Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Kazimierz Nowak

Mbandza Nganga, listopad 1982 r.
MISJA W MBANDZA NGANGA

Mbandza Nganga jest jedną z najmłodszych placówek misyjnych w Kongo, w diecezji Brazzaville. Na polecenie pierwszego biskupa kongijskiego - Teofila Mbemby, ojcowie ze zgromadzenia misyjnego Ducha Świętego, zwani spirytynami, wybudowali tu przed szesnastu laty kościół pod wezwaniem Matki Bożej z Gór. Pod względem terytorialnym misja rozciąga się 70 km wzdłuż i 50 km wrzesz. Na tym obszarze jest ok. 9 500 mieszkańców, w tym ok. 4000 katolików. Prawie wszyscy starsi zostali ochrzczeni w parafii Mangembo w Zairze, prowadzonej przez oo. redemptorystów z Belgii.

Misja posiada 24 kaplice rozsiane po wioskach. Regularnym nauczaniem katechizmu objęte są szkoły podstawowe, a jest ich 16 oraz dwie szkoły średnie. Dwie pozostałe szkoły średnie, oddalone jedna 35, a druga 40 km od misji, nie są jeszcze objęte katechizacją. W szkołach podstawowych uczą katechiści świeccy, są to albo studenci szkół średnich, albo też ludzie dorośli, umiejący czytać. Wszyscy katechiści zbierają się na misji centralnej 2 lub 3 razy w roku, na kilka dni. Księża przygotowują ich do uczenia katechizmu. Jako pomoc otrzymują dzienniczek, katechizm i naftę do lampy. Raz na dwa miesiące zbierają się na misji również wszystkie dzieci objęte katechizacją. Przychodzą w piątek po południu i pozostają do niedzieli, by wspólnie ugruntować, sprawdzić i powtórzyć wiadomości katechizmowe. Nauka odbywa się pod drzewami, dzieci siedzą na ziemi i uczą się na pamięć, gdyż nie mają ani zeszytów, ani podręczników. Najlepszą katechistą w ubiegłym roku była żona dyrektora szkoły podstawowej, który jest protestantem, ale nie utrudnia, co więcej pozwala na katechizację w sali szkolnej.

Niedzielna msza św. jest odprawiana w misji centralnej w Mbandza Nganga i w kaplicy odległej o 18 km w Mmandza Mpudi. Wierni zbierają się w tych dwóch miejscach. Ci jednak, którzy maja ponad dwie godziny drogi zbierają się w swoich wioskach, w kaplicach zbudowanych z gliny, aby pod przewodnictwem katechisty wspólnie modlić się i czytać Pismo św. Trzy razy do roku – na Boże Narodzenie, Wielkanoc i dzień Bierzmowania – wszyscy katolicy powinni odbyć pielgrzymkę do Misji centralnej w Mbandza Nganga. Przynoszą wtedy z sobą jedzenie, wodę do picia i matę, na której śpią.

Raz na dwa miesiące misjonarz stara się odwiedzić każdą z 24 wiosek, w których już są kaplice. W kilku wioskach mieszkańcy dopiero przygotowują się do budowy skromnej, glinianej kapliczki. O wizycie misjonarza, ludzie są powiadamiani wcześniej. Gdy misjonarz przybywa w południe, wioska jest jeszcze pusta, tylko chorzy są w domach. Małe dzieci z rodzicami są jeszcze w buszu: kobiety uprawiają maniok lub orzeszki ziemne, mężczyźni łowią ryby, polują lub wspinają się na drzewa palmowe, aby szukać orzechów, z których wyrabia się oliwę. Około godz. 18.00 wracają wszyscy do wioski – zapada bowiem wieczór – przygotowują pożywienie, jedzą i o godz. 20.00 można zaczynać zebranie przy ognisku. Po wspólnej modlitwie, czyta się Pismo św., następnie ma miejsce kazanie, sprawdzanie wiadomości religijnych u dzieci i inne sprawy społeczności katolickiej. Te inne sprawy, to przede wszystkim „zola” – czyli praca wspólna. Raz w tygodniu wszyscy katolicy danej wioski zbierają się, aby wspólnie pracować. Uzyskane fundusze składają do wspólnej kasy i wydają je na pożywienie dla misjonarza, który przychodzi do wioski, na budowę kaplicy czy też pomoc dla chorych. Przed północą kończy się zebranie. Przy dźwiękach bębnów zwanych „tam-tamani”, rozpoczynają się śpiewy i tańce, które trwają do godz. 1.00 po północy i mają wyrazić radość z przybycia misjonarza. Rano słońce wschodzi zawsze o godz. 6.00. Ludzie wstają i idą do rzeki, żeby się umyć i obmyć naczynia. Ok. godz. 8.00 przychodzą pierwsi wierni, aby się spowiadać, zapisać dzieci do chrztu, przygotować śpiewy. O godz. 9.00 rozpoczyna się Msza św.

Po Mszy św. Wspólny posiłek. Misjonarz je razem z mężczyznami. Przygotowują dla niego talerz i widelec lub łyżkę, sami natomiast posługują się palcami. Cała zastawa to dwie miednice: jedna wypełniona maniokiem, a w drugiej trochę ryb i sosu. Żeby żołądek lepiej trawił, wypijają po posiłku jedną lub dwie szklanki wody rzecznej lub deszczówki.

Do wielu zapadłych wiosek dociera się pieszo, gdyż nie ma innego sposobu, a i w ten sposób nie zawsze można zdążyć na czas do umówionych wiosek. Zdarza się, zwłaszcza w porze deszczowej, że woda wzbiera w rzece i nie można jej przepłynąć wraz z plecakiem i przyborami potrzebnymi do Mszy św. Trzeba czekać kilka godzin, a czasem zawrócić na misję i czekać aż woda opadnie. Wierni bardzo pragną, aby ksiądz ich odwiedził, aby odprawił Mszę św., modlił się z nimi, pobłogosławił ich lepianki, zwłaszcza nowo wybudowane. W ostatnim roku, w każdą sobotę chodziłem 18 km do Mbandza Mpuli, aby celebrować Mszę św. i przeprowadzać katechezy z młodzieżą szkoły średniej. Droga była uciążliwa, gdyż ostra trawa utrudniała przejście, a rosa w godzinach rannych była tak obfita, że przychodziłem całkowicie przemoczony. Katolicy na całej przestrzeni wycięli trawę wydłuż ścieżki i przerzucili 3 kładki przez rzeki, przez które trzeba się przeprawić. W ten sposób okazali jak im bardzo zależy, by kapłan był z nimi i by ich umacniał w wierze.

Praca na misjach ma zawsze podwójny aspekt: duchowy i materialny. Przepowiadanie Ewangelii musi być poparte przykładem, głoszenie przykazania miłości musi wiązać się z troską o tych, którzy tej miłości najbardziej potrzebują.

Wśród parafian w Mbandza Nganga panuje wiele różnych chorób. Najbardziej uciążliwą i najczęściej spotykaną jest choroba zwana „polio”, czyli zanik mięśni w rękach i nogach. Dziecko rodzi się niby zdrowe, ale po kilku miesiącach, a czasem po 2 lub 3 latach, zanikają lub raczej nie rozwijają się dalej mięśnie. Dziecko porusza się na czworakach, specjalne wózki są zbyt kosztowne, aby rodzice mogli je kupić. Siostry zakonne zbierają te dzieci i uczą je szycia, robienia na drutach, a przede wszystkim uczą je katechizmu.

Są tacy chorzy, którzy na Wielkanoc czy Boże Narodzenie z odległych wiosek 0 3 godz. drogi przychodzą do kościoła na czworakach, przeprawiając się nawet przez rzeki. Jedna dziewczyna przygotowana przez siostry, uczy teraz katechizmu i mimo swego kalectwa cieszy się wielkim szacunkiem u swoich katechumenów.

Są i inne choroby np. trąd, śpiączka, malaria… Jedna z sióstr zakonnych leczy w domu, który ludzie nazywają „szpitalem”. Ale co to za szpital, w którym nie ma bieżącej wody, łóżek, lekarstw…, a mimo to, codziennie zgłasza się pokaźna liczba chorych, którzy szukają pomocy i rady w rozmaitych swoich dolegliwościach. Leczenie jest bezpłatne. Siostry korzystają z leków, które przysyłają dobrzy ludzie z Francji, Hiszpanii, Włoch i Polski.

Są starcy, biedni, chorzy, którzy pozostają całymi dniami w lepiankach, na matach bez żadnej opieki. Siostry chodzą po kilkanaście kilometrów, aby umyć biednego, wyciągnąć pchły zwane „tungami” spod paznokci, przynieść wody, przygotować pożywienie, dać lekarstwo. Ksiądz co jakiś czas stara się odwiedzać tych ludzi, aby ich wyspowiadać i podać Komunię św. Trzeba przy tym znaleźć sąsiadów czy krewnych, którzy zechcieliby kontynuować samarytańską posługę rozpoczętą przez siostry zakonne.

Na misji przez kilka miesięcy był samochód terenowy. W ciężkich wypadkach transportowało się chorych do szpitala z prawdziwego zdarzenia, a taki jest w Zairze, w sąsiednim państwie i w stolicy Konga, Brazzaville, odległej o 150 km. Ciężkie przypadki to ukąszenie przez węża, potłuczenie na skutek spadnięcia z wysokiej palmy. Mężczyźni wspinają się aż na wierzchołki wysokich palm, szukając orzechów, czy też by zebrać do odpowiednich pojemników wino palmowe. Zdarza się, że atakuje ich ukryty wąż, albo dzikie pszczoły, lub też drzewo jest śliskie. Jeśli brak samochodu, wtedy chorego odnoszą do szpitala mężczyźni na specjalnie przygotowanych noszach.

W Mbandza Nganga jest izba porodowa. Matki, które przychodzą, aby wydać na świat dziecko, zbierają się u sióstr i uczą się szycia, higieny osobistej, sposobu odżywiania i wychowania dzieci. „Dzieci urodzone w Mbandza Nganga w tym roku (tzn. 1981) – powiedziała siostra Hiszpanka – powinny być silne, odważne i pobożne jak Polacy, bo wszystkie pieluszki i wyprawki są z polskiego materiału”.

Osobny problem to woda. Najczęściej piją wodę z rzeki lub deszczówkę, bo źródeł jest niewiele. Siostry zakonne postarały się jeszcze przed trzema laty o wywiercenie studni. Przyjechali specjaliści z Francji i wywiercili studnię 20 m głęboką. Wody wystarczyło jednak tylko na sześć miesięcy. W tym roku, po dokonaniu niezbędnych poprawek i reperacji znowu, ku wielkiej radości wszystkich, popłynęła woda ze studni. W porze suchej pewne uprawy, jak ziemniaki, pomidory czy fasola z Polski, udają się, jeśli podlewa się je ciągle wodą z rzeki. Wielkie też zainteresowanie wywołało posługiwanie się kosą przy koszeniu trawy… takiego wynalazku nie znają, ale też nie wszędzie kosą można się posługiwać, gdyż wysoką i grubą trawę można ściąć tylko kongijskimi „maczetami”.

Siostry zakonne uczą również produkować mydło. Sprowadzają sodę kaustyczną w proszku lub płynie, a olej z orzechów palmowych przynoszą ludzie z wiosek. Coraz chętniej zapraszają siostry do siebie i są bardzo wdzięczni, że mogą mieć swoje mydło, wyprodukowane przez nich i przede wszystkim tanie.

Mbandza Nganga ma swoje różne kłopoty i trudności. Misjonarz chce być blisko swoich wiernych, zrozumieć ich i pomagać im, „być wszystkim i dla wszystkich” – jak mówi św. Paweł. Trzeba, aby był on mocny wiarą i modlitwą całego Kościoła, a zwłaszcza wiarą i modlitwą swoich rodaków w Ojczyźnie.

Ks. Kazimierz Nowak,
Kongo-Brazzaville
Głoście Ewangelię 1(1983), s. 28-32.