Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko



To nic, że tak daleko...

Podróż do Afryki jest zawsze wyjątkowa, a dla misjonarza jest czymś szczególnym. Ten wyjazd do Republiki Konga i Republiki Środkowoafrykańskiej przypadł w 20. rocznicę mojego pierwszego wyjazdu do Afryki razem z dwoma kolegami – ks. Janem Kudłaczem, dziś proboszczem w Uszwi, i ks. Marianem Pazdanem, obecnie proboszczem nowej parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Kibangou w diecezji Nkayi. Wspomnienia powracają natarczywie jak bumerang. Po uroczystym posłaniu, którego dokonał ks. bp Jerzy Ablewicz w Szczurowej, wyjechaliśmy do ówczesnej Ludowej Republiki Konga, gdzie od kilkunastu lat pracowali tam już jako misjonarze nasi kapłani diecezjalni. Być może to przypadek, ale to właśnie w lipcu 2005 r. pojechał w odwiedziny do Konga ks. Jan Kudłacz, ja zaś wybrałem inny czas, jakim był przełom roku 2005/2006, odwiedzając dwa wspomniane kraje. Jestem przekonany, że pisząc te słowa nie opiszę szczegółowo „mojej podróży” – chociaż mój dziennik zawiera 175 stron ręcznego pisma. Zamierzam raczej opowiedzieć o młodym Kościele, który żyje po jednej i drugiej stronie równika, jego pasterzach i misjonarzach, spotkanych ludziach, ich nadziejach i problemach. Rezygnuję więc z chronologicznego zapisu, ale w sekwencjach geograficznych i problemowych podzielę się przeżyciami z odwiedzin w tych krajach. 

Brazzaville 

Dla mnie Afryka i Kongo zaczęły się kiedyś w Brazzaville na lotnisku Maya Maya. Tym razem było podobnie z tą różnicą, że policjant o imieniu Jean Claude ze służby lotniskowej, który mnie odebrał, był ochrzczony przeze mnie w misji św. Pawła w Loubomo – dziś Dolisie – na Boże Narodzenie 1985 r. Pierwsze dni spędziłem w parafii Jezusa Zmartwychwstałego na Plateau des 15 ans, gdzie od wielu lat proboszczem jest ks. Bogdan Piotrowski, a współpracownikami dwaj kongijscy księża. W czasie pierwszej porannej mszy św. zauważyłem, że kościół jest wypełniony tak licznie jak przed 20. laty, chociaż teraz jest o wiele większy. Mówiłem o tym ks. Bogdanowi.

Program odwiedzin w stolicy był bogaty. Spotkanie z abp. Anatolem Milandou, którego poznałem w kwietniu 1986 r. w Dolisie, gdzie miała miejsce doroczna konferencja episkopatu Konga. W 2001 r. przyszedł do Brazzaville z diecezji Kinkala, której ordynariuszem był od 1987 r. Na terenie jego diecezji zginął w 1998 r. ks. Jan Czuba. Akurat tam jest ciągle niespokojnie, jak dowiedziałem się od ks. Alaina proboszcza z Mindouli, który przez kilka dni był gościem na plebani. Powoli znikają ślady wojny w Brazzaville, ale rany bratobójczych walk nie goją się tak łatwo. Są pewnie trudniejsze do zagojenia niż zrobienie nowego dachu na monumentalnej bazylice św. Anny. To właśnie naprzeciw tego historycznego monumentu odwiedziłem dom sióstr franciszkanek misjonarek Maryi i s. Grażynę Mech FMM. Skoro jestem przy odwiedzinach to miałem okazję złożyć wizytę abp. Andrés Carrascosa Coso, nuncjuszowi apostolskiemu w Kongo i Gabonie. Sporo czasu na rozmowach spędziłem we wspólnocie sióstr józefitek – spotkałem znane mi siostry Noemi, Matyldę, Aurelię oraz nową siostrę, Robertę – przy parafii św. Franciszka z Asyżu. Pełne wrażeń było spotkanie z s. Ancillą, misjonarką z Holandii, która była jedną z ostatnich osób rozmawiających z ks. Janem Czubą tuż przed jego tragiczną śmiercią. Ucieszyłem się bardzo ze spotkania z o. Franciszkiem Le Bec, duchaczem, który kiedyś pracował w Loubomo na sąsiedniej parafii Matki Boskiej Fatimskiej. Jest proboszczem w parafii św. Kizito de Meteo. Pomagają mu dwaj współbracia: jeden z Kamerunu, a drugi z Francji, który pracuje w Kongu, bagatela, już 60 lat. To o. Józef LeBinet. To właśnie tu dowiaduję się, że wojna wyzwoliła pobożność maryjną, której przejawem są groty maryjne prawie we wszystkich parafiach.  

Dynamika duszpasterska w parafii ks. Bogdana, który ciągle pełni rolę ekonoma diecezji, jest łatwa do zauważenia. Dzień skupienia dla dzieci, modlitwa licznych osób przy grocie Matki Boskiej, próby chóru i pełny kościół podczas porannej mszy św. to tylko niektóre przejawy życia parafii Jezusa Zmartwychwstałego. W kościele porcelanowa mozaika sprowadzona z Łysej Góry jest ciągle plastycznym przedstawieniem prawdy o zmartwychwstaniu. Jest również tabernakulum z Polski, przed którym od blisko 30. lat uklękło już pewnie miliony osób, i również dziś klękają. Osobny rozdział stanowi dramat wojny. Obecni przecież tu byli – w obrębie plebani i kościoła – uciekinierzy w liczbie ponad tysiąca. Splądrowano dom, a działania wojenne uszkodziły kościół. Dziś to już przeszłość. Miejmy nadzieję, że już się nigdy nic podobnego nie powtórzy. 

Północ – czyli misje w Gambom i Oyo

Północ to inny kraj – bez wojny, z asfaltową drogą krajową nr 2, która prowadzi w kierunku równika. Gdy przyjechali tu pierwsi misjonarze, którzy rozpoczęli prace w Oyo w 1973 r., to jeździli jeszcze po wielkich bezdrożach. To z tej części Konga pochodzi rządzący od 1979 r. – z niewielką przerwą – prezydent Denis Sassou Nguesso. Jadę tam z ks. Tomaszem Kanią, najmłodszym stażem misjonarzem w Kongu. Widać, że jest pora deszczowa. Wszystko jest zielone, wręcz napełnione soczystą zielenią. Podziwiam rezerwat nad rzeką Lefini. Zatrzymujemy się w Ngo. W tej miejscowości pracował przez kilka lat ks. Bronisław Rosiek, wielki poszukiwacz wody. Dalej nad rzeką Kongo proboszczował długie lata ks. Stefan Wal. Dziś wszędzie duszpasterzami są już kongijscy kapłani. Ale bez obawy, wciąż jest miejsce dla misjonarzy i to licznych. Następnie jestem w Gamboma w misji św. Piusa X. Tu tarnowscy księża zapuścili korzenie już od lat. Takim rasowym „dębem misyjnym” jest ks. Józef Kordek, pracujący od 23 lat na tej parafii. W sąsiedztwie są siostry józefitki, które rozpoczęły pracę misyjną w 1975 r. Jedna z nich, s. Rozanna, wciąż tu pracuje. Tu właśnie siostry mają postulat, natomiast nowicjat znajduje się w Kamerunie, gdzie siostry również założyły swoje placówki. Ostatni raz byłem tu 15 lat temu. Poznaję więc parafię na nowo. Jest nowa szkoła podstawowa i gimnazjum św. Józefa. Jest okazja do rozmów, wspólnego posiłku i do modlitwy. Parafia jest mniejsza niż kiedyś, ale wciąż potrzebuje gorliwej pracy, o czym doskonale wiedzą tutejsi misjonarze. Ks. Józef jest dziekanem i dyrektorem diecezjalnym Papieskich Dzieł Misyjnych w diecezji Owando, której ordynariuszem jest ks. bp Ernest Kombo SJ. To właśnie on był moim pierwszym biskupem w Nkayi.

Jadę dalej na północ. Prezydenckie miasteczko Oyo wygląda imponująco, spokojne, zadbane. Może to jednak tylko pozorne wrażenie z krótkiego pobytu. Proboszczem miejscowej parafii św. Radegondy jest ks. Józef Piszczek, pracujący w Oyo od 19 lat. Otoczenie parafii robi na mnie wrażenie. Nawet zadaję pytanie, czy przypadkiem goście prezydenta nie przyjeżdżają tu, aby oglądać kościół i jego bliskie otoczenie, w tym również i szkołę prowadzoną przez siostry józefitki. Jestem z siostrami w ich domu, rozmawiam z chórzystami i z dziećmi. Uczestniczę w Edou we mszy św. na zakończenie dnia skupienia dla Elizas, czyli dziewczynek, które tańczą podczas liturgii. Pytam ks. Józefa o różne sprawy. O wioski należące do parafii, o pobożność miejscowych ludzi, o zdrowie i dziesiątki spraw, które wydają mi się być ważne w kontekście moich odwiedzin. Północ to jakże inny kraj, niż ten na Południu, gdzie pracowałem. Powrót to Brazzaville był konieczny, aby przelecieć samolotem ze stolicy do Dolisie w diecezji Nkayi. Tam rozpoczynał się nowy etap moich odwiedzin. 

W krainie Niari

Nie należy mylić tego podtytułu z filmem „Opowieści z Narni”. Kraina Niari to jeden z trzech regionów tworzących diecezję Nkayi, której ordynariuszem jest ks. bp Daniel Mizonzo kapłan tej diecezji. Od 4 lat – po przerwie spowodowanej wojną – ks. Marian Pazdan na nowo pracuje w misji św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Kibangou. Jest to jedyny „mundele” – biały proboszcz w całej diecezji. Kiedy w 1985 r. przyjechaliśmy do tej nowej diecezji sytuacja była zgoła inna. Jest wiele powołań, a w wyższym seminarium w Brazzaville oraz za granicą studiuje około 50. kleryków tej diecezji. Po przylocie już jestem z ks. Marianem Pazdanem i ks. Sylvain Diele Ikessi, proboszczem z Kimongo. 

Dolisie – misja św. Pawła

Ze wzruszeniem przybywam do misji św. Pawła, gdzie rozpocząłem pracę misyjną we wrześniu 1985 r. Tu byłem wikariuszem, kiedy proboszczem był o. Jacques Blier, a później po jego wyjeździe sam proboszczowałem, aż do czasu przeniesienia się do nowo założonej misji Ducha Świętego w Kimongo. Tu kształtowałem się jako misjonarz, poznając język munukutuba i miejscowe zwyczaje. Stąd jeździłem do licznych wspólnot zwanych dibundu, położonych nawet 160 km od misji. Tu poznałem nieżyjącego już ks. prał. Denysa Mousavou, najstarszego kapłana tej diecezji. Umarł w niewyjaśnionych okolicznościach jako ofiara wojny. Jego grób i groby dwóch innych młodych kapłanów znajdują się tuż obok prezbiterium kościoła. Przy parafii nie widać już śladów wojny – chociaż kościół miał poważnie zniszczony dach – natomiast widać je w mieście. Spalone budynki, zaniedbane drogi, kontrole wojskowe i nieobecni portugalscy właściciele sklepów, których zastąpili muzułmanie z Afryki zachodniej. Pozostali jednak ludzie, zawsze otwarci, z którymi rozmawiam po porannej mszy św. Niektórych rozpoznaję bez trudu. Księża z parafii – Fidel Sathoud i Antoni Madingou – oraz z seminarium St Gabriel to moi dawni znajomi. Są też i dwaj młodzi kapłani, których już nie znałem. Pracują w swojej diecezji pod przewodnictwem ks. bp. D. Mizonzo, z którym odbyłem interesującą rozmowę. W ich rękach jest przyszłość tutejszego Kościoła.

Przyszedł czas na wyjazd do Kibangou, gdzie z ks. Marianem spędziłem Święta Bożego Narodzenia. Duszpastersko byłem przydatny. Spowiadałem, głosiłem kazania. Spotkałem dawnych znajomych – kobiety i mężczyzn, zwłaszcza katechistę Matthieu Niani oraz Jean Pierre Moulungi. Pani Rose Paka z Tsembo z kilkoma osobami przyszła blisko 50 km, aby brać udział w świątecznej Eucharystii. To w domu jej teścia byłem częstym gościem. Należał do pierwszych chrześcijan ochrzczonych już pod koniec lat 40. przez francuskiego misjonarza o. Bernarda Aguillion. Nowa parafia w Kibangou leży w połowie drogi z Dolisie do Niangi i Divenie. W tych dwóch ostatnich pracowali wcześniej ks. Jan Kudłacz i Marian Pazdan. Oni też założyli misję Najśw. Serca Pana Jezusa w Nianga. Klimat religijny na tym terenie nie jest łatwy. Silna historycznie obecność ewangelicka sprawia, że wspólnoty katolickie nie są liczne. Nie brakuje sekt. Obecnie do tej parafii należy około 11 wiosek, ale po raz pierwszy na tym terenie jest stała obecność kapłana. Odnowiony kościół, niewielka plebania, codzienna msza św., katechizm to znaki rzeczywistej nadziei. Boży entuzjazm i fizyczna tężyzna ks. Mariana są zapowiedzią – jak sam mówił – przygotowaniem, aby iść dalej i otworzyć może za dwa lata nową misję w Louvakou, bliżej Dolisie. Naszym rozmowom nie było końca, tak jak robionym fotografiom. Dziś na cyfrowym aparacie to przychodzi z łatwością. Poczułem, że Kongo ma mi coś do powiedzenia i tak będzie przez całą podróż. Nastał czas powrotu i odwiedziny w mojej „misyjnej miłości”, jaką jest misja Ducha Świętego w Kimongo na granicy z Kabindą i Demokratyczną Republiką Konga. Pomijam wszystkie trudności związane z powrotem do Dolisie spowodowane defektem samochodu. 

Pod górą – czyli w Kiomongo

Jedziemy nocą, ale szczęśliwie docieramy do celu. Jestem w Kimongo oddalonym ok. 55 km od Dolisie w misji Ducha Świętego, którą miałem zaszczyt zbudować od podstaw. Pracowali tu gorliwie ks. Józef Kiwior i ks. Stanisław Boroń. Cała parafia rozciąga się na długości około 125 km i zamieszkana jest przez ludzi z plemienia Basundi. Ewenementem i w jakiś sposób obrazem życia religijnego tej parafii są liczne powołania kapłańskie. Od pierwszych święceń diakona Alberta Matsoumbou, które miały miejsce w lipcu 1989 r., w samym Kimongo wyświęcono 13. kapłanów. Jeden z kleryków Abel Nienze kończy studia w Rzymie na Urbanianum. Spotkanie ze wspólnotą parafialną było dla mnie wzruszające. Od mojego wyjazdu minęło 14 lat. Poranna msza św., kazanie, wspólne fotografie i modlitwa z Legionem Maryi przy grocie to czas spędzony z parafianami. Była okazja, aby w mniejszym gronie porozmawiać z katechistami oraz szefami niektórych wspólnot. Wspominaliśmy zmarłych i żywych. Nie zabrakło wspomnienia o wielkim katechiście Alojzym Damba, który był moim nauczycielem pieśni i przysłów. Jeden z obecnych katechistów Alain Mabiala z wioski Boukou Moukongo przyprowadził swojego syna, którego w urzędzie stanu cywilnego – widziałem dokument – zapisał jako Jana Piotrowskiego. Ale szansa! Młody, ale już doświadczony proboszcz ks. Sylvain pokazuje nam ośrodek zdrowia, uprawę warzyw i duży dom katechetyczny czekający na wykończenie. Tu czas płynie bardzo szybko. Godziny wydają się być krótsze i czas wracać do Dolisie.

W trzecim co do wielkości mieście Konga odwiedzam księży na parafii Matki Boskiej Fatimskiej i cierpliwie czekam na odlot do Brazzaville. Ale to osobna historia z samolotem angolańskich linii Taag, który nie przyleciał przez dwa dni. Inną linią dotarłem do stolicy, aby w tym samym dniu odlecieć do Bangi w Republice Środkowoafrykańskiej, gdzie czekał mnie drugi etap podróży. 

Dom przyjaciela nie jest nigdy daleko

To kongijskie przysłowie mówi tak wiele nie tylko w kontekście tej podróży, ale pewnie wszyscy je rozumiemy z łatwością. W Kongu spędziłem czas od 16 do 29 grudnia 2005 r. Przebyłem drogą lądową i lotniczą ponad 2200 km docierając do wielu misji, spotykając licznych misjonarzy i misjonarki z Polski oraz z innych krajów. Rozmawiałem w Kongo z trzema biskupami. We wszystkich odwiedzanych miejscach miałem okazję sprawować Eucharystię z misjonarzami, modlić się wspólnie na brewiarzu, przemawiać do ludzi, a nawet spowiadać tak jak to było w Kibangou. Odkrywałem na nowo rzeczywistość kongijskiego Kościoła, który poznawałem od września 1985 r. do sierpnia 1991. Ten Kościół żyje i daje nadzieję ludziom. Jednak trzeba stwierdzić, że nic tak nie rani ludzi jak bratobójcze wojny i wynikające stąd podziały. Politycy nie spełniają oczekiwań ludzi, skazując ich na nędzę, analfabetyzm i pogardę. Jeśli człowiek jest drogą Kościoła – jak nauczał Jan Paweł II w encyklice Redemptor hominis – to nie ma złych czasów dla Kościoła i misjonarzy, biskupów i miejscowych kapłanów. Tylko gorliwa, pełna miłości i ofiary służba Ewangelii może uwiarygodnić bezinteresowną obecność Kościoła. Kiedy modliłem się w katedrze w Brazzaville na grobach wielkich synów tej ziemi – abp. Teofila Mbemby i kard. Emila Biayendy – dostrzegałem, że wciąż jeszcze potrzeba ofiary. Nie tyle śmierci i męczeństwa, ile pięknego życia.

Wydaje mi się, że dziś, po tej podróży lepiej rozumiem tamtejszy Kościół, jego nadzieje i wyzwania. Geograficzna odległość nic nie znaczy, ponieważ dom przyjaciela nie jest nigdy daleko. Natomiast dla biskupów, kapłanów i wiernych diecezji tarnowskiej Kościół w Kongu to nie tylko wspomnienia z lat świetności, kiedy pracowało tam jednocześnie około 20. tarnowskich fideidonistów. Katalog ich nazwisk jest długi, a i każde nazwisko tu nie zapisane zasługuje na szacunek. Jeden z nich, ks. Jan Czuba, spoczywa w misji św. Tomasza w Loulombo, gdzie niestety z powodu niepokojów i braku przejezdnej drogi nie mogłem dojechać. To nic, że ten kraj jest tak daleko, zawsze noszę w sercu moją miłość do tej ziemi i jej ludzi. Nie zapominam o nich w modlitwie i również zapraszam do niej czytelników tego artykułu. 

ks. Jan Piotrowski

Głoście Ewangelię 1(2006), s. 5-10.