Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Stanisław Łacny

W tym roku minie 25 lat od wyjazdu ks. Stanisława Łacnego na pracę misyjną do Konga. Ostatni rok pobytu naznaczony był smutnym doświadczeniem wojny domowej. O tych wydarzenia traktuje poniższy list.
 
Mindouli, 1 maja 1998 r.
 DRODZY PRZYJACIELE MISJI! 
 
Przekazuję Wam krótki historyczny opis wydarzeń przeżywanych niedawno w Kongo, szczególnie na terenie naszej misji katolickiej w Mindouli.
 
Kongo leży w samym środku Afryki i obecnie jak prawie wszystkie otaczające je kraje afrykańskie dąży do prawdziwej demokracji. Jest to jednak niełatwa droga dla Afrykańczyków przyzwyczajonych do władzy monarchicznej z wodzem szczepu na czele. Nie upłynęło dużo czasu od 1993 roku, kiedy to został wybrany po raz pierwszy demokratycznie, większością głosów nowy prezydent profesor Pascal Lissouba, a tu już 5 czerwca 1997 roku Kongo przeżywało drugą wojnę domową. Była ona jednym z najbardziej brutalnych i obfitujących w cierpienia moralne i fizyczne doświadczeń, nigdy dotąd w historii Konga nie spotykanych.
 
Nadszedł czas ponownych wyborów prezydenckich. Wzmogło się napięcie między ugrupowaniami politycznymi. Każdy szef partii organizował swoją milicję i przemocą usiłował dojść do władzy. To doprowadziło w końcu kraj do ogólnego zniszczenia. Zanotowano ogromne straty. W czasie działań wojennych, zwłaszcza bombardowań, straciło życie około 15 tysięcy ludzi, zniszczono domy mieszkalne i inne budowle, doprowadzono do kompletnej ruiny stolicę Konga Brazzaville. Otwarto więzienia a zbrodniarzom, złodziejom i wszelkim innym złoczyńcom dano w ręce broń. Ogromna bieda, brak środków do życia spowodowało, że młodzież - często pod wpływem narkotyków chwyciła za broń, by niszczyć, rabować mienie publiczne i prywatne. Gwałcono, palono, zabijano swoich braci i siostry, Kongijczyków z innych regionów, z innych plemion, Kongijczyków o innych zapatrywaniach politycznych. Tak, to była prawdziwa wojna domowa.
 
Na pięć miesięcy życie zamarło w stolicy Konga. Liczni mieszkańcy stolicy Brazzaville szukali schronienia w pobliskich miastach, a nawet po drugiej stronie szerokiej na 3 km rzeki Kongo, w stolicy Demokratycznego Konga, (dawny Zair), Kinszasie. Do naszej centralnej stacji misyjnej dotarło 800 rodzin, co powiększyło o 6500 osób liczbę mieszkańców miasteczka. Dla tych ludzi, pozbawionych elementarnych środków do życia, utworzyliśmy punkty udzielania pomocy lekarskiej i rozdziału żywności. Wszyscy szukali sposobu, by przetrwać tę okropną burzę, która nadciągnęła nad cały kraj.
 
W mieście Mindouli - drugim po Kinkala, gdzie mieści się siedziba biskupa naszej diecezji - usytuowana jest nasza centralna stacja misyjna, oddalona o 140 km od zrujnowanej stolicy. Założono ją 70 lat temu. Do wybudowanej na razie małej kaplicy w środku miasta uczęszczają na nabożeństwa nasi Czarni Bracia i marzą o kontynuowaniu budowy nowej wspaniałej świątyni Bożej. W 1993 roku w czasie pierwszej wojny domowej straciliśmy wszystkie fundusze na jej budowę. Doszło do tego, ponieważ bank kongijski, gdzie przetrzymywane były pieniądze na budowę, zbankrutował, a my nie wyczuliśmy na czas grożącego niebezpieczeństwa. Budowa ta była naglącą potrzebą, gdyż w ostatnich latach wzrastała liczba wiernych. Ludzie garnęli się do kościoła, by czerpać siłę do przetrwania ciężkich chwil życia. Trzeba zaznaczyć przy tej okazji, że ci wierni praktykujący, którzy zawierzyli Chrystusowi nie brali udziału w bratobójczych walkach.
 
Mimo działań wojennych podtrzymywaliśmy kontakt z trzynastoma wspólnotami chrześcijańskimi rozsianymi na ogromnym terenie naszej misji. Kiedy nad naszymi głowami przelatywały helikoptery, wiozące amunicję w kierunku stolicy Brazzaville, kiedy wieczorami dochodziły do nas odgłosy bombardowań, my kontynuowaliśmy naszą pracę misyjną pełni zapału i wyrzeczenia, ponieważ sam Chrystus Pan dodawał nam odwagi. Tworzyliśmy również bardzo mocną ekipę duszpasterską. Do mnie, starego misjonarza, mającego już za sobą 25 lat pracy w Kongo, dołączyli dwaj młodzi księża kongijscy dopiero co po święceniach kapłańskich. Pełni werwy i entuzjazmu wchodzili w kontakt z młodzieżą, milicją i wojskowymi oraz z napływającym ludem ze stolicy, by czynem i sercem wspomagać ich w licznych potrzebach duchowych i materialnych. W pracy duszpastersko-społecznej przyszło nam z pomocą jeszcze czterech zakonników ze Zgromadzenia Braci Szkolnych. Ich pierwszym zadaniem było kształcenie młodych Afrykańczyków, przygotowanie ich do kapłaństwa w założonym w czasie pierwszej wojny domowej na terenie naszej misji Małym Seminarium Duchownym pod wezwaniem Świętego Piotra Apostoła. Trzy dzielne Czarne siostry z francuskiego Zgromadzenia Świętego Józefa z Cluny wspaniale uzupełniały naszą ekipę duszpasterską.
 
Z Mindouli do stolicy Konga - Brazzaville, jest daleko. Myśleliśmy więc, że działania wojenne do nas nie dojdą. Niestety! Uzbrojone bandy milicji zwanej "Nindja" (czyt. Nindża), a później "Kobra", siały na terenie naszej misji nieprzeciętny postrach. Całe miasto Mindouli było terroryzowane. Zabili 13 osób, wielu zranili, zniszczyli domy, rabowali. Nasza plebania, której budowę dzięki pomocy episkopatu niemieckiego ukończyliśmy w 1992 roku, tuż przed wybuchem pierwszej wojny domowej, została również obrabowana.
 
Dnia 19 października 1997 roku o godzinie 19.30 dokonano na plebani kradzieży z bronią w ręku. Jedenastu bandytów, uzbrojonych złodziei otoczyło naszą plebanię. Aby spokojnie przeprowadzić akcję rabunkową najpierw zniszczyli nam radiostację, a następnie odłączyli telefon. Radiostacja służyła nam do nawiązywania kontaktu z poszczególnymi misjami i z biskupstwem. Nam trzem księżom - kilkakrotnie grozili śmiercią. Chcieli w nas strzelać, bo broniliśmy mienia misyjnego i stawialiśmy zdecydowany opór. W końcu w obronie życia musieliśmy ulec. W konsekwencji utraciliśmy pieniądze i wiele cennych rzeczy. Straty sięgały 285 franków francuskich. Największą stratą jednak okazał się dla nas niezbędny w pracy duszpasterskiej środek poruszania się w terenie - wspaniałe auto Toyota Land Cruiser Pick-up japońskiej produkcji, otrzymane zaledwie dwa lata temu od organizacji niemieckich pomagających misjom w Afryce: Missio-Begeca i Kirche in Not. Chrześcijanie z Niemiec wspaniałomyślnie przekazali nam ten drogocenny skarb. Dzięki niemu bez większych trudności i kłopotów w ciągu dwóch lat mogliśmy podołać wymaganiom ciężkiej pracy misyjnej: duszpasterskiej, katechetycznej i charytatywnej, prowadzonej na terenie całej misji.
 
Nie wiem jak, pozbawieni tego środka lokomocji, będziemy mogli: wizytować wspólnoty chrześcijańskie dla podtrzymania życia religijnego i sakramentalnego w trzynastu odległych wioskach; spieszyć z pomocą duchową i materialną czternastu utworzonym bazom chrześcijańskiego życia w poszczególnych dzielnicach naszego miasta; kontynuować budowę kościoła parafialnego i domu katechetycznego w centralnej stacji misyjnej; kontynuować budowę kompleksu budynków mających służyć niższemu seminarium duchownemu; czuwać, by ciągle sprawna była linia wodociągu zaopatrująca w wodę pitną miasto. Nie wiemy jak podołamy, więc zdajemy się całkowicie na Opatrzność Bożą. Obecnie mogłoby się zdawać, że przejmujący siłą władzę dawny prezydent rządu komunistycznego Denis Sassou-Nguesso zaprowadzi pokój i przywróci bezpieczeństwo w kraju, ale w rzeczywistości dalej prowadzone są bratobójcze walki. W wyniku agresywnego zachowania się jego żołnierzy w naszym mieście w ubiegłym miesiącu dokonano wielu rabunkowych napadów, gwałcono, zabijano. W Wielkim Tygodniu nie mogliśmy przeprowadzić ceremonii Wielkiego Czwartku, Piątku i Soboty. Wraz z mieszkańcami miasta Mindouli ukrywaliśmy się w gąszczu afrykańskiego buszu i na szczytach otaczających miasto gór przemierzając pieszo ponad 10 km. Dopiero w Wielką Niedzielę, kiedy trzydziesto-osobowa grupa żołnierzy-bandytów wycofała się z naszego miasta i ucichły strzały i wybuchy pocisków, udało nam się zgromadzić wiernych w misyjnym kościele, by celebrować w nieco odmiennej atmosferze jak w naszej Ojczyźnie, liturgię paschalną Zmartwychwstania Chrystusa Pana.
 
Naturalnie, my księża całym sercem jesteśmy z tym ludem, męczonym i doprowadzonym do skrajnej nędzy w wyniku zmiany ustroju i walki o władzę "demokratyczną". Zacieśniamy z nimi coraz silniejsze więzy duchowe i kontynuujemy Boże dzieło misyjne ewangelizacji narodów. Staramy się słowem i czynem przybliżyć im Ewangelię Chrystusa, Ewangelię miłości, pokoju i pojednania. Staramy się złagodzić ich okrutne obyczaje i postępowanie. Staramy się uczyć ich szacunku i wzajemnej miłości, poszanowania zwłaszcza życia ludzkiego. Uczymy, że Chrystus i za nich umarł i zmartwychwstał. A jeżeli i oni będą się kierować miłością bliźniego na ziemi, to kiedyś ta Wieczna Miłość będzie ich udziałem. Trzymamy z tym ludem, ale w naszej pracy bardzo liczymy na wsparcie, na Was Przyjaciół i Dobroczyńców. Jak my w sercu Afryki, tak Wy w Ojczyźnie świadczycie modlitwą, cierpieniem i ofiarami, jak bardzo leży Wam na sercu szczęśliwa przyszłość ziemska i wieczna Braci i Sióstr z Czarnego Lądu - Afryki. Niech i za to będzie Bogu największa cześć i chwała, a Wasze serca niech napełni Boży pokój i szczęście.
 
ks. Stanisław Łacny
Mindouli - Kongo
Głoście Ewangelię 3(1998), s. 27-31.