Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko



Zachodni Kazachstan polem misyjnej pracy księży tarnowskich

We wrześniu 2007 roku dane mi było po raz pierwszy postawić nogę w Azji. Udając się do Kazachstanu, by odwiedzić tarnowskich kapłanów z bp. Januszem Kaletą na czele, wiedziałem, że ten kraj jest „misyjny”, czyli pod jurysdykcją Kongregacji Ewangelizacji Narodów. Nie wiedziałem jednak, co to znaczy w praktycznej rzeczywistości, przeżywanej tam przez naszych misjonarzy. 

Prapoczątki 

W dniu 6 sierpnia 1999 roku Jan Paweł II mianował tarnowskiego kapłana ks. Janusza Kaletę administratorem apostolskim w zachodnim Kazachstanie. Księdzu Januszowi powierzone zostało terytorium, składające się z czterech obłasti (województw). Jego powierzchnia przekracza grubo dwa razy terytorim Polski, a mieszka na niej ponad dwa miliony mieszkańców. Wtedy, u progu nowego tysiąclecia istaniała na tym terenie tylko jedna parafia katolicka. Miejscem tym było ponad 250 tysięczne miasto Aktjubińsk. Oficjalny początek parafii datowany jest na rok 1979 i związany z działalnością ks. Karla Thomasa Gumpenberga, który przybył tu organizować parafię wśród Niemców przymusowo wysiedlonych z Powołża i Odessy. Wspólnota ta, jeszcze za czasów Breżniewa, otrzymała z Moskwy pozwolenie na rejestrację, na sprawowanie kultu oraz na budowę kościoła, który został poświęcony w 1983 roku. Od 1993 roku duszpasterzem jest ks. Tadeusz Smereczyński, kapłan diecezji lubelskiej, wielki protektor drogi neokatechumenalnej, przez którego zostałem gościnnie przyjęty. Przy okazji muszę zaznaczyć, że w tej właśnie parafii został uruchomiony pierwszy stały punkt Caritas w administraturze apostolskiej. Działalność Caritas jest formą preewangelizacji bardzo potrzebną w tamtym środowisku. W domu przebudowanym w 2006 r. na potrzeby Caritasu, od jesieni do wiosny wydawana jest zupa i chleb dla około 100 osób dziennie. Potrzebujący mogą się wymyć i oddać do wyprania swoją odzież. W sezonie zimowym liczni w tej rzeczywistości bezdomni śpią najczęściej na gorących rurach miejskiego systemu centralnego ogrzewania. Łatwo wtedy o oparzenia, zwłaszcza gdy się jest pijanym. Dlatego prowadzone jest też ambulatorium, gdzie można uzyskać podstawową pomoc medyczną.

Właśnie w takim kontekście istnienia jedynej wspólnoty katolickiej, organizował administraturę ks. Janusz Kaleta. Na „stepie” innej kultury i innych religii (ponad 77% Kazachów kojarzonych z islamem i ponad 15% Rosjan kojarzonych z cerkwią prawosławną), istaniała mała „wysepka” chrześcijan katolików.

Początki

Rozpoczęcie organizowania administratury przez ks. Janusza Kaletę poprzedzone było uczestnictwem w ingresach biskupów w nowoutworzonych wtedy administraturach w Astanie i w Ałmaty oraz diecezji w Karagandzie. Swój ingres ks. Janusz odbył oczywiście w Aktjubińsku w obecności ówczesnego nuncjusza Mariana Olesia i miejscowych biskupów. Jednak prawdziwy ingres w społeczność i rzeczywistość, w której wypadło mu zakładać Kościół, był bardzo trudny. Od czego zacząć? Przyjeżdżając z ks. Waldemarem Patulskim do Atyrau, na zakupionej w Aktjubińsku wołdze, ks. Janusz posiadał dwa telefony kontaktowe, przekazane mu przez nuncjusza. Mogłyby one pomóc w zainstalowaniu się w tym mieście i ewentualnie w poszukiwaniu osób związanych z Kościołem katolickim, ale okazało się, że jeden był nieosiągalny, a drugi nic nie wnosił w tę trudną sytuację. Zamieszkali kilkanaście dni w hotelu i zaczęli poszukiwać mieszkania, które wnet zakupili w pięciopiętrowym bloku mieszkalnym (nieprawnie, bo nie można było nabyć prywatnie mieszkania obcokrajowcom, a administratura jeszcze oficjalnie nie została zarejestrowana – były w związku z tym kłopoty, ale dzięki dobrym ludziom szybko zostały zażegnane, po oficjalnym pozwoleniu na działalność religijną) i które stało się pierwszą własnością administratury. Podobne mieszkania, jako punkt spotkań członków Kościoła katolickiego, zostały zakupione później także w Uralsku, Chromtau czy Kulsarach. Trudno jednak ich jakości w jakikolwiek sposób porównywać z mieszkaniami blokowymi, oddawanymi do zamieszakania ludziom w Polsce, nawet w czasach najgłębszego komunizmu. Nie trzeba być bardzo wymagającym estetą, by wygląd zewnętrzny budynków i klatki schodowej budził estetyczny dystans, a nawet niesmak. Mieszkanie w Kulsarach zasługuje na szczególne „wyróżnienie”. Otóż na całym, dużym osiedlu nie ma wody. Są rury, instalacje, ale nie ma tej podstawowej, życiodajnej cieczy. Aby jednak nie przedstawiać sytuacji jako beznadziejnej, trzeba uczciwie powiedzieć, że w zimie jest ciepła woda, a przez cały rok dostępna zimna w zbiorowych kranach umiejscowionych na osiedlu.

Do pierwszych katolików, żyjących w Atyrau, ks. Janusz dotarł przez miejscową gazetę Прикаспийская коммуна (Prikaspijskaja komuna), która kiedyś otrzymała order Lenina. W niej udzielił wywiadu, z którego o przybyciu księży katolickich dowiedziały się osoby o pochodzeniu niemieckim z organizacji „Wiedergeburt”. Zwołano spotkanie i tak doszło do pierwszych kontaktów.

W dniu 29 lutego 2000 roku otrzymano pozwolenie na działalność religijną. Administratura została oficjalnie zarejestrowana. Ale już na wiosnę czuwająca prokuratura zakwestionowała legalność tej działalności, gdyż nie było według niej odpowiedniej liczby katolików. Księża poszukali około 30 ludzi miejscowych i przebywających czasowo, by złożyli podpisy, iż są zainteresowani spotykaniem się na modlitwę w miejscu wskazanym przez ks. Janusza. Udało się. Ksiądz Janusz zaczął uczyć języka niemieckiego. Ściągnął przez to ludzi tego pochodzenia, nie władających już językiem swoich ojców. Niestety, za niedługo trzy rodziny opuściły Kazachstan i udały sie do Niemiec. Był to duży ubytek w ówcześnie rodzącej się wspólnocie Kościoła katolickiego w Atyrau.

Z nabyciem ziemi pod przyszły kościół i budynek administratury były trudności. Kiedy ostatecznie zakupiono plac pod budowę kościoła, w tygodniku atyrauskim „Ак жайык” (Ak żajik – po kazachsku Biała Rzeka) ukazał się artykuł, w którym podsumowano śledztwo dziennikarskie odnośnie nabycia tej ziemi. Na szczęście redaktor naczelny tej gazety stwierdził, że nie ma dowodów, że ziemia została nabyta nielegalnie, a działalności dwóch polskich księży nie należy się bardzo obawiać.

Życie wspólnoty było ciągle inwigilowane przez KNB (Komitet Nacjonalnoj Bezopasnosti – kazachstański spadkobierca KGB). Kiedy w roku 2000 cztery osoby pojechały z ks. Januszem do Rzymu na spotkanie młodych z okazji Roku Jubileuszowego, kilkakrotnie proponowano im współpracę.

Na początku, katolików zainteresowanych uczestniczeniem we mszy św., przygotowaniem do sakramentów św. było rzeczywiście mało. Dla kogo budować kościół?

Aby przekonać siebie i innych, że katolicy w Atyrau jednak są, na Boże Narodzenie 2000 wspólnie ze stowarzyszeniem „Wiedergeburt”, ks. Janusz zorganizował spotkanie w restauracji „Golden Rose”. Przyszło na nie około 200 osób. To była ważna odpowiedź na działania podejmowane przez przeciwników Kościoła. Przystąpiono więc do budowy kościoła, oraz pomieszczeń admninistratury, a następnie w 2004 r. domu dla sióstr zakonnych. Poświęcenie kościoła miało miejsce w dniu 4 sierpnia 2002 roku. Dom sióstr zakonnych i centrum duszpasterskie oddano do użytku w listopadzie 2005 r. 

Kościół wdzięczny babuszkom

Bardzo się ucieszyłem, kiedy na witrażach kościoła w Atyrau, obok scen biblijnych (prezbiterium), na bocznej ścianie, oprócz postaci Jana Pawła II, biskupów Kazachstanu i wiernego ludu (scena upamiętniająca pielgrzymkę papieską w Kazachstanie z września 2001 r.), oraz postaci Jana di Piano Carpini (legat papieski, włoski franciszkanin, a wcześniej uczeń i towarzysz św. Franciszka z Asyżu, jeden z pierwszych Europejczyków, który wraz z Benedyktem Polakiem na dworze wielkiego chana Mongołów w okolicach Karakorum, pozostawił opis podróży, którą odbyli w latach od 16 kwietnia 1245 do 18 listopada 1247, później prowincjał franciszkanów we Wrocławiu) i Benedykta Polaka, zobaczyłem również cztery babuszki, z których jedna – Anna Mienich, żyje po dzień dzisiejszy. Jaką rolę odegrały babuszki na terenie byłego Związku Sowieckiego, nikomu nie trzeba tłumaczyć. Te święte „przekaźniczki” wiary, które prawdopodobnie nie doczekają się oficjalnego wyniesienia na ołtarze, zadbały o to, aby Kościół przetrwał w ludziach, którym został na siłę odebrany. Szczególną rolę w tym przetrwaniu odegrała Gerlina Mienich, matka Anny, która w swoim domu organizowała wspólną modlitwę i udzielała chrztu. Odchodzących do Pana katolików odprowadzała na cmentarz. Biskup Janusz opowiadał mi, że przy pierwszym z nią spotkaniu poddany był swoistemu rodzaju egzaminowi z katechizmu. By udowodnić swą wiarygodność, że przybywa w imieniu Kościoła, by ten Kościół tu tworzyć, musiał powiedzieć wobec babuszki Gerliny Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, Wierzę i wymienić najważniejsze święta katolickie.

Młody Kościół

Budynek administratury z kościołem leżą około 15 km od Morza Kaspijskiego i 150 m od rzeki Ural, która jest umowną granicą między Europą a Azją. Kościół, któremu przewodzi ks. bp Janusz Kaleta (15 września 2006 r. mianowany biskupem i 23 listopada na niego wyświęcony w Rzymie), jest małą trzódką i liczy mniej niż 1 promil wszystkich mieszkańców terenu administratury. Wierni tworzą ten Kościół w 7 parafiach.

O misyjności Kościoła świadczy podstawowy fakt, że nie zdołał się on jeszcze wcielić w miejscową kulturę. W całym Kazachstanie nie ma jeszcze ani jednego księdza Kazacha, a księży urodzonych na kazachskiej ziemi jest kilku. Nadzieją na dobry początek napawa fakt, że w diecezji karagandyjskiej, najbardziej katolickiej ze wszystkich w Kazachstanie, do święceń kapłańskich przygotowuje się jeden diakon, rodowity Kazach. We wspomnianych 7 parafiach administratury w życiu Kościoła uczestniczy tylko kilku Kazachów. Niestety, do tego czasu nie ma duszpasterzy, którzy posługiwaliby się językiem kazachskim. Problem z przystąpieniem Kazachów do wspólnoty Kościoła podyktowany jest również tym, że – tak jak wszędzie w świecie islamu – ten, kto przyjmuje wiarę katolicką jest poczytany za zdrajcę. Rodzina go odrzuca, narażony jest na nieprzyjemności w pracy. To nie jest łatwe.

Te miejsca wspólnot powiększone są o odległy o 330 km od Atyrau Tengiz, gdzie w każdą niedzielę celebrowana jest po angielsku msza św., dla pracowników największego pola naftowego w Kazachstanie, na którym operatorem jest amerykańsko-kazachska TCO - Tengizchevroil - spółka joint venture eksploatująca od 1993 r. złoża w Tengizie. Największym jej udziałowcem jest Chevron (50%), ExxonMobil (25%), oraz kazachski KazMunayGas (20%) i rosyjski LukArco (5%). W różnych inwestycjach na tym polu naftowym pracuje około 20 tys. ludzi. We mszy św. uczestniczy regularnie około 80 osób różnych narodowości, większość z nich stanowią Filipińczycy.

Na terenie admninistratury w pracy duszpasterskiej zaangażowanych jest obecnie 8 księży. O młodości Kościoła, zaszczepianego na terenie administratury w Atyrau, świadczy choćby liczba chrztów udzielonych od 2001 roku. Udzielono ich ponad 120, w tym około 50 dorosłym osobom. Udzielanie sakramentu chrztu nie jest codzienną uroczystością. Ks. Wojciech Maślanka, który przybył do Kazachstanu pod koniec sierpnia 2003 roku mówił mi, że jeszcze nie ochrzcił nikogo.

Ci, którzy w niedzielę przychodzą do kościoła na terenie administratury, to reprezentanci wielu grup narodowościowych. Są wśród nich Filipińczycy, Amerykanie (również z Alaski), Włosi, Kanadyjczycy, mieszkańcy Wenezueli, Ekwadoru, Argentyny, Nowej Zelandii, Rosji, Singapuru, Indonezji, Polski, Węgier, Ukrainy czy Białorusi. Już przez ten fakt dostrzegamy trudności w urządzeniu duszpasterstwa.

Największą wspólnotę tworzą oczywiście wierni w Atyrau, 170-tysięcznym mieście wojewódzkim. Tutaj w każdą niedzielę celebrowane są trzy msze św. – po angielsku, po rosyjsku i po włosku. Najliczniej uczęszczana jest msza św. w języku rosyjskim, na którą przychodzi regularnie około 50 osób. Pozostałe cieszą się przede wszystkim zainteresowaniem osób, których pobyt w Atyrau związany jest z pracą w spółkach wydobywających ropę naftową. Na msze angielską i włoską przychodzi regularnie około 30 i 20 osób.

W Atyrau do przyjęcia chrztu św. przygotowuje się co roku kilka osób. Niektórzy, zwłaszcza pochodzenia kazachskiego, dosyć długo są związani z parafią, ale trudno się im zdecydować na chrzest. Obecnie takich kandydatów jest dwóch. Oprócz katechezy przedsakramentalnej prowadzony jest kurs biblijny, odbywają się również spotkania małej grupy „Communione e Liberazione”. Bardzo starannie, w trzech różnych „chórach” przygotowywane są śpiewy liturgiczne na msze św. w poszczególnych językach.

Inicjatywą godną zauważenia jest darmowy kurs języka angielskiego, do którego od kilku lat dostęp mają wszyscy chętni, niezależnie od pochodzenia i wyznawanej religii. Katolika na nim prawie nie uświadczy. Uczestniczy w nim, w tym roku, ponad 250 dzieci i młodzieży, a prowadzi go starsza pani z Kanady, z pochodzenia holenderka, którą w Polsce nazwalibyśmy świecką misjonarką.

Obecny personel duszpasterski w parafii Przemienienia Pańskiego w Atyrau tworzą ks. Wojciech Maślanka i ks. Marian Brach, który przybył do Kazachstanu wraz ze mną tym samym samolotem. Biskup Janusz ucieszył się z tego powodu, a ja i nie tylko, podziwiam decyzję ks. Mariana i życzę mu błogosławiącej ręki Boga nad pracą, którą podjął. Ksiądz Wojciech pracował tu już od sierpnia 2003 r. do maja 2005 roku, następne dwa lata spędził w Uralsku duszpasterzując z ks. Janem Trelą z diecezji rzeszowskiej. Pracę na miejscu, jak i daleko poza Atyrau, ułatwia dar diecezji tarnowskiej z 2004 roku w postaci samochodu marki skoda.

Kościół i kościół w Uralsku

W leżącym przy granicy z Rosją, a oddalonym 520 km od Atyrau Uralsku, na stałe kapłani zawitali w marcu 2003 roku. Pierwszymi jej duszpasterzami byli redemptoryści polscy. Wspólnotę Kościoła, zbierającego się w mieszkaniu księży w bloku, który jest ledwo dostrzegalną częścią 180. tysięcznego miasta, tworzy regularnie około 15 wiernych, a w sposób nieregularny do 50 osób. Biskup Janusz w przyszłości myśli o zorganizowaniu wspólnoty w Aksaj oddalonym od Uralska 120 km. Będzie to zapewne możliwe po będącej na ukończeniu budowie kościoła.

Jak wszędzie, także w Uralsku, toczyła się na początku batalia o ziemię pod kościół. Ostatecznie udało się wydzierżawić prawie pół hektara ziemi, w tzw. 6 mikrorejonie. Nie obyło się przy tym bez dramatyczno-komicznych sytuacji: gdy już zaczęto robić ogrodzenie placu, zgłosił się człowiek, który przedstawił akt własności na właśnie grodzoną ziemię. Okazało się na szczęście, że miejski geodeta źle zlokalizował plac pod kościół i plebanię. Ogrodzenie trzeba było o 40 metrów przestawić. Jeszcze rok temu, gdy biskup Janusz zapraszał mnie do Kazachstanu, miałem nadzieję, że wezmę udział w poświęceniu tego kościoła. Niestety, prace budowlane się nieco przedłużają. Powodem jest zarówno ogrom i duży koszt wykonywanej pracy, jak trudności ze znalezieniem dobrych robotników. Dzięki Bogu, od ponad roku pracuje na budowie rodzinna firma z Uzbekistanu. Mieszkańcy tego kraju dość często podejmują pracę w dalekim dla nich Kazachstanie. Pracują szybko, stosunkowo tanio i solidnie. Kościół wraz z zapleczem duszpasterskim – zaprojektowany podobnie jak kompleks w Atyrau przez panią Elżbietą Langer z Bochni – już stoi i jest piękny. Po 70. latach, kiedy to komuniści zlikwidowali kościół katolicki (podobnie jak 14 cerkwi prawosławnych), wieża z krzyżem w liczącym 200 tys. mieszkańców mieście, na nowo obwieszcza, że również tu dotarli katolicy.

Potrzeba jeszcze kilku miesięcy, by wspólnota z bloku przeniosła się do „prawdziwego” kościoła. Księża też noszą w sercu nadzieję, że grupa wiernych się powiększy. Ludzie bowiem mają duże opory do religijnych zebrań w mieszkaniach; kojarzy się im z działalnością sekciarską. Wykończenie wnętrza będzie się równało z rozpoczęciem kultu. Całe bowiem wyposażenie kościoła przyjechało z Polski. W czasie mojego pobytu w Kazachstanie „Tir” przywiózł transport ważący 22 tony. Na własne oczy widziałem, że jest wszystko: marmurowy ołtarz, ambonka, witraże, ławki, potężne cztery żyrandole, nagłośnienie, meble do zakrystii, szopka. Biskup Janusz mówił, że w sfinansowaniu tego wyposażenia ma swój duży udział również diecezja tarnowska.

Najmniejsza trzódka

W niedzielę 23 września wypadło mi znaleźć się wraz z biskupem Januszem w 40. tysięcznych Kulsarach. Administratorem tutaj w czasie od jesieni 2004 do lata 2006 roku, był ks. Dariusz Buras (potem przez rok był ojcem duchownym w jedynym dla całego Kazachstanu seminarium w Karagandzie). Historia jego ofiarnej, z misjonarskim zapałem podejmowanej działalności jest ciekawa. By zebrać ludzi, dał ogłoszenie do gazety zapraszając ich na spotkanie na Boże Narodzenie 2004. Nowych wiernych nie pojawiło się wielu, przyszli natomiast policjanci, zastając tym razem w mieszkaniu ks. Janusza Kaletę prowadzącego przygotowanie do mszy św. Wszyscy zebrani musieli spisać własnoręcznie zeznania, co robią w tym mieszkaniu, natomiast on został zabrany na komisariat i po dokładnym przesłuchaniu zwolniony z zapewnieniem, że w zasadzie wszystko jest w porządku. Kara grzywny za prowadzenie „nielegalnej” działalności (administratura została zarejestrowana już w 2000 roku!) została jednak wymierzona, ale ks. Dariuszowi. Wydawało się dodatkowo, że nie będzie mógł on przedłużyć wizy i opuści Kazachstan. W lokalnej prasie, „złapanie” katolików na modlitwie przedstawiano jako sukces policji i KGB. Ostatecznie na kilka dni przed zakończeniem wizy ks. Dariusz otrzymał „wid na potojannoje żytielstwo” – pozwolenie na stały pobyt, czyli kazachską zieloną kartę. Samodzielną parafię w Kulsarach udało się zarejestrować dopiero po kilku miesiącach żmudnych starań.

W 2005 r. został w Kulsarach zakupiony dom wraz z ziemią. Od roku trwa jego przebudowa. Za kilka tygodni będzie gotowa kaplica, mieszkanie dla księdza i pomieszczenia na kancelarię i dla potrzeb katechezy. Na stałe przeniesie się tu ks. Cezary Komosiński z diecezji gdańskiej, obecny wikariusz generalny administratury apostolskiej. Skończą się uciążliwe wędrówki z Atyrau do Kulsarów 230 km., potem w niedziele rano 100 km do Tengizu i 100 z powrotem.

W czasie mojej obecności we mszy niedzielnej, jeszcze w mieszkaniu w bloku, uczestniczyło tylko trzy kobiety i mężczyzna oraz dwoje dzieci. Dowiedziałem się, że oczekiwana grupa miała być większa, ale... jedna osoba po prostu nie przyszła, inna niedawno urodziła syna, którego planują wnet ochrzcić, ktoś inny remontuje samochód, a jeszcze inny wyjechał do Atyrau... Łukasz zaś, jeden z kleryków pomagający w czasie wakacji księżom w Kazachstanie, uczestniczył w Kulsarach we mszy św., na którą przyszło trzy osoby, w tym jedna jeszcze nie ochrzczona. Księża chwalą się jednak, że na święta uczestników mszy św. jest dużo więcej niż wiernych w miejscowym meczecie. Można by pomyśleć jak się ma te cztery osoby do 460 kilometrów, w tym ponad 100 (nie dawno cała jej długość) przejechanych okropną drogą, często po stepie.

Dalekie Chromtau

W linii prostej to 17. tysięczne miasto, które szczyci się drugim miejscem w świecie, gdy chodzi o złoża chromu, jest oddalone od Atyrau o około 700 km. Problem w tym, że na odcinku około 300 km. nie ma normalnej, przejezdnej drogi. Zwykle jedzie się obok tej bitej, przez step, ale samochodem osobowym to bardzo czasochłonne i prawie niemożliwe. Księża jeżdżą zwykle pociągiem. Biskup Janusz uznał, jednak, iż na taką podróż nie ma w tym wypadku czasu, a że Aktjubińsk i Chromtau warte są zobaczenia, mam tam dolecieć samolotem. Tak też zrobiłem. Na lotnisku czekał na mnie ks. Janusz Potok. On też mieszka w bloku, a życie tamtejszego Kościoła toczy się w darowanym przez katolików pochodzenia niemieckiego, małym domku, nad którym widnieje krzyż. W niedzielę w tej, trzeba powiedzieć, kaplicy, zbiera się na Eucharystię około 20 osób, w święta nawet do 40. Ale również w powszedni dzień jest ich stosunkowo dużo. W czasie moich odwiedzin w poniedziałek przyszło 8 kobiet i 2 mężczyzn. Ciekawić może fakt, że jedna z nich – organistka, nie przyznaje się do żadnej religii, czy Kościoła. Jak na razie, nie ma kandydatów do chrztu. Podobnie do I Komunii św. W tym roku przystąpiły do niej 3 osoby. Jedynie do zawarcia sakramentu małżeństwa przygotowuje się jedna para.

Trzeba mieć nadzieję, że nowy samochód podarowany przez diecezję tarnowską, pozwoli ks. Januszowi dotrzeć jeszcze do trudnych geograficznie miejsc, gdzie ludzie nigdy, albo bardzo dawno, nie widzieli katolickiego księdza.

Ewangelizacja w takim kraju jak Kazachstan, to niełatwe zadanie. Biskup Janusz mówi, „my nie chodzimy po domach, jak Świadkowie Jehowy, ale chodzimy po urzędach i tam spotykamy ludzi, zarówno wśród urzędników, jak i w kolejce”. Samo chodzenie po urzędach w tak doskonale zbiurokratyzowanym państwie, daje okazję nie tylko do wyrabiania sobie heroicznej cnoty cierpliwości, ale właśnie do wielu spotkań, rozmów i dawania chrześcijańskiego świadectwa. Ks. Janusz zaś z Chromtau opowiadał mi o spotkaniu ewangelizacyjnym z pewną kobietą, gdy wracał w sierpniu z urlopu z Polski. W pociągu relacji Kijów-Uralsk spotkał Kazaszkę z Uralska, która dowiedziawszy się, że jest księdzem, zainteresowała się chrześcijaństwem. Otworzyła szeroko oczy, gdyż o Kościele katolickim dowiedziała się z „Kodu Leonarda da Vinci”. Ks. Janusz więc, wraz z jej mężem przekazał ją we właściwe ręce, to znaczy proboszczowi w Uralsku. Zadzwonił jeszcze z pociągu i umówił ich z nim na dworcu. Szkoda, że nie znam dalej efektów tego spotkania.

Mój ponadtygodniowy pobyt w Kazachstanie potwierdził we mnie przekonanie, że dzisiaj misje ad gentes są we wielkich miastach. To one, a właściwie mieszkające w nich narody, są potencjalnymi odbiorcami Ewangelii, z którą Kościół ma za zadanie iść do wszystkich. Przekonałem się jednak, że jest to zadanie trudne co najmniej w podwójnym sensie. Z jednej strony, ciągle ciężko przebić się przez warstwę kultury oraz mentalności, którą kierują się ludzie nie żyjący Ewangelią. Z drugiej strony, powstaje pytanie o – w szerokim sensie rozumiane – narzędzia, jakimi dysponuje Kościół. Chodzi zarówno o osoby posłane do narodów, jak i środki, które mają do swej dyspozycji, aby próbować przebijać się przez wspomnianą warstwę. Nie chodzi tu o środki materialne, bo o te stosunkowo najłatwiej. To, co potrzebne do „zdobycia”, to cała metodologia, dzięki której misjonarz pozostaje odporny na przeciwności losu, niepowodzenia, brak dobrych perspektyw, ale to również pozytywne działania, które mają podejmować misjonarze właściwie przygotowani do realizacji swych zadań.

Ofiarność pracy naszych księży w Kazachstanie rzuca się w oczy. Ich zapał misjonarski doprowadził do tych kroków, które dzięki nim powoli i z konsekwencją robi Kościół w Zachodnim Kazachstanie. Nie musimy czekać na spektakularny wzrost Kościoła na tamtej ziemi. Mała trzódka, o której Jan Paweł II mówi w „Przekroczyć próg nadziei” ma swoją moc i siłę. Te małe statystyczne liczby – używając słów Papieża – nie docierają do sedna zagadnienia. Kościół więc, który zobaczyłem po raz pierwszy, jest mocny mocą wiary jego członków i ma przed sobą przyszłość dzięki wierze swoich misjonarzy, których potrzeba ciągle więcej. Cieszmy się więc, że diecezja tarnowska przygotowuje kolejnego głosiciela Ewangelii na tamtych terenach, który – jak Bóg pozwoli – stanie na tamtej ziemi za rok.

ks. Krzysztof Czermak

Głoście Ewangelię 4(2007), s. 5-15.