Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko



Miłość aż do końca (męczeńska śmierć ks. Jana Czuby)

Nikt z nas się tego nie spodziewał. Wracając po urlopie do Loulombo został radośnie powitany przez tamtejszych ludzi, którzy wątpili w jego powrót. A on - jak napisał w liście do brata miesiąc przed śmiercią - pytał ich ze zdziwieniem, dlaczego to miałby do nich nie wracać.

Znamienne też są słowa listu ks. Jana pisane niedługo przed śmiercią do ks. Andrzeja Kurka, jego poprzednika w Loulombo: "Pisząc ten list, nie jestem pewny jutra (...) Zostaję na miejscu do końca. (...) Już znudziło mi się o tym pisać i żyć, chciałoby się normalnego życia w pokoju".

Nie był pewny jutra... I rzeczywiście jutro okazało się tragiczne. Chciał pozostać do końca. I pozostał. Pozostał już na zawsze z tymi, których kochał miłością pasterza.

Pragnął, by życiem powierzonych Mu wiernych kierowało na nowo prawo miłości Chrystusowej, o której nauczał w kościele i pod dachem afrykańskiego pajotu. Marzył o pokoju dla swoich niewinnych parafian, poniewieranych przez ludzi nie liczących się z żadnymi zasadami humanitaryzmu, żądnych rozlewu krwi i zagrabienia łupu. W rejonie swego oddziaływania był wiceprzewodniczącym komitetu rozbrojeniowego.

To więc, co dla nas w tym całym tragicznym w skutkach wydarzeniu jest najważniejsze, to nie okoliczności bestialskiego czynu, lecz fakt urastający do rangi symbolu, że dar ze swego życia złożył wśród tych, dla których umierał każdego dnia i dla których do końca okazał się pasterzem.

Jego krew staje się pieczęcią, która zamyka okres 25-letniej działalności misyjnej księży diecezji tarnowskiej na kongijskiej ziemi.

Powróćmy jeszcze raz do początku misyjnej drogi ks. Jana. W pamiętny czerwcowy dzień 1989 roku abp Jerzy Ablewicz wypowiedział jeszcze inne znamienne słowa, które dzisiaj nabierają szczególnej wymowy: "To jest uroczystość, która posiada specjalną wymowę, bo w tej chwili w jakiś szczególny sposób urzeczywistnia się Boży plan". Stajemy przed tajemnicą Bożego zamysłu, w którym osoba i miłość ks. Jana spełniła swoje, po ludzku myśląc, przedwcześnie przerwane zadanie.

Podczas uroczystości pogrzebowych w Tarnowie i Słotowej padała obfitość bogatego słowa. Zarówno to liturgiczne, jak i wypowiedziane w imieniu misjonarzy, kolegów z roku święceń, rodziny, kolegów szkolnych, parafii rodzinnej i parafii Bobowa, gdzie pracował jako młody wikariusz, wywoływało mimo woli w uważnym słuchaczu pytanie: czym dla mnie jest to wydarzenie? W jaki sposób to świadectwo winno wpłynąć, na moją duchowość i misyjne zaangażowanie?

Ksiądz Jan ukochał Afrykę. Żar Jego miłości płonie dalej na kongijskiej ziemi. Oby dotknął również naszych serc. Ale to już od nas najwięcej zależy. Otwórzmy je i nie pozwólmy, by męczeńska śmierć ks. Jana nie pozostała wyzwaniem dla naszych wspólnot i naszych parafii.

KOŚCIÓŁ KONGIJSKI I TARNOWSKI MODLIŁ SIĘ, BY PAN PRZYJĄŁ OFIARĘ JEGO KRWI

Dzień 10 listopada był początkiem swoistego rodzaju żałobnego triduum. W Brazzaville, w parafii Jezusa Zmartwychwstałego została odprawiona Msza św. żałobna, w której wzięło udział trzech Biskupów Kongijskich, Nuncjusz Apostolski, ponad 70 misjonarzy i tłumy ludzi świeckich. Kazanie wygłosił ks. Stanisław Łacny. Oto krótki fragment jego przemówienia:

Wolą Bożą było, by ks. Jan pracował ze mną przez trzy lata w Mindouli. I właśnie tam eksploatował swoje siły i swoją inteligencję z wyjątkową żarliwością. Był pełen idei i pomysłów, które zdołał zrealizować podczas sześciu lat pracy w Loulombo.

Był zdolny zapomnieć o sobie i przebaczyć. Zagrożony trzy razy śmiercią przed wyjazdem na urlop, szybko powrócił, by kontynuować “walkę” o pokój. Nikomu nigdy nie radził brać broni do ręki. Sam był wiceprzewodniczącym Komitetu rozbrojeniowego. Nie długo przed śmiercią zapewniał mnie, że chrześcijanie z Loulombo na kolanach modlą się o pokój.

To, co czyni życie wielkim, to miłość. Miłość, która jest hojna, zdolna zapomnieć o sobie, zdolna przebaczać i poświęcić się dla innych, dla ich dobra i szczęścia. Tą miłością żył ks. Jan. Jego dzieła o tym świadczą.

Mszy św. pogrzebowej w Bazylice Katedralnej w Tarnowie w dniu 11 listopada 1998 roku, w której wzięło udział 135 kapłanów i trzech Biskupów Pomocniczych, przewodniczył ks. bp Wiktor Skworc. W kazaniu powiedział m.in.:

Stałość i wierność tych, którzy są powoływani, aby szli “aż po krańce ziemi”, ofiarując swe życie Bogu i braciom, może być uzasadniona i zrozumiana tylko mocą i światłem Ducha Świętego. Wierność, często aż do przelania krwi.

Bo Kościół “wśród prześladowań świata zdąża naprzód w pielgrzymce, zwiastując krzyż i śmierć Pana, aż przybędzie”! (KK,8).    

Zwiastunem Ewangelii, narzędziem Ducha Świętego, był śp. ks. Jan Czuba, kapłan tarnowski, pracujący od 1989 roku w Kongo. Był, bo oddał życie.

W tych dniach, dotarła do nas wiadomość o Jego śmierci. Został zamordowany na swojej misji w Loulombo, tam gdzie był najbardziej zaangażowany w budowanie pokoju i pojednania.

Bracia i Siostry ! 

W czasie minionych wakacji ks. Jan Czuba przebywał w kraju, a powrót do Konga był jego świadomym wyborem. Pragnął wrócić do tych, którzy zostali powierzeni jego duszpasterskiej trosce, którym od 9 lat posługiwał.

 Dziś, w obliczu jego tragicznej śmierci, można do Niego odnieść słowa Jezusa Chrystusa:

”Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Ks. Jan Czuba, idąc od lat seminaryjnych za głosem powołania misyjnego, stał na czele Koła Misyjnego w seminarium duchownym. Ofiarował swoje życie Chrystusowi i Kościołowi codzienną, wierną i ofiarną pracą duszpasterską, by teraz dopełnić tej ofiary ceną najwyższą, ceną krwi. To konsekwencja upodobnienia do Chrystusa, która ujawnia się jasno w ofierze życia, wzorem Chrystusa, Dobrego Pasterza, który “daje życie swoje za owce” (J 10,11).

Podzielił los ziarna pszenicy. Przynosi ono plon obfity – jeśli obumrze. Ksiądz Jan zadawał sobie pytanie, co w tej konkretnej sytuacji powinien zrobić – ocalić własne życie czy je stracić? 

W fakcie tragicznej, by nie powiedzieć męczeńskiej śmierci ks. Jana Czuby, można dostrzec dopełnienie ofiarnej, 25-letniej pracy kapłanów tarnowskich na misjach w Kongo. I jestem pewien, że ta ofiara ks. Jana przyniesie “plon obfity”.

Bracia i Siostry !

 Wierzymy, że Pan życia i śmierci, Jezus Chrystus, otworzył przed ks. Janem rzeczywistość Bożego Królestwa, królestwa prawdy i życia, królestwa sprawiedliwości, miłości i pokoju (por. pref. nr 49), które Zmarły głosił na afrykańskiej ziemi.

Dziś modli się za ks. Jana macierzysta diecezja, ten Kościół, z którego wyszedł ubogacony wiarą i miłością. Bóg zapłać wszystkim za modlitwę i obecność, za tę wielką wspólnotę modlitwy, możliwą dzięki transmisji Radia Dobra Nowina.

Otaczamy naszą modlitwą także pozostałych pięciu kapłanów tarnowskich, którzy mimo trudności i niebezpieczeństw trwają na placówkach misyjnych w tym niespokojnym, nękanym przez bratobójcze walki kraju.

Drodzy Diecezjanie!

Modląc się, próbujemy zrozumieć ten znak śmierci misjonarza, co znaczy ten znak dla każdego z nas? Niech to będzie dla nas okazja do refleksji, do zastanowienia się. Czyż nie powinniśmy jej odczytać jako wezwanie do bardziej radykalnego pójścia jego śladami, w wierności Chrystusowi? Uczyńmy to, co mówi nam, do czego wzywa nas Duch Święty!

W imieniu wszystkich misjonarzy wystąpił wikariusz biskupi ds. misji - ks. Krzysztof Czermak. Oto fragment jego przemówienia:

Jesteśmy uczestnikami niecodziennego pogrzebu. Nie ma ciała zmarłego, nie będzie procesji na cmentarz. Są biskupi, jest biskup Kościoła tarnowskiego, a z nim tłumy, których jest pasterzem. Jest niezliczona ilość księży, jest dużo sióstr. Nie ma ciała zmarłego ks. Jana.

Ten tłum, jaki dzisiaj stanowimy jest bardzo wymowny. Ale jest nas zbyt dużo, by przewyższyć wymowę tamtego pogrzebu w Loulombo. Tam, było Jego ciało. Nie było jednak biskupa, znalazł się przypadkowo jeden kongijski ksiądz, nie było prawdopodobnie z czego zrobić trumny. Jakichś kilku Józefów z Arymatei się znalazło.

Nie było kolegów misjonarzy. Wtedy, gdy ziemia kongijska zabierała Go w swoje ramiona, nawet o tym nie przechodziło im przez myśl. Są tutaj, ale tylko nieliczni. A przecież wszystkich, których wydała diecezja jest ponad 200!

W ich imieniu zabieram głos. W imieniu tych rozrzuconych po całym świecie. Przede wszystkim zaś w imieniu tych pięciu, którzy służą Kościołowi w Kongo i tych 20 tutaj obecnych i nieobecnych, którzy po dwudziestu kilku, kilkunastu czy kilku latach zakończyli swą misjonarską posługę, i którzy każdego dnia nosili w sobie potencjalny los ks. Jana.

Stajemy wobec logiki Ewangelii. My, uczeni, którzy nie wymyślimy nic. Nie próbujmy tłumaczyć po ludzku tego, co Bożą logiką pisane. Nie pytajmy "dlaczego"? Pytajmy "dla czego", "dla kogo", "dla jakiej sprawy" przelał krew?

Nasza dzisiejsza tu obecność nie może być tylko wynikiem solidarności z rodzeństwem zamordowanego ks. Jana. Nie jest to też tylko zwykłe spełnienie naszej powinności, którą każdy z nas nosi z różnych racji w swoim sercu. Jego nieprzewidziana, po ludzku bezsensowna śmierć, stawia przed nami zasadnicze wyzwanie: nie może naszej uwadze ujść fakt, że krew męczeńska ks. Jana przypieczętowuje 25 lat pracy księży tarnowskich w Kongo-Brazzaville. Nie może nam ujść uwagi, że to już w ciągu ostatnich siedmiu lat trzecie morderstwo dokonane na misjonarzu, którego wydała diecezja tarnowska.

Czyż nie stanowimy Kościoła, który winien ze szczególną uwagą czytać znaki czasu?

Wierzymy, Jasiu, że Twoje krew nie zrosiła na darmo afrykańskiej ziemi, a Twoją wiarę i entuzjazm dla Kościoła misyjnego, będziemy przedłużać uczestnicząc w Bożym planie zbawienia narodów.

W rodzinnej parafii Zmarłego, Mszę św. żałobną w dniu 12 listopada pod przewodnictwem pasterza diecezji bpa Wiktora Skworca, koncelebrowało 117 kapłanów. Kazanie wygłosił ks. Jan Wnęk, rodak ks. Jana, dyrektor Diecezjalnego Domu Rekolekcyjnego w Ciężkowicach. Oto wyjątek z jego kazania:

Każdy misjonarz jest Bożym ziarnem, wrzuconym w rolę narodu, do którego posyła go Kościół, aby nieustannie obumierał dla Ewangelii; miłością, która każe nawet dać życie za przyjaciół swoich (por. J 15,13).

Pewnie nikt z nas nie przypuszczał, że stanie się to tak szybko prawdą życia ks. Jana Czuby, rodaka tej parafii. Przecież dopiero w sierpniu stał w tym miejscu na ambonie i pełen autentyzmu przekonywał wszystkich do odpowiedzialności za misje. Jak zwykle był uśmiechnięty, pełen temperamentu, z charakterystycznym błyskiem w oczach, dynamiczny, a czasem nawet trochę zadziorny. Jak zawsze cieszył go widok naszego pogórza i swoim zwyczajem odszukiwał w lesie stare ścieżki z dzieciństwa.

Chociaż z drugiej strony ten jego urlop był jakiś inny. Tak często bywał zamyślony, widać było czasem, że jego duch przemierzał jakieś dalekie przestrzenie. Kogo tylko mógł, odwiedzał, choćby na chwilę... i to po to, by posiedzieć i po prostu pobyć. Jakoś niezwyczajnie do swojej własnej osoby, nie prosił wtedy o misyjną jałmużnę, co było aż dziwne wobec jego dawnej zapobiegliwości o środki materialne, by pomóc podejmować ciągle nowe inicjatywy na misji w Loulombo. Mówił nawet otwarcie, że "pieniądze mam i na razie mi ich nie trzeba, ale trzeba mi wiele modlitwy...". W rozmowach często podkreślał swoje zadowolenie z tego, że pozostał na misji podczas ubiegłorocznej wojny domowej w Kongo, która rozpoczęła się - czyż to przypadek? - w jego urodziny, dnia 5 czerwca. “To, że tam zostałem, tak bardzo umocniło autorytet i zaufanie wobec Kościoła”. I nie chciał ani słyszeć, ażeby trochę odczekać aż się wszystko uspokoi, uciszy. Podobnie jak św. Paweł Apostoł "przynaglony Duchem" chciał czym prędzej wrócić do Afryki, do swoich...

Doskonale zdawał sobie sprawę, co tam może go czekać. Mówiliśmy mu wszyscy: "przecież mogą cię zabić". Wzruszał wtedy ramionami i jakby żartem odpowiadał: "To pójdę prosto do nieba. Będę zbawiony..." Innym razem jakby rozglądał się wokoło i odpowiadał trochę inaczej: “Tutaj jest was tylu (w domyśle kapłanów) i ja nie czuję się tak potrzebny. Moje miejsce jest w Afryce”.

Pewnego razu zupełnie niezrozumiale zwierzał się: "Ja tutaj nie mam już wielu bliskich. Nie wiem, jak to będzie kiedyś wrócić. Może lepiej tam pozostać..." Dnia 2 września po południu miała miejsce nasza ostatnia rozmowa. Na końcu zapytałem: "kiedy znowu przyjedziesz do Polski na urlop?" Wzruszył ramionami, zamyślił się i widać było, że nie spieszy się z odpowiedzią. "Hmm..., może za 3 lata, może później..., nie wiem..."

Drogi Księże Janie! Tak chlubnie dokończyłeś biegu i posługiwania, które otrzymałeś od Pana Jezusa i dałeś wielkie świadectwo o Ewangelii łaski Bożej (por. Dz 20,23). I chociaż nam smutno i gorzko, to jednak przez łzy patrzymy ku niebu i chcemy dziękować Bogu za Twoje 39 lat życia, 14 lat kapłaństwa, w których pewnie tyle podobieństwa do czternastu stacji Drogi Krzyżowej, za 9 lat pracy na misjach, czyli wielką nowennę, którą odprawiłeś przed Jubileuszem dwutysiąclecia chrześcijaństwa, za Twoje trwanie do końca dla Chrystusa i męczeńską śmierć. I cieszy się Tobą cały Kościół tarnowski i raduje się Tobą nasza mała słotowska parafia i dziękuje Bogu, że jej wiara zrodziła tak wielkiego Syna.

ks. Krzysztof Czermak

Głoście Ewangelię 4(1998), s. 5-12.