Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Jan Czuba

W 1993 roku ksiądz Jan przeniósł się z Mindouli do Loulombo. Stąd też zaraz napisał list o swojej misyjnej posłudze. Nie przypuszczał wte­dy, że właśnie tam spotka go śmierć i jego ciało zostanie na zawsze w krainie Dondo.
 KOŚCIÓŁ W KRAINIE DONDO 
 
Od kilku miesięcy jestem na nowej misji w Loulombo, pracuję tu wraz z ks. Józefem Smoleniem. Okres Adwentu i Bożego Narodzenia był wyjątkowo deszczowy w tym roku, drogi mocno porozmakały, stały się kompletnie nieprzejezdne. Korzysta­jąc z małej pory suchej, która zwykle przypada tu pod koniec stycznia, wybrałem się do Pays Badondo, części naszej misji, gdzie ludzie posługują się innym narzeczem dondo.
 
Jest to rozległy teren między granicą z Zairem a rzeką Niarii, położony w wysokich górach. Ze względu na wysokie wzniesienia i mocne, rwące rzeki nie ma tu żadnych dróg, można poruszać się tylko pieszo. Na tym terenie jest sporo większych i mniejszych wiosek oddalonych od siebie o dwie lub trzy godziny marszu. W wielu większych ośrodkach są szkoły, niestety w tym roku ze względu na ogólny bałagan w Kongo cztery z nich są w ogóle nieczynne. Przeznaczeni i wysłani nauczyciele po prostu nie zgłosili się do pracy, a w innych, już miesiąc po Bożym Naro­dzeniu kadra jeszcze nie powróciła, by podjąć swe obowiązki. Rezultat prosty, w ubiegłym roku żaden uczeń z tego terenu nie zdał końcowego egzaminu.
 
Na tym terenie mamy sześć w miarę dobrze zorganizowanych parafii z kaplicami, gdzie ludzie modlą się sami w każdą niedzielę i jest katechizm. Ludność bardzo biedna, aby zdobyć parę franków (CFA), znosi na głowach maniok w doliny (dzień lub dwa dni marszu). W pewnym momencie skończył się mi zabrany cukier, prosiłem ludzi, chciałem kupić. Niestety w całej wiosce nie mieli go, bo na taki luksus ich nie stać. W programie wizyt były spotkania z biurem parafialnym, odpowiedzialnymi za różne akcje katolickie jak: Legion Maryjny, Schola populaire, Ruch charyzma­ty­czny, spotkanie z katechistą i katechumenami, wieczorna wspólna modlitwa z konferencją, poranna uroczysta Msza św. z darami, które później dzieliliśmy wśród chorych i najbiedniejszych. Po serdecz­nym pożegnaniu z każdą wspólnotą, wielu ludzi odprowadzało mnie do następnej wioski, katechumeni chętnie nieśli moje bagaże.
 
Do Louhangi, przedostatniej parafii dotarłem około połu­dnia. Wioska położona w widłach dwóch rzek, u podnóża wysokiej góry. Schodząc z niej w oddali zauważyliśmy w środku wioski grupę dzieci zgromadzonych na placu przed kaplicą. Nasz widok dał początek radosnym okrzykom, które przerodziły się w pieśń powitalną z tam-tamem i tańcem. Po tradycyjnym uściśnię­ciu dłoni, krótkim odpoczynku, rozpocząłem spowiedź, przygoto­wanie liturgii Mszy św. Ze względu na sporą odległość i dwie przeprawy przez rzeki następnego dnia, chciałem ze wszystkim uporać się do wieczora, by ruszyć dalej o świcie. W czasie Mszy św., którą rozpocząłem przy lampie naftowej, o zmroku, ochrzci­łem jedno dziecko. Po zakończonej liturgii i skromnej kolacji usiedliśmy wspólnie wokół ognia, by porozmawiać o sprawach parafii i wioski. Podczas tego spotkania dwie pary zgłosiły się, by zawrzeć sakrament małżeństwa w Niedzielę Palmową. Pod koniec podeszli również rodzice ochrzczo­nego dziecka, on katolik biorący żywy udział w życiu tamtejszej wspólnoty, ona również ochrzczona, ale modli się w jednej z afrykańskich sekt, u kinbangi­stów. Zdecydo­wali się też na małżeń­stwo, a ona przyrzekła wrócić do Kościoła.
 
Przed północą, po wspólnych wieczornych modlitwach rozeszliśmy się na odpoczynek. Dla mnie przygotowali łóżko w samej kaplicy ponieważ dom dla księdza nie ma jeszcze okien i drzwi. Gdzieś nad ranem zbudził mnie krzyk i lament zawodzącej kobiety. Po chwili zbiegła się cała wioska. Z fragmentów rozmów i krzyków zorientowałem się, że ktoś umiera. Często padało słowo sorcier (czyt. sorsje) - ktoś kto zjadł duszę drugiego. Nawoływano, by posłać po fetyszera lub szefa wspomnianej sekty kinbangistów, który spełnia tu podobną rolę. Zaczęto również łomotać do drzwi i okien kaplicy gdzie spałem. Trochę się bałem, bo jeżeli uznają, że ja jestem sorcier to koniec ze mną, na dodatek ciemno i nie znam terenu. Po otwarciu, prawie siłą zaprowadzono mnie do pobliskiego domu gdzie leżał nieprzytomny człowiek. Rozpozna­łem, że jest to ojciec wczoraj ochrzczonego dziecka, który chce również zawrzeć małżeństwo. W paru zdaniach wytłumaczono mi, że ktoś zjadł jego duszę, i że trzeba wyrzucić złego ducha. Stałem bezradny, myślałem o rozgrzeszeniu i sakramencie chorych, ale wszystkie te gesty będą poczytane jako wypędzenie złego ducha, a więc będę dla nich niczym innym jak ich czarownikiem. Jeżeli na dodatek ten człowiek umrze, całą odpowiedzialność za to ściągnę na siebie. Kilka godzin wcześniej człowiek ten wyraził swą dobrą wolę uregulowania swych spraw, a więc Pan zbawi go bez mojej pomocy. Przyglądając się mu uważnie, zauważyłem rozdęty brzuch i ślinę cieknącą z jego ust. Powiedziałem, że chyba jest otruty, pytałem co i z kim jadł wieczorem. To ich zmieszało, stali się mniej natarczywi, niektórzy ukradkiem zaczęli odchodzić. Po chwili wewnętrznej modlitwy w intencji tego człowieka, wróciłem do kaplicy, by doczekać świtu. Przyszedł tam do mnie młody człowiek i wyjaśnił, że to się już raz zdarzyło z tym chorym. Poszli wtedy do fetyszera, który orzekł, że to na skutek problemów z rodziną ze strony ojca. Musiał więc on kupić dla wszystkich członków tej rodziny różne dary i choroba ustąpiła. Wczoraj znowu rodzina wysłała go do mnie. Gdy opuszczałem wioskę, chory był nadal nieprzytomny.
 
Trudno zrozumieć, rozstrzygnąć, znaleźć rozwiązanie tego przypadku. Już po powrocie, analizując wspólnie z ks. Józefem zaistniałą sytuację, ubolewaliśmy nad słabością wiary naszych chrześcijan, ciągle ważnej dla nich roli czarowników, trucizny.
 
A nade wszystko nad mocno zakorzenionym animizmem w sercach naszych ludzi. Wszystkie zdarzenia, pomyślne i niepomyśl­ne nadal tłumaczą jako rezultat wpływów dobrych i złych duchów. Stąd też ciągłe proszenie o wodę święconą, świece, podkładanie medalików pod obrus, wielokrotne błogosławieństwo dewocjo­naliów, domów. To wszystko, ma ich chronić przed atakami złych duchów.
 
Problemy, które spotykamy tu w naszym życiu i pracy duszpas­terskiej jakże często przekraczają nasze możliwości i kompetencje, dlatego ciągle liczymy na Waszą modlitwę i pomoc.
 
ks. Jan Czuba
Loulombo - Afryka
Głoście Ewangelię, 3(1993), s. 15 – 17.