Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Andrzej Piotrowski

Jestem na Czarnym Lądzie.  

Dzięki Bogu jestem na Czarnym Lądzie, dokładniej w Kongo-Brazzaville. Piszę „dzięki Bogu”, bo o mały włos, a dałbym znać o sobie, nie z trzeciego, ale z tamtego świata. Po całonocnym locie z Paryża wylądowaliśmy rankiem w Libreville – Gabon. Krótka odprawa i kontynuujemy lot. Jednakże w dwadzieścia minut po starcie oznajmiają nam defekt naszego samolotu. Zapinamy pasy, żałujemy za grzechy, patrzymy jak daleko ziemia. Ale na szczęście wracamy na lotnisko. Po sześciu godzinach, z duszą na ramieniu, wsiadamy znowu do „żelaznego ptaka” i lądujemy w Brazzaville. Uff! Od razu po wyjściu z samolotu dostajemy „łaźnię” – ciepło zaczyna się pchać na człowieka rękami i nogami. Trzeba się zacząć przebierać. W Brazzaville spędzamy dwa tygodnie, by zapoznać się z tą kongijską Warszawą. To dziwne miasto – europejskie i afrykańskie. Wspaniałe wille ukryte w cieniu palm, ale i dzielnice nędznych lepianek, obdartych dzieci, opuszczonych starców. Jak przypadło na sługi Boże, zaczynamy zaraz poznawać życie religijne w tutejszych warunkach. Zwiedzamy więc kościoły i przyglądamy się liturgii, zwłaszcza w niedzielę. Miła niespodzianka: wierni są bardzo aktywni na Mszy św., przy pulpicie stoi świecki i kieruje uczestnictwem w całości nabożeństwa. Rozpoczyna modlitwy, komentuje czytania, prowadzi śpiew. Lud Boży klaszcze rytmicznie w dłonie, balansuje ciałem w czasie ofiarowania, dzieci tanecznym krokiem podchodzą do ołtarza i składają dary. Może o liturgii napiszę kiedyś więcej, bo to bogaty temat.

20 maja bierzemy udział w ogromnej uroczystości na stadionie sportowym. Arcybiskup Brazzaville, Emil Biayenda został kardynałem. Pierwszy kardynał w historii Konga. Uroczystość rozpoczyna się o 9 rano i trwa do godziny 13. Oto od razu okazja do ćwiczenia się w afrykańskiej cierpliwości. Upał straszny. Stadion trzęsie się od oklasków, orkiestr, chórów, tamtanów. Śpiewy i tańce bez końca. Można podziwiać i oszaleć!

Minister spraw wewnętrznych dokonuje ceremonii dekoracji Kardynała i dwóch dalszych Biskupów Konga odznaczeniem państwowym.

Dobre czasy w stolicy kończą się, trzeba jechać dalej. 29 maja jesteśmy u celu podróży, na miejscu naszego przeznaczenia lub stracenia – w Fort Rousset. Miasto ośmiotysięczne. Cztery tysiące ochrzczonych. Wspaniałe miasto. Ale jakie to miasto. Bez ulic, zbudowane z glinianych domków krytych sitowiem.

Ostatni dzień maja. Siadamy wieczorem przed domem. Śpiewamy litanię do Matki Bożej i pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Kościół jest tutaj jeszcze bardzo młody, nieśmiały – katastrofalny brak kapłanów. Wprawdzie są cztery tysiące ochrzczonych, ale na Mszy św. w niedzielę jest tylko garstka ludzi. Jeszcze chyba dużo czasu upłynie, zanim tutejszy Kościół stanie mocno na swoich nogach, bo na razie stoi na nogach europejskich – kapłani prawie wszyscy z Europy.  

Tymczasem trzeba nam patrzeć, słuchać, obserwować, uczyć się i zaaklimatyzować. Ale to dość trudna sprawa. Potworne gorąco, wilgoć niesamowita, uprana bielizna nie może wyschnąć, mimo, że 40o ciepła. Ręce spuchnięte. Kolejna bezsenna noc. A w perspektywie cztery miesiące deszczu.

Pewno już bardzo znudziłem – więc trzeba kończyć. Proszę mi wybaczyć ten mało pobożny list, lecz naprawdę jeszcze nikogo nie nawróciłem ani nie ochrzciłem.

Serdecznie proszę wszystkich o modlitwę i sam zapewniam o westchnieniu.  

ks. Andrzej Piotrowski
 Listy tarnowskich misjonarzy z diecezji Fort Rousset
Biuletyn Wyższego Seminarium Duchownego, Tarnów 1975 r., s. 21-22.
Przewodnik Katolicki 39/1973/357