Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Jeż, ks. Łacny, ks. Piotrowski

„Akcja bez modlitwy i ofiary tworzy dzieła,
 ale nie dotyka dusz”  
J. Leclerq

 

 

Drodzy Przyjaciele!  

Chcielibyśmy podzielić się z Wami dwoma przeżyciami z naszego podwórka w pierwszych miesiącach naszej wspólnej pracy na stacji misyjnej w Oyo.  

Pierwsza rzecz, która może Was zaskoczyć, to być może to, że zaopatrujemy się w żywność aż w stolicy. Paradoks, prawda. Wyobraźcie sobie w naszych polskich warunkach, że ktoś, kto mieszka na Podhalu, zaopatruje się w żywność i inne produkty na Pomorzu. Tutaj ta rzecz jest czymś normalnym i można powiedzieć ekonomicznym. Dlaczego? Wszystkie rzeczy na północy kraju są o wiele droższe, często aż o 100%.

Druga rzecz, na naszej misji sytuacja jest specyficzna, ponieważ mamy więcej uczniów w szkole średniej (nie licząc szkoły podstawowej) niż mieszkańców. Dlatego na miejscu trudno znaleźć coś do jedzenia Należałoby kogoś przydzielić do szukania żywności w sąsiednich wioskach, ale na to nie mamy czasu.

Dlatego chcieliśmy skorzystać z usługi jednego towarzystwa handlowego, który ma swoją siedzibę w sąsiedniej misji odległej od nas 100 km., a położonej na drodze do Brazzaville. Wyrazili chęć bezpłatnego transportu, ponieważ ich samochody do Brazzaville idą pełne (skupują bowiem tabakę), a w drodze powrotnej natomiast puste, a więc dla misjonarzy chcą zrobić tę przysługę. Skorzystaliśmy skwapliwie, ale trzeba było naszym samochodem terenowym przewozić do naszej misji. Drogę z naszej misji pokonaliśmy w ciągu 5 godzin, ślizgając się po błotnistej drodze, wychodząc jednak cało. Gorzej było z powrotem – wracaliśmy wieczorem. Kolega mniej odważny mówi – weź kierownicę teraz będzie zbyt trudny odcinek drogi – nie bardzo chciałem, a jak wpadniemy? Tym gorzej dla nas, trzeba jechać. Rzeczywiście – duże ciężarowe auta wyrobiły na drodze kałuże z błota, sięgające do jednego metra. Co robić? Spróbuj po wierzchołkach wystającej ziemi szerokiej na szerokość koła. Ruszamy powoli. Dzięki Bogu jeden odcinek za nami – zdawałoby się - najgorszy. Po pół kilometra to samo. Wieczór już zapadł, ciemno. Odcinek między wioskami. A więc jeszcze raz przeprawa. Ty, jak to przejedziemy to będziemy w domu jeszcze dzisiaj - dodaje otuchy siedzący obok kolega. Tym samym sposobem co przedtem, cztery koła włączone - samochód ślizga się po błocie – nagle paf – jesteśmy w dziurze – dodaj gazu – za późno - koło zagłębiło się w błocie, a gazy wychodzące z rury wydechowej zaczęły falować wodę na powierzchni błota. Pierwsza refleksja - jutro niedziela. Msza św. zapowiedziana również w sąsiedniej wiosce, ale trzeba tam dojechać samochodem. Zaczęliśmy dawać sygnały, żeby ktoś przyszedł nam z pomocą, niestety wioska była zbyt daleko. Pozostaje jedyna możliwość – rozładować samochód, na którym było 800 kg różnych rzeczy w tym 200 litrów i 200 kg mleka w proszku dla dożywienia dzieci – mleko to można od czasu do czasu otrzymać w jednej instytucji charytatywnej. Samochodu nie można zgasić – silnik pracuje – spodnie koszule na bok - do roboty po kolana w błocie – układamy bagaż na kraju drogi. Połowa już obok samochodu. Spróbuj jeszcze raz może chwyci - silnik zaczął warczeć, do tyłu, do przodu, nie, jeszcze nie. A więc na wozie jeszcze beczka z naftą (nafta do świecenia na misji podczas wieczorów). Jeszcze raz – ty podłóż to żelazo co mamy na wozie. W przód, w tył, jeszcze raz trzymaj gaz, idzie, jeszcze trochę, och jest, na wierzchu. Ale bagaż na brzegu – trzeba załadować – nie, muszę odpocząć. Jest coś do picia? Mieliśmy syrop owocowy w blaszanej puszce, ale czym otworzyć – kolega z wisielczym humorem odpowiada – mamy przecież siekierę. Szkoda, że była noc, a więc nie mogłem umieścić na zdjęciu mojego kolegi otwierającego siekierą niedużą puszkę. Po zaspokojeniu pragnienia, do roboty. Dobrze, że była noc bo nie widziano nas umorusanych w błocie - tylko przewoźnicy przy dwóch barkach (nie ma na rzekach mostów) zbudzeni pośród nocy, przypatrywali się skąd ten kolor skóry. Zawsze trzeba być przygotowanym na przygody, przygody których trud należy ofiarować za nas samych pracujących na misjach, aby znaleźć czas spośród licznych zajęć na kontakt z Bogiem.

Nie myślcie Drodzy Przyjaciele, że opisaliśmy to, aby się uskarżać. Potem przez dwa tygodnie, gdy kolega chciał otwierać jakąś konserwę, przynosiliśmy mu siekierę.

Na terenie naszej misji znajduje się mały państwowy szpital - który jednak nie tylko z powodu braku podstawowych lekarstw niewiele może pomóc. W wypadkach ciężkich stara się przewieść chorych do szpitala kierowanego przez lekarzy chińskich w Fort Rousset – odległość 110 km. Już kilkakrotnie jeden z nas odwoził ciężko chorego do tego szpitala.
Godzina 11 wieczór, ktoś puka do okna. Yo nani kuna? Sango - ngai Boniface. Olingi nini? Nalingi koloba na yo – to znaczy. Kto tam? Księże, to ja Bonifacy (członek komitetu parafialnego). Co chcesz? – chcę z tobą mówić. Po chwili wyszedłem. Co się stało? Syn mojego brata, który pozostaje pod moją opieką, pobił się dzisiaj z kolegą – myśleliśmy, że nić groźnego, tymczasem on stracił mowę i strasznie cierpi. A więc co? Czybyście nie mogli ratować mnie? Dlaczego powiedział ratować mnie. Gdyby chłopiec pobity przez syna jego brata umarł, ktoś z jego rodziny musiałby umrzeć, zginąć. Teraz chcesz jechać? Prosiłbym teraz. Napełniliśmy rezerwuar i w drogę. Było to po Bożym Narodzeniu. Jęki chorego, opierającego głowę na rękach mężczyzny w sile wieku, mieszały się z myślami niedawno czytanych tekstów na Boże Narodzenie. Narodzenie Zbawiciela przynoszącego ludziom swoją Miłość, swój Pokój, swoje Światło. Początek nowej ludzkości. Słowo Boże stało się Ciałem i zamieszkało pośród nas. Przyszedł do swoich ze swoją życiodajną łaską.  

Pierzchające nocne ptaki spod kół samochodu lub zaświecające się oczy jakiegoś zwierza stepowego, przyczajonego w stepowej trawie – przerywały refleksje. Dlaczego te wielkie prawdy są tak dalekie od rzeczywistości życia codziennego. Tajemnica zła, „Dlaczego dzisiaj wśród ludzi tyle łez jęków, katuszy” i odpowiedź autora tej kolędy „bo nie ma miejsca dla Ciebie w niejednej duszy”

O godzinie 330 nad ranem dotarliśmy do Fort Rousset. Oddałem chorego w ręce lekarza, a sam udałem się na „évêché” (domu księdza biskupa), aby trochę się zdrzemnąć do rana.

Czwarty kolega, który w tej chwili jest w Fort Rousset zbudzony nocnym pukaniem, nic nie odpowiadał, nadsłuchiwał, dopiero gdy odezwałem się w języku, którym mnie mama nauczyła mówić, usłyszałem głos: czy to zjawa, sen czy rzeczywistość? Staszek to Ty?

Pozwólcie, że moje refleksje zakończę życzeniami noworocznymi posługując się modlitwą astronauty Apollo Nr 8 – Franka Bermana – przed wejściem do kabiny kosmicznej: „Panie, daj światu znajomość Twojej miłości mimo jego ignorancji i jego słabości. Panie, pokaż każdemu z nas, co jest do zrobienia dla pokoju powszechnego. Panie, daj nam wiarę, abyśmy pokładali ufność w Tobie, abyśmy mogli zawsze Ciebie prosić z sercem gorącym”.  

Niech Bóg nadziei napełni Was pełnią radości i pokoju w wierze w roku 1974.   

Wasi Misjonarze z Konga
Listy tarnowskich misjonarzy z diecezji Fort Rousset
Biuletyn Wyższego Seminarium Duchownego, Tarnów 1975 r., s. 32-35.