Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Jan Czuba

Pozostanie na miejscu podczas wojny, wśród swoich parafian i w ogóle mieszkańców Loulombo, pozwoliło księdzu Janowi spełnić wielkie dobro. Epidemia cholery i bezduszne wobec niej stanowisko rządu kongijskiego wymagały wielkiego oddania i dobrej organizacji pomocy. Możemy o tym przeczytać w poniższym liście, który jest chyba ostat­nim pisanym do szerszego grona czytelników.
 
Loulombo, maj 1998 r. 
Drodzy Przyjaciele misji! 
 
 Myślę, że wielu z Was słyszało o ubiegłorocznej wojnie w Kongo – Brazzaville. Miał to być rok wyborów prezy­denckich, czyli demokracja po afrykańsku. Prawie wszyscy kandydaci w czasie przygotowań przedwyborczych za­kupili broń, uzbroili bandytów, narkomanów, tworząc tzw. pry­watne milicje, które miały czuwać nad przebiegiem głoso­wania. Wszyscy spodziewali się wybuchu zamieszek w cza­sie ogłoszenia wyniku wyborów, stało się to jednak dużo wcześniej. Potem była nieudana próba uwięzienia poprzed­niego prezydenta. Wojna na ogół toczyła się w stolicy kra­ju. Jednak w pierwszej fazie również północ była terenem starć i zamieszek. Zniszczono tam doszczętnie parę misji katolickich. W samym Brazzaville wojna trwała ponad czte­ry miesiące. Podobno zabitych było około 15 tysięcy. Na pewno dwa lub trzy razy tyle zmarło w czasie przesiedle­nia, na skutek braku lekarstw i żywności. Ocenia się, że w milionowej stolicy od 600 do 800 tys. jej mieszkań­ców zmuszo­nych było szukać schronienia na prowincji. W tym okresie liczba mieszkańców na terenie naszej misji w Lou­lombo prawie się podwoiła. Powstał bardzo poważny problem wyżywienia. Handel nie funkcjono­wał. Z przybyciem pierwszych uciekinierów z Brazzaville pojawiła się dziwna choroba: silna biegunka połączona z wymiotami, prowa­dząca do całkowitego odwodnienia i śmierci w ciągu 3-4 godzin. Pierwszymi ofiarami byli młodzi: Kevin – ministrant, Eveline – chórzy­stka, Jean-katechista. Na początku było kilka przypadków dziennie, po pewnym okresie aż po 20 i 30 osób. Czas wojny; nic nie funkcjonowało, zorganizo­wane bandy utrudniały wszelkie poruszanie się. Próbowa­liśmy powia­domić o tej groźnej epidemii odpowiedzialnych za zdro­wie, organizacje humanitarne i oczywiście rząd, ale ci mieli coś innego w głowie: wojnę – by sprowadzić jak najwięcej broni i zabić przeciwników. Mały wioskowy szpi­tal był bez lekarza, z jednym dyplomowanym pielęg­niarzem i kilkoma osobami po kursie Czerwonego Krzyża.
 
 Prawdziwym skarbem okazała się siostra zakonna – emerytowana pielęgniarka z ponad trzydziestoletnim sta­żem w Afryce, i dobrze zaopatrzona apteka misyjna. Bez laboratorium, szczegółowych badań, po kilku dniach przy Bożej pomocy znaleziono skuteczną receptę na leczenie dotkniętych przez epidemię. Był moment, że w dwóch salach było 30 i więcej osób równocześnie pod kroplówką. W drugim tygodniu epidemii wspomniany pielęgniarz przy­szedł na misję, by się pożegnać i uciec po prostu z Loulombo, bo fizycznie już nie wytrzymywał. Praktycznie 24 godziny na dobę na nogach, dziesięć i więcej kroplówek w ciągu nocy trzeba było podłączyć przy lampie naftowej. Dał się jednak przekonać, by pozostać. Zorganizowaliśmy mu pomoc, angażując innych wioskowych pielęgniarzy. Na przełomie sierpnia i września epidemia stała się jeszcze bardziej złośliwa. Obejmowała całe rodziny, wszystkie dzie­ci i najczęściej matkę. Kilka rodzin straciło w jednym dniu po dwoje, troje dzieci. Wtedy nie było już wątpli­wości, że chodzi o cholerę. We wrześniu dotarli do nas „lekarze bez granic”, którzy potwierdzili tę diagnozę. W sumie od sier­pnia do października zanotowano ponad 750 przypadków. Niektórzy mieli po trzy lub cztery kroplówki, mniej od­porni po siedem, osiem. To graniczy prawie z cudem, że w czasie wojny, w bardzo trudnych warunkach udało się uratować tyle ludzi. W sumie zmarło tylko 18 osób. To wielka zasługa przede wszystkim wspomnianego pielęg­niarza, protestanta, współpracującego z doświad­czoną za­kon­­nicą, misjonarką z Holandii.
 
 Oficjalna wojna zakończyła się w październiku ubieg­łego roku, polityczny chaos trwa nadal. Przed Bożym Naro­dzeniem w czasie zamieszek zniszczono dwie sąsiadu­jące z nami misje oraz wszystkie sklepy; tysiące osób zmu­szonych jest opuścić swoje domy i plantacje, by szukać schro­nienia w głębi buszu. Grasują uzbrojone bandy, zacho­wanie sił rządowych też przeczy wszelkim normom afrykańskim i międzynarodowym. Wszyscy mają już dość wojny i tego bałaganu. Z głębi ludzkich serc wydobywa się wołanie o pokój w Kongo i całej Afryce.
 
 Prosimy Was, Drodzy Przyjaciele i Dobroczyńcy misji, módlcie się razem z nami, by Zmartwychwstały Pan dał pokój swojemu ludowi.
 
 Wdzięczny za wszelką pomoc
 
Ks. Jan Czuba 
 „Echo z Afryki i innych kontynentów”, 1999/1.