Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko



Świadectwo o Księdzu Janie Czubie jest wyzwaniem

Ksiądz Jan odszedł po nagrodę do Pana. Jego męczeńska śmierć pozostaje jednak dla nas wyzwaniem. Pozostaje takim dlatego, że ona i całe jego, pełne misjonarskiego oddania życie, ma dla nas wartość świadectwa. Sam ks. Jan jest Świadkiem. Ale i o nim składane świadectwa są wyzwaniem, byśmy i my byli świadkami.

Niniejsze świadectwo, napisane przez ks. Andrzeja Kurka, byłego misjonarza w Kongo, zostało przez niego wypowiedziane w dniu 7 listopada 1998 roku na antenie RDN. 

“Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje
oddaje za przyjaciół swoich...”

“Pozwól mi spłonąć na Twoim ołtarzu Panie...”

Drogi Jasiu! Nie potrafię mówić o Tobie inaczej, jak tylko o żyjącym. Taka jest Twoja rzeczywistość.

Dziwne są drogi ludzkie. Ludzie spotykają się “przypadkowo”, a jednak w planach Bożych ma to wielki sens.

Pochodzimy z jednej diecezji, ale poznaliśmy się dopiero w Kongo Brazzaville w 1989 roku. Przyszedłeś do sąsiedniej misji w Mindouli i tam pracowałeś z ks. Stanisławem Łacnym, ks. Józefem Smoleniem, a następnie z ks. Bogdanem Piotrowskim, ks. Augustynem Gurgulem i ze mną, z sąsiedniego Loulombo (1,5 godz. drogi). W 1992 roku przeniosłeś się do Loulombo ex Dechavannes. Dałeś się poznać od początku jako wspaniały człowiek, kapłan, kolega.

Twoją pracę duszpasterską możemy streścić: SZALENIEC BOŻY! Ze Słowem Bożym niosłeś wielkie zaangażowanie, radość życia i optymizm. Nie bałeś się nigdy dalekich i niebezpiecznych wypraw do Pays Ba Dondo. Te dziewięć wiosek w górach, które można było wizytować tylko pieszo, lubiłeś szczególnie. Dziewięć dni marszu, codziennie 20-25 km. W tamtejszym klimacie (36 oC w cieniu lub często w tropikalnym deszczu) nie należało to do łatwych ani przyjemnych wędrówek. Zwłaszcza pierwsze podejście – jak na Giewont, a bystre zejścia napawały każdego dreszczem. Ty zanosiłeś tam tyle radości, że wszyscy parafianie byli tym zauroczeni.

Dla nas byłeś wspaniałym kolegą. Ileż razy na afrykańskich drogach wyciągałeś innych z bagna, z wody czy piasku. Gdy któryś z nas długo nie wracał z buszu, brałeś samochód i ludzi, aby nas szukać. Zawsze chętnie zastąpiłeś, pomogłeś i starałeś się każdego podnieść na duchu.

W pracy fizycznej byłeś za dwóch. Nigdy nie pokazałeś zmęczenia, chociaż wcale nie byłeś mocnej postury. Znałeś wiele zawodów, a szerokie Twe umiejętności przekazywałeś tamtejszym parafianom. Wybudowałeś w Loulombo i Kingembo wioskowe apteki, a po innych wioskach szedłeś z walizką lekarstw, aby nieść pierwszą pomoc chorym i cierpiącym. Gdy zaszła potrzeba, woziłeś ludzi do szpitala w Loutété oddalonego o 40 km lub do Brazzaville – 200 km. Wybudowałeś dom dla sióstr w Loulombo i w Kinkembo plebanię, a ostatnio, w sobotę przed Twoim odejściem, rozpocząłeś fundamenty pod kościół w Mpassa Mines, na granicy z Zairem.

Twoja praca była służbą, poświęceniem i sercem, podbudowana głęboką i autentyczną wiarą, wynikającą z głębokiego rozmodlenia. Już rano brewiarz z siostrami i grupą parafian, następnie Msza św. oraz modlitwa różańcowa, wspólna w czasie jazdy samochodem lub wieczorem, chodząc koło misji albo w kościele. Pracowałeś nieustannie, odwiedzając regularnie siedemnaście wiosek, chociaż ostatnie trzy lata byłeś sam i nie miałeś żadnego urlopu. Twój entuzjazm nas zapalał. W wakacje pytałem Cię, co będziesz robił, jeśli w Kongo będzie nadal wojna i nie da się już tam pracować. Roześmiałeś się i powiedziałeś: “Gdybym miał opuścić Kongo, Afrykę, to na pewno nie zostanę ani w Polsce, ani we Francji. Pojadę gdzieś indziej na misje, może na Ukrainę...”. Wiem, że Twoim domem od dawna była Afryka, bo tego kontynentu nie da się zapomnieć. Tam też zostaniesz na wieki.

“Pozwól mi spłonąć na Twoim ołtarzu, Panie...” I tak spłonąłeś w 39-tym roku życia

we wtorek 27 października 1998 roku. Około godziny 14-tej do misji przyszło "Nindża" - wojsko obalonego prezydenta. Ta wizyta nie była ich pierwszą i jak zawsze wiązało się z nią ryzyko. Dla wyjaśnienia podaję, że wojsko obecnego prezydenta Sassou Nguesso nazywa się "Kobra". Oprócz tego są jeszcze uzbrojone bandy, przedstawiające się w zależności od okoliczności za którąś z walczących stron. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi i kto kim jest. Trzeba też wiedzieć, że ludzie ci często są pod wpływem narkotyków. Tym razem pod pretekstem rewizji misji poszukują broni. Oczywiście nic nie znajdują, ale jak zwykle przy okazji zabrali trochę rzeczy i pieniądze. Wychodzą z plebani w złości, bo mało nagrabili i nie mieli powodu do szantażu. Siedzą na terenie misji i obierają owoce mango. Widząc, że są głodni, Ty, Jasiu, proponujesz im coś do zjedzenia. Wybuchają wtedy złością, mówiąc: "My szukamy broni. Powiedz, gdzie schowałeś i daj natychmiast broń! My wszystkich białych wystrzelamy. Uciekł nam wasz biskup, ale Ty nie zdążysz!" Padła cała seria z karabinu maszynowego typu "kałasznikow" i na miejscu odszedłeś do Pana...

Gdy brat Cię pytał przed powrotem do Konga, czy nie boisz się tam wracać i jakie jest Twoje życzenie, odpowiedziałeś: “Nie przejmuj się, najwyżej palmy będą lepiej rosły!” To tylko Ty – “Szaleniec Boży” mogłeś tak patrzeć na życie!

“Pozwól mi spłonąć na Twoim ołtarzu, Panie”. I tak spłonąłeś dla Boga i ludzi. Chcę Ci, Jasiu, podziękować za wszystko dobro otrzymane, za serce i dobroć, za przykład kapłańskiego życia i za wszystko to, co uczyniłeś dla nas kolegów i tych dwóch wielkich misji – w Mindouli i Loulombo. Niech Bóg Ci da wieczną nagrodę.

Siostrze i braciom Jasia chcę przesłać wyrazy głębokiego współczucia. My wszyscy misjonarze modlimy się za naszego drogiego Kolegę i za Was, pozostających w bólu i żałobie.

Jasiu – “Tam w niebie są ścieżki, na których się spotkamy”. Pamiętaj o nas i błagaj za nami, a my z tej strony zanosimy modły za Ciebie. “Dobry Jezu, a nasz Panie, daj Mu wieczne spoczywanie...”.

Ks. Józef Smoleń, jako proboszcz w Loulombo pracował z ks. Janem , jego wikariuszem, dwa lata. Ten wspólnie spędzony czas jest podstawą do dania świadectwa.

Pamiętam jak pewnego dnia spotkaliśmy się przypadkowo w Paryżu, tuż przed jego wyjazdem do Konga. Cieszył się ogromnie, że wreszcie będzie mógł zrealizować swoje życiowe marzenia pracy na misjach.

Jak każdy misjonarz, był pełen zapału i idealizmu do pracy misyjnej. Odwiedzał chorych i ubogich, niosąc im pomoc materialną i duchową, i czynił to zawsze z wielką radością i pogodą ducha. Widać było, że duszą i ciałem był oddany swej pracy misyjnej. Lubił dzieci i młodzież, która garnęła się każdego dnia na misję. Prowadził też różnego rodzaju budowy. Nie sposób wyliczać całą jego dobroczynną pracę na misji. Pracowaliśmy razem tylko 2 lata, gdyż ze względu na mój bardzo zły stan zdrowia, musiałem definitywnie opuścić Kongo w 1994 roku. Na moje miejsce do Loulombo przyszedł ks. Bogdan Piotrowski, ale to już inna historia. I tu kończy się moje wspomnienie o Janku Czubie. Zachowałem w pamięci obraz misjonarza oddanego całkowicie sprawom misji. Myślę, że jego praca misyjna i tragiczna śmierć może być odczytana w sensie szczególnego wybrania. Jego ofiara z życia przywodzi na myśl ewangeliczne słowa o ziarnie wrzuconym w ziemię, które wyda wspaniały kłos.

Ks. Bronisław Kowalik pracujący w Rep. Środkowoafrykańskiej od 1994 roku, podczas minionych wakacji spotkał ks. Jana przebywającego w Polsce na urlopie. Niniejsze świadectwo nawiązuje do tego spotkania.

Ostatnie moje spotkanie ze śp. ks. Janem miało miejsce we wakacje 1998 roku, wiele godzin spędziliśmy razem. Dużo rozmawialiśmy o misjach, o sytuacji w Kongo po wojnie domowej, o olbrzymich zniszczeniach materialnych i moralnych, o ranach, które długo jeszcze będą krwawiły. On potrafił mówić na te bolesne tematy z godnością, bez gniewu. Chociaż sam wiele wycierpiał, nie oskarżał, ale umiał współczuć ofiarom i co bardzo wiele kosztuje, także tym, którzy cierpienia zadawali, nie potępiał, ale bolał nad ich postępowaniem.

Postawiłem też pytania, czy jest sens wracać? Był zgorszony, że można tak pytać. Nawet mówił, że może skróci sobie wypoczynek, bo misja jest opuszczona, bo tam czekają. Wracał chętnie, z wiarą, przekonany, że "chrześcijanin w każdym momencie ma być gotowy na spotkanie z Chrystusem w tajemnicy Jego śmierci i zmartwychwstania". Wiemy, że spotkał już Chrystusa w tajemnicy śmierci. Wierzę mocno, że spotkał Go też w tajemnicy zmartwychwstania.

Głoście Ewangelię 1(1999), s. 13-17.