrystusa, trud głoszenia Ewangelii i katechizowania. Budowali kościoły, kaplice i szkoły, apteki i studnie głębinowe, a nawet zakładali księgarnie – jak to uczynił wasz pierwszy proboszcz z Tarnowa ks. Józef Ziobroń. Obecny wasz proboszcz ks. Bogdan rozbudował plebanię, wybudował sale parafialne i dom dla sióstr. Myślę jednak, że największym jego darem dla was, to jego bycie z wami w momentach najtrudniejszych i ważnych dla kraju, i parafii, kiedy doświadczaliście bratobójczej walki. Ale pośród tarnowskich misjonarzy jest dwóch, których Kościół tarnowski oddał w ręce kongijskiej ziemi na zawsze. Znamy ich dobrze: ks. Jan Czuba zamordowany w Loulombo w październiku 1998 r. i ks. Józef Piszczek pochowany przed czterema dniami w Oyo. Przez ich oddanie oraz miłość do Chrystusa i ludzi, zwłaszcza ubogich, stali się prawdziwymi świadkami wiary, którą przekazywali. Ich wierność Chrystusowi i kapłaństwu, jak również ludziom, dla których tu przybyli, staje się dla nas: księży, sióstr zakonnych i wszystkich chrześcijan, wielkim wyzwaniem. Pozwólcie, że tę wierność zilustruję osobą księdza Jana Czuby. Wyraził ją mocno w słowach, których być może nie znacie. Na dwa dni przed swoją śmiercią, która wyraźnie zaglądała mu w oczy, napisał w liście do swego kolegi: «Zostaję na miejscu do końca». One świadczą o wielkiej miłości i wierności wobec Kongijczyków, do których został posłany przez Kościół. Ale w sensie figuratywnym możemy uczynić je dewizą wszystkich 28 misjonarzy tarnowskich. Oni na pewno chcą, aby słowo, które głosili, aby wierność, którą świadczyli, aby miłość, którą żyli zostały tu na zawsze i były ziarnem, które wpadając w kongijską ziemię do końca obumiera i przynosi plon w postaci różnorakiego dobra”.
 
            Po zakończeniu Eucharystii, podczas której modliliśmy się również za zmarłego księdza Józefa,  była okazja przedstawić wszystkich obecnych i byłych misjonarzy. Księdza Bogdana nie trzeba było przedstawiać. Pracuje tu w stolicy ponad 15 lat. Księdza Mariana Pazdana przedstawiłem jako „wielkiego” budowniczego, równie wielkiego narodowego sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Louvakou w diecezji Nkayi, a ks. Tomasza Kanię, od niedawna proboszcza katedralnego w Gamboma, które w lutym bieżącego roku zostało stolicą nowo utworzonej diecezji, jako kapłana pełnego zapału misjonarskiego, który w jedenastym roku swojej posługi w Kongo pozostawił już wiele dzieł służących miejscowemu Kościołowi i społeczeństwu w ogóle.
 
            Parafia Pana Jezusa Zmartwychwstałego i Bożego Miłosierdzia, dzięki jej proboszczowi  ks. Bogdanowi jest w posiadaniu relikwii bł. Karoliny, bł. Jana Pawła i św. Faustyny. Te ostatnie uroczyście po praz pierwszy zostały wniesione do Kościoła i od tej niedzieli będą służyły rozwijaniu kultu polskiej świętej.
 
            Na koniec ks. Bogdan wspomniał o obecności we wspólnocie: dwóch sióstr księdza Józefa s. Rozalii i p. Józefy, oraz trzech polskich sióstr józefitek,  których zgromadzenie od 1975 roku związane jest z ewangelizacją Konga, prowadzoną – do dnia 2 kwietnia 2013 roku – w dwóch parafiach wspólnie z misjonarzami tarnowskimi.
 
Ks. Krzysztof Czermak
Głoście Ewangelię 2(2013), s. 14-20.