Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko



Wojna Domowa w Brazzaville

 

Ksiądz Wojciech Mach należy do pierwszych czterech księży diecezji tarnowskiej, którzy w 1973 roku wyjechali na pracę misyjną do Konga. Po dwudziestu czterech latach pracy zmuszony był opuścić ten kraj, by znów do niego powrócić. Przyczyną była wojna domowa, którą opisuje poniżej. 

Wojna Domowa w Brazzaville

O tej wojnie w Polsce nie mówiło się wiele. W rozmowie ze znajomymi czuć było, że nie są doinformowani. Dziwili się, że teraz we wrześniu i październiku, gdy księża poszli uczyć religii w szkole ja jestem na wakacjach.

Kongo-Brazzaville, dawna kolonia francuska - dlatego czasem nazywane Kongo Francuskie (nie mylić z Kongo-Kinshasa, dawny Zair - obecnie Kongo Demokratyczne) długo było oazą spokoju i miejscem azylu politycznego dla Rwandyjczyków, Burundyjczyków, Zairczyków, Senegalczyków i innych. Od czasu do czasu wstrząsały nim zamachy stanu czy morderstwa na tle politycznym, ale Kongijczycy dosyć szybko się godzili z nową sytuacją i sprawy wracały do porządku. Dopiero w 1994 roku doszło w Brazzaville do większych zamieszek, zniszczeń i grabieży. Mówiło się o około trzech tysiącach zamordowanych i o tym, że to dopiero początek.

Przez ostatnie 5 lat władzę w państwie sprawował Pascal Lissouba, który wygrał pierwsze w historii Konga demokratyczne wybory. Właśnie w tym roku kończyła mu się kadencja. W lipcu i sierpniu miały się odbyć wybory a kandydatem oprócz niego byli Sassou-Nguesso - komunista, już wcześniej 14 lat rządzący krajem oraz Kolela dawny dysydent, przywódca opozycyjnej partii demokratycznej.

W kraju za rządów Lissouby działo się źle: całkowity marazm gospodarczy, bezrobocie, urzędnicy państwowi i wojsko nie płaceni całymi miesiącami, emeryci bez rent, uniwersytet, szkolnictwo, służba zdrowia sparaliżowane. Ludzie niezadowoleni z tego stanu rzeczy, coraz bardziej zaczęli tęsknić za dawnym porządkiem i dawnym szefem: Sassou. Widząc to Lissouba postanowił wyeliminować rywala i 5-go czerwca wysłał wojsko z rozkazem, by mu go dostarczyć żywego bądź umarłego. Tymczasem poinformowany generał Sassou nie dał się zaskoczyć i zorganizował nie tylko obronę, ale i kontratak. Przez cały tydzień trwały walki o lotnisko, w pobliżu którego jest położona nasza parafia. W ogniu wojny stanęło dwie trzecie miasta: szczególnie centrum i dzielnice północne, które bez litości bombardowano z czołgów T-34 u nas znanych z serialu "Czterej pancerni i pies", z katiuszy, dział BM 21, granatników i innej nowoczesnej broni maszynowej. W ostatniej fazie wojny użyto też helikopterów bojowych, migów dowodzonych przez najemników białoruskich i ukraińskich. Równocześnie rozpoczęła się wojna w eterze. Obaj rywale mieli do dyspozycji rozgłośnie radiowo - telewizyjne, za pomocą których obrzucali się różnego rodzaju obelgami i oskarżeniami, czyniąc się nawzajem odpowiedzialnymi za zniszczenia wojenne i śmierć ludzi. Dwaj szefowie i ich plemiona są bezpośrednio zaangażowane w tę wojnę. Biją się o władzę prezydencką i o to, co ta władza w Afryce daje: tzn. nieograniczoną możliwość dysponowania ogromnymi zasobami naturalnymi kraju. Biją się w iście afrykańskim stylu: szef się bije i nic się nie liczy ani nikt nic nie ma do powiedzenia. Szef jest panem życia i śmierci swoich poddanych. Gdy w pewnym momencie ludzie próbowali podnieść głos protestu, jeden z przywódców odpowiedział: "To nie wiecie, że gdy w Afryce dwa słonie walczą mrówki muszą być zgniecione?" Jest to wojna dwóch rywali do władzy prezydenckiej, za którymi stoją mocniejsi, walczący o wpływy w tej części Afryki. Są to Amerykanie, którzy już na dobre się usadowili w dawnym Zairze i Francuzi, którzy bronią swojej frankofonii. Jest to wojna o ropę naftową i inne bogactwa naturalne, których tu jest jeszcze bardzo dużo.

Lissouba i Sassou przygotowywali swoich żołnierzy w specjalnych obozach: pierwszy na południu w Ludima, drugi na północy w okolicach Oyo. Wojownicy pierwszego nazwali się Zulu, podczas gdy drugiego - Kobra. Oprócz tej zasadniczej formacji wojskowej każda strona miała do dyspozycji coś w rodzaju "pospolitego ruszenia", tzn. młodych ludzi bezrobotnych: chłopców a czasem i dziewczęta, którzy w ciągu dwóch tygodni otrzymali instruktaż strzelania z kałasznikowa oraz odbezpieczania granatów i szli do walki. Wreszcie każda ze stron korzystała chętnie z najemników zairskich, angolskich, kubańskich i innych (jako ciekawostkę podam: ponieważ byłem praktycznie jedynym białym, który został w sektorze objętym wojną, w pewnym momencie wśród Zulu rozeszła się pogłoska, że jestem najemnikiem walczącym po stronie Kobra).

Wojownicy każdego rana otrzymywali odpowiednią dozę narkotyków i alkoholu z kukurydzy produkcji lokalnej, cztery magazynki nabojów do kałasznikowa i parę granatów. O żywność mieli się starać sami a ich wynagrodzeniem było wszystko co mogli zrabować na wojennej ścieżce: w sklepach, magazynach, hurtowniach, domach prywatnych, parafiach, domach zakonnych, ambasadach, na nuncjaturze... Obiecuje się im też, że jeżeli się dobrze spiszą w boju to otrzymają dobre stanowiska gdy szef wygra wojnę. Z okna, dyskretnie zza firanki mogłem obserwować w ciągu tego samego dnia dużo obrazów: z rana zażarte walki a już około południa tych samych Zulu i Kobra transportujących na głowie zrabowane telewizory, pralki, lodówki, fotele, toboły ubrań, garnki kuchenne itp. Czasem, gdy któryś z wojowników miał większe możliwości wynajmował do transportu furgonetkę albo samochód ciężarowy. Wywożono te rzeczy: Kobra w kierunku Oyo, Zulu na południe w okolice Dolisie, albo przewożono przez rzekę Kongo do Kinshasa, żeby tam sprzedać. Niektóre ze zrabowanych przedmiotów sprzedawano w spokojniejszych dzielnicach Brazzaville po cenie czasem dziesięciokrotnie niższej: np. butelkę szampana francuskiego w cenie jednego piwa.

Zniszczenia w mieście są ogromne. Zdemolowano ambasady, ministerstwa, siedziby organizacji międzynarodowych, biura, pocztę, stację kolejową, banki, uniwersytet, siedzibę Konferencji Episkopatu, szpital, linie elektryczne, telefoniczne, wodociągi. Nikt nie może na razie obliczyć ile ludzi zginęło. Po pierwszych dniach walk mówiło się o pięciu tysiącach zabitych, z których większość nie została pochowana. Tym, którzy padli bliżej kościoła sam służyłem za grabarza, zwłoki innych zjadły psy. Kilka tygodni później na ulicach walały się już tylko kości ludzkie, szkielety, trupie czaszki. Ludność cywilna opuściła dzielnice objęte wojną, chroniąc się u swoich, w Kinshasa albo w lasach. Ile umarło z wyczerpania, głodu, na malarię lub cholerę nikt nie wie. Korespondenci zagraniczni musieli opuścić kraj, organizacjom humanitarnym uniemożliwiono wszelką akcję, strzelano nawet do obserwatora wyznaczonego przez ONZ... Wszystko po to, żeby nie było świadków. Ogromne są straty materialne w parafii, która będąc na linii frontu bez przerwy przechodziła z rąk Kobry w ręce Zulu i odwrotnie. Większość domów zdemolowana lub spalona, wszystkie doszczętnie ograbione. Kościół, budynki parafialne, dom sióstr zakonnych uszkodzone. Dzielnica opustoszała. W ciągu dnia tylko czasem ktoś chyłkiem przemknie a o godz. 18.00 zapada noc, którą trzeba spędzić na materacu pod betonowymi schodami, wsłuchany w świst kul armatnich, szczekanie karabinów maszynowych a w przerwach w wycie opuszczonych psów. Garstka ludzi, która została z narażeniem życia przychodzi na Mszę św. i wierzy w cud albo moją czarodziejską moc, która ma ich ocalić od śmierci... A ja, gotowy na wszystko czekam na koniec wojny lub znak od Pana. Koniec wojny nie nastąpił, ale warunki życia (żywiliśmy się rybami solonymi i ryżem) sprawiły, że stałem się niezdolny do wykonywania jakichkolwiek czynności. Zadecydowali za mnie miejscowy lekarz i ks. Mateusz - rodak parafii Jezusa Zmartwychwstałego. Ewakuacja sanitarna i nakaz leczenia szpitalnego... I tak znalazłem się w Polsce. Zrobiłem badania w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdynii i choć z leczeniem były pewne kłopoty, dziękuję Bogu, że żyję.

Był taki moment w czasie tej wojny, że mniej strzelano, podpisywano zawieszenie broni, zgodzono się na pertraktacje. Wtedy można było wychodzić na ulicę, przechodzić przez linię frontu, oczywiście pokazując dokumenty i składając ofiarę na każdym punkcie kontrolnym - tzw. korku. W tym czasie mogłem iść na zakupy na oddalony o 3 km rynek Ouenze, chodziłem też na zebranie Katolickiego Komitetu Pomocy ofiarom wojny, który miał swoją siedzibę w spokojnej dzielnicy Mekelekele. Przy tej okazji spotykałem młodych wojowników Kobra lub Zulu, często wymalowanych z maską na twarzy, damską peruką na głowie. Trafiłem na moment gdy byli pod wpływem narkotyków i wtedy było niebezpiecznie. Podtykali mi pod nos trupią czaszkę i kałasznikow z komentarzem: "mondele (biały) tego to ja zabiłem. I dla ciebie jedno pociągnięcie spustu też wystarczy". Albo innym razem, posadzili mnie na krześle i z lufą przy uchu wygłaszali wyuczone groźby: "Najwyższy czas skończyć z wami mondele. To wy jesteście winni tej wojny. Wy chcecie naszej ropy naftowej. Czas, żebyście się stąd wynieśli... Masz szczęście. Tym razem cię zwalniamy, ale żebyś się tu więcej nie pokazywał". Uiszczałem odpowiednią zapłatę i szedłem do następnego korka, na spotkanie z innymi. Rozpoznawałem w nich moich młodych parafian. Niektórzy udawali, że mnie nie widzą, unikali mojego wzroku, inni prosili o modlitwę, jeszcze inni podstawiali kałasznikow, abym pobłogosławił lub przynajmniej dotknął. Były wreszcie sytuacje, że klęcząc na ulicy publicznie prosili o spowiedź. "Ojcze muszę się wyspowiadać, za bardzo nagrzeszyłem: zabijałem, kradłem, gwałciłem... nie mogę tego unieść, boję się..." Innym razem Kobra przyszli do mnie na rozmowę. Tak jak byli, prosto z walki, jeszcze z gorącymi lufami, po to, żeby się pochwalić ile Zulu zabili. Proszę ojca - mówią - ojciec nas uczył religii, ojciec nas ochrzcił w Boże Narodzenie 1989 roku. Wtedy też przyjęliśmy I Komunię św.. Jeden z nich dodaje: "ja mam z ojcem zdjęcie z tej uroczystości, oprawione w ramki, wisi w salonie..." Dobrze - mówię - ale czy ja was nie uczyłem, że nie wolno zabijać? Owszem, ale my strzelamy do Zulu a oni są tacy dzicy... a zresztą myśmy tej wojny nie chcieli, nam kazano, gdybyśmy odmówili to by nas zabito... Tak - mówię - ale ta wojna się skończy i co wtedy... Trzeba wrócić do domu, do wioski, ożenić się, założyć rodzinę. Czy sądzicie, że po tym wszystkim będziecie szczęśliwi, że będziecie mieć pokój w sercu...? Żal mi ich było gdy na te słowa posmutnieli. Ze spuszczonymi głowami posiedzieli jeszcze chwilę, by już bez entuzjazmu zabrać stojącą w kącie broń i pójść na tę niechcianą wojnę. Co potem? Nawet jeśli tym razem uda się znaleźć wyjście z konfliktu to o prawdziwym końcu tej wojny trudno będzie mówić. Młodzi wojownicy wrócą do siebie z bronią i wystarczy, że znów szef ich klanu czy partii politycznej powie, że trzeba się bić - zaczną od nowa...

Na spotkaniu w Tarnowie z misjonarzami przebywającymi na urlopie postawiono mi pytania, jaka była postawa biskupów kongijskich w czasie tych wypadków. Jaka była postawa Kościoła kongijskiego? Spotkałem bpa Milandou, przewodniczącego Komisji Episkopatu, który mi powiedział, że w kwietniu b.r. byli u prezydenta Lissouby i zwrócili jego uwagę na napięcie, jakie już wtedy dało się zauważyć. Pytali co zamierza uczynić, aby zapobiec rozlewowi krwi. W odpowiedzi Prezydent zapewniał ich, że wszystko będzie uczynione w tym kierunku. Piękne słowa bez pokrycia - konstatuje z goryczą biskup. Tym, który mógł mieć w tej sprawie coś do powiedzenia jest bp Kombo, dawny przewodniczący Konferencji Narodowej. Niestety, lubi działać w pojedynkę i nie zawsze umie zachować stanowisko neutralne co spowodowało, że zaraz na początku wojny był poszukiwany przez ludzi Lissouby, a potem znalazł się na liście osobistości, którym zabroniono opuszczać kraj. W rezultacie udało mu się wyjechać do Francji. Spośród kleru tubylczego diecezjalnego niektórzy byli zmuszeni opuścić placówki ze względu na przynależność etniczną, inni ze względu na zdrowie. W przeważającej jednak części zostali na posterunku często z narażeniem życia, organizując pomoc charytatywną. Sam lud Boży uciekł się do modłów, suplikacji, nowenn, przebłagań...

Teraz, już z dystansu próbuję dokonać oceny, tym bardziej, że jest to 25-lecie pracy tarnowskich fideidonistów w Kongo, a więc i mój jubileusz. Doprawdy nie tak go sobie wyobrażałem... Liczyłem jednak na małe uznanie, na skromne brawa, na podziękowanie. Nic z tego! Wojna, zniszczenie. Piękna parafia Jezusa Zmartwychwstałego, z której był dumny ks. abp J. Życiński, legła w gruzach. Niektórzy mówili, że Jezus jest złożony do grobu. Wierzę jednak mocno w definitywne zmartwychwstanie. To co materialne musiało obumrzeć jak to ziarno wrzucone w ziemię. To zarówno Słowa wrzucone w ziemię już dają znaki zmartwychwstania. Te znaki to młodzi kongijscy księża, którzy wyszli z tej parafii, siostry zakonne, liczni seminarzyści, świeccy zaangażowani w rodzinie parafialnej i w bractwach, katechiści dobrze uformowani. Oni będą umieli poprowadzić dzieło ewangelizacji ich sióstr i braci. Oni będą musieli dokonać dzieła inkulturacji. To jest ich obowiązek i tylko oni mogą tego dokonać. Do tego przygotowują się także Roger i Mathias w tarnowskim Seminarium. Niech biali misjonarze nie boją się im zaufać. Niech nie uważają, że są niezastąpieni. Trzeba umieć stracić czy nawet odejść, by On wzrastał. Tych, którzy się nad tym zastanawiają zachęcam do lektury wiersza, który mi zadedykował dawno temu ks. Mirosław Drzewiecki:  

Głoście Ewangelię 1(1998), s. 7-14.