Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Jan Czuba

List ten jest jednym z pierwszych napisanych przez księdza Jana – misjo­narza. Adresowany do Proboszcza swojej rodzinnej parafii potwier­dza nie tylko istniejące więzy, ale również zapał młodego ka­płana, który z radością dzieli się faktem, że czekają na niego ludzie Afryki pragnący prawdy.
 
Mindouli, listopad 1989 r. 
 Drogi Księże Proboszczu! 
 
Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia są dla mnie okazją do podzielenia się kilkoma przeżyciami na afrykań­skiej ziemi. W pierwszym dniu mojego pobytu w Mindouli zorientowałem się, że mój francuski przyda się tylko w sklepie. Aby mieć kontakt z ludźmi, porozmawiać, trzeba znać ich język lari.
 
 Po tygodniu intensywnego czytania z klerykiem, nauczy­łem się odprawiać Mszę św. w tym języku. Ja nie­wiele rozumiem, ale ludzie chyba tak, bo odpowiadają. Z czytaniem Ewangelii jest trochę gorzej. Próbuję też czytać powoli, wcześniej przygotowane z kimś kazania. Naj­większy problem jest ze spowiedzią. Chętnych jest dużo, zwłaszcza w terenie. Trzeba nieraz spowiadać od południa do nocy. Napisałem więc sobie w notesie całą litanię grze­chów, kilka pouczeń i jakoś spowiadam.
 
 Pracy jest sporo. Zwykle jeden pozostaje na miejscu i wtedy trzeba odprawić Mszę św. „na dole” – 3km od domu i wyspowiadać. Prawie codziennie wołają do szpitala. Mamy też budowę kościoła na miejscu, to znowu ktoś przyje­dzie po lekarstwa lub po pieniądze, by te leki kupić. Dziś na przykład, dałem dla pewnej umierającej kobiety ponad 6 tys. franków afrykańskich, by podłączono jej krop­lówkę. W kancelarii parafialnej kolejka to też już się nigdy nie kończy. Najpierw załatwia się sprawy tych, któ­rzy przyszli 50-60 km, a miejscowi w drugiej kolej­ności, dlatego też przychodzą po 2-3 razy. Na szczęście mają dużo cierpliwości. Potrafią czekać, aż do południa, a nawet, gdy trzeba, to i do wieczora. Dla przykładu, we Wszystkich Świętych w jednej z wiosek ogłosiliśmy, że przyjdzie do nich ksiądz, który miał być u nas gościnnie. Msza św. miała być o 900 rano. Ksiądz ów się rozmyślił i nie przyjechał, a wierni czekali aż do 5 godziny po południu i o 500 rozpo­częli sami modlitwy, które trwały 2 godziny.
 
 Mamy wiele wspólnot w terenie, ludzie ciągle proszą, by do nich przyjechać ze Mszą św. i spowiedzią. Niestety możemy ich odwiedzać tylko kilka razy w roku, większe wspólnoty 2-3 razy w miesiącu. Trzeba przyznać, że „brac­two” naprawdę czeka na księdza. W jeden dzień spowiedź, wieczór spotkanie z dziećmi, z katechistami, którzy bez­interesownie nauczają religii, z różnymi gru­pami, których jest sporo. Rano zwykle jest Msza św. Godzinę wcześniej dzwoni się uderzając kawałkiem pręta w starą samocho­dową felgę zawieszoną na palmie, by zbudzić całą wioskę. Prawie zawsze kaplice są pełne. W niektórych kościołach uczestniczy we Mszy św. ponad tysiąc ludzi. Liturgię przygoto­wują sami i to naprawdę solidnie, z komenta­rzami, a lektor kilkakrotnie jest przeegzamino­wany przez „komisję liturgiczną”. Dużo śpiewają. Zawsze jest jeden lub więcej chórów z tamta­mami i grzechotkami. Jest procesja z darami. Z ostatniej niedzieli przywiozłem kilkadziesiąt kilogramów manioku, bananów, a nawet koguta. Po Ko­munii św. ktoś prowadzi głośno dziękczynienie. Prawie nigdy nie można skończyć Mszy św. w ciągu dwóch godzin.
 
 Jeżeli jest to niedziela, to jedzie się jeszcze na jedną Mszę św. do innej wioski (przed południem) i do trzeciej po południu. Wieczorem to już człowiek ma dosyć, jeśli jest w stanie, to wraca, a jeśli nie, to pozostaje na miejscu.
 
 Teraz dodatkowym problemem są drogi. Mamy porę desz­czową więc prawie nie ma dnia bez ulewy. A nasze dróż­ki niestety nie mają nawet piasku. Ziemia całkiem po­dobna do polskiej gliny, a górki 2-3 razy większe od sło­tow­­skich.
 
 Więcej napiszę w następnym liście. Serdecznie dzię­kuję za pożegnanie i dary. Są bardzo cenne szczególnie dewocjonalia. Mamy też problemy ze świecami na ołtarz i małymi do domów, bo o elektryce to jeszcze marzymy.
 
 Życzę z okazji Świąt dużo radości i błogosławieństwa Bożej Dzieciny. Niech On da Wam moc do życia godnego, życia w miłości z innymi, do materialnego dźwignięcia Oj­czyzny. Wigilię będę spędzał w jednej z wiosek, będę łamał się modlitwą i Eucharystią.
 
ks. Jan Czuba
Rep. Konga