Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Andrzej Piotrowski

Pierwsza polska Misja w Kongo.  

Od 15 sierpnia objęliśmy samodzielną placówkę misyjną Oyo. Najpierw, parę dni wcześniej, przyjechaliśmy tutaj z Wikariuszem Generalnym, który nas przedstawił tutejszym ludziom, by się trochę oswoili z białym człowiekiem. Pierwsze spotkanie dziwne. Przed drzwiami ustawiono kilka ławek, krzeseł. Uderzono w dwa żelaza, bo dzwonu nie ma i zaczęli schodzić się mężczyźni, kobiety z dziećmi na plecach, młodzi i starzy – całe Oyo ciągnęło jak jeden mąż. Rozpoczęły się mowy. Najpierw Wikariusz Generalny przedstawił nas kim jesteśmy, skąd i po co tu przyjechaliśmy. Po tym sypały się dalsze wiązanki. Co chwilę wstawał jakiś ważniejszy mieszkaniec i mówił, gestykulował (przeżywał), jakby czekał na aprobatę, obrzucał nas spojrzeniem. Najzabawniejszym w tym wszystkim było to, że nie rozumiałem tych wielkich mów, bo wszyscy mówili miejscowym dialektem, siedziałem więc jak na przysłowiowym tureckim kazaniu. Gdy mowy ucichły Wikariusz Generalny streścił nam ich wywody. Otóż wszyscy się cieszą z naszego przyjazdu, gdyż misja była przez długie lata opuszczona z powodu braku kapłanów. Teraz będą żyć w ufności, bo razem z nimi są kapłani. Z kolei my podziękowaliśmy za miłe przyjęcie, zapewniając, że chcemy pracować, żyć razem z nimi i dzielić ich dolę, że opuściliśmy rodziców, kraj by być razem z nimi.  

Po części oficjalnej odbyło się to, co można nazwać częścią artystyczną. Zapadł wieczór. Znad wysokich 2 do 3 metrów palm wytoczył się ogromny księżyc dodając splendoru niecodziennej wizycie Polaków na afrykańskiej ziemi. Zapalono naftową lampę, ustawiono stół i wniesiono uroczyście dymion miejscowego wina z palu – nazywanego tutaj „melenge” – o smaku osłodzonej serwatki. Jednym słowem, przyjęto nas zgodnie z polskim zwyczajem: zastaw się, a postaw się. Kosztujemy więc miejscowego wina. Nadchodzi noc. Zapraszamy wiernych na jutrzejszą Mszę św. Jemy kolację, ryż z rybami i idziemy spać, choć zasnąć trudno po tak obfitym w przeżycia dniu, a do tego to komary ciągle uprzykrzają człowiekowi życie.   

OYO - pierwsza polska misja w Kongo  

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem ją – zamiast Oyo krzyknąłem: Ojej! Misja zarośnięta dżunglą: palmy, krzaki, wysoka na dwa metry trawa. Przez dwa lata była zamkniętą z braku kapłanów. Wreszcie zajeżdżamy przed kościół, tzn. cztery gołe ściany bez drzwi i okien – w środku całkiem pusty. Nie – pod ścianą zauważyłem kozę, która w cieniu Bożego domu szukała schronienia przed promieniami słońca i wcale nie dziwiła ją nasza obecność. Po ścianach uganiały się jaszczurki i inne gady, czuły się jak u siebie w domu. Na przedzie kościoła stał betonowy ołtarz, pokryty kilkuletnią warstwa pyłu, w przedniej ścianie małe drewniane otwarte tabernakulum. Ukląkłem na piasku i zacząłem wmawiać w siebie, że jestem w kościele. Pot lał się ze mnie strumieniami, a ja ciągle patrzyłem na pokryty pajęczyną ołtarz, który przez długie lata czekał na odprawienie tajemnicy Ofiary Chrystusa, a w tabernakulum nie było „Chleba Żywego”. Jak ci chrześcijanie żyli tak długo bez Niego?

Na drugi dzień zwiedzaliśmy wioskę. Niewielka, liczy tylko 800 mieszkańców, ale mamy do obsłużenia bardzo wiele wiosek rozsianych po buszu. Na terenie naszej misji mieszka około 20 tys. i z tego około 7 tys. ochrzczonych. W Oyo podobno większość to chrześcijanie, choć na Mszy niedzielnej niewiele – około150 ludzi. Ludzie tu żyją w ogromnej nędzy, chaty z gliny pokryte trawą. Tylko urzędnicy państwowi mają lepsze chaty.  

Jakaś kobieta prosi, aby przyjechać szybko do jej chaty. Prawie na piasku leży starzec. Jest umierający. Wikariusz Generalny spowiada go, a potem jeszcze długo rozmawia z chorym. Dowiadujemy się, że jego gorącym pragnieniem było mieć kapłana przy śmierci, a tu Bóg przysłał mu aż czterech. I tak od domu do domu. Ciągle to samo: bieda, choroby, dzieci z wydętymi brzuchami, półnagie, patrzą na nas lękliwie – jak na możnych tego świata.

Dla mnie osobiście spotkanie z tymi ludźmi to ciągłe rekolekcje i szkoła życia, ciągle przychodzi mi refleksja, że chleb jest nadal źle dzielony, że przepaść między ubogimi, a bogatymi ciągle się powiększa, ale żeby w to uwierzyć, trzeba tego dotknąć oczyma i rękoma. Trzeba widzieć te wyciągnięte ręce dzieci, starców powtarzających: „jestem głodny, głodny” – i nasza wielka bezradność – czym się z nimi podzielimy. A mówienie głodnemu o Bogu, będzie chyba trudne. Zresztą Afrykanie mają dziwne nastawienie do białych. Biali to w ich mniemaniu ci, co mają wszystko, są bogaci. Dlatego po wyjeździe Wikariusza Generalnego ludzie się do nas ośmielili i zaczęli nas traktować jako mających wszystko, bo przyjechaliśmy z Europy, więc jesteście bogaci, więc dajcie nam lekarstwa, cukier, mleko, koszule itp. Tłumaczenie, że my tego nie mamy wcale ich nie przekonuje. Czym dla nich jest Europa? Przykład: w rozmowie z licealistą pada pytanie – niech ksiądz powie mi czy ja po śmierci będę żył we Francji? Europa to ziemia obiecana.

A my dalej zabieramy się do roboty – zamiatamy kościół, dom, wycinamy krzaki, pierzemy bieliznę, gotujemy polskie zupy i tak dzień po dniu.  

ks. Andrzej Piotrowski
Listy tarnowskich misjonarzy z diecezji Fort Rousset
Biuletyn Wyższego Seminarium Duchownego, Tarnów 1975 r., s. 52-54.
(Przew. Katolicki 29/1974/11)