Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Łacny, ks. Jeż, ks. Piotrowski

Drodzy Przyjaciele!  

Minął już rok czasu od mojego przyjazdu do Konga. Dzień upodabnia się do dnia, człowiek czasem bardziej angażuje się w pracę – przyzwyczaja do środowiska, niemniej jednak każdy dzień w szczegółach jest odmienny. Dlatego postanowiłem dzielić się z Wami wiadomościami z mojego podwórka – z naszej misji, w formie pamiętnika. Myślę również, że będę mógł częściej pisać.   

29.V – od dwóch dni walczymy z termitami. W miesiącu maju i czerwcu mieliśmy wyląg termitów z ich środowisk. Nasza misja z dwóch stron otoczona jest dżunglą tropikalną, a więc codziennie następuje ich przemarsz. Wspaniała organizacja – żołnierze, termity uzbrojone w duże szczypce, stoją na straży po dwóch stronach strumienia, którym przepływają robotnice niosące jajka i budulec. Wszystko co żywe spotkane na drodze, pada ich ofiarą.   

2.VI – rano idziemy do kościoła. Ratunku – Staszek, co się dzieje. Patrz. Wokół domu i na domu gospodarza aż czarno. Termity, kurczęta w środku. Jak wejść? Daj naftę (środki owadobójcze zbyt słabe). Skrapiamy naftą. Niestety za późno – raz, dwa, trzy, aż do dwunastu. Kurczęta zostały zaatakowane. Tam jeszcze, jeszcze żywe – próbujące się uwolnić od setek atakujących je termitów. A więc zarobiliśmy.  

6.VI – przygoda z naszymi sąsiadami z dżungli nie została zakończona. Obudzony w nocy – nadsłuchuję! Co to, deszcz? Nie, to niemożliwe. Sięgam po latarkę. Odruchowo wypuściłem z ręki – strzegąc ją. Jeszcze raz z zaświeconą latarką w ręku mogłem stwierdzić przyczepione na mojej ręce termity. Tak nieproszeni wszędobylscy goście tym razem dobrali się do mnie - na szczęście szczelnie zatkane łóżko przez „moustiquere” tzn. siatkę chroniącą przed owadami, zapobiegło ich umiejscowieniu na moim łóżku. Niestety, pokój był pełny. Akcja trwała półtorej godziny – kto silniejszy – kolega w sąsiednim pokoju, obudzony moimi harcami, włączył się do akcji, strzegąc bacznie również swój „przybytek”. W Afryce nie należy się bać gadów, o wiele groźniejsze są te małe.  

15.VI – udaliśmy się z kolegą w busz naszym „Land-roverem” wizytować pobliskie wioski wzdłuż drogi o długości 27 km. Siedem dużych wiosek, w tym dwie ze szkołami. W jakim celu? – sprawdzić czy katechiści uczą dzieci, jeśli nie, to samemu poprowadzić lekcje. W wiosce (nazwie Ekonge) grupa ludzi przed domem, z wewnątrz dobiega zawodzenie. Wysiadamy z auta, pytamy: Nini? Nsango boni epai ya biso? tzn. co się stało, jaka nowina? Dorosły mężczyzna wskazując ręką dom, rzekł – „Yo mpe tale”. Idź i zobacz. Na macie leżącej na ziemi konające dziecko – oczy w słup – oddech przerwany – duża gorączka. Ile dni tak leży? – cztery. Byliście z dzieckiem w szpitalu? - nie: (do szpitala 15 km). Dlaczego? Nie mamy pieniędzy na lekarstwa. Przygotujcie się do drogi, jedziemy natychmiast. Jeśli dziecko pozostanie – tłumaczę – jeszcze tej nocy umrze. Dyskusja – nie, dziecko tutaj zostanie. A więc chcecie żeby umarło? – nie. Nie chcemy. Dlaczego nie jesteście zgodni ewakuować je do szpitala, za późno. Widzieliśmy, że stan ciężki – silne zapalenie, ale może się jeszcze uda, tym bardziej, że mieliśmy odpowiednie lekarstwa. Ostatecznie kobiety przegłosowały – lepiej jak umrze na miejscu. Podsunąłem więc myśl – chrzest św. – woda podana przez matkę spłynęła po głowie konającego – 6 letniego Pietrka, by mógł się narodzić do nowego życia w ramionach dobrego Ojca.  

 Misjonarze z Konga

Listy tarnowskich misjonarzy z diecezji Fort Rousset
Biuletyn Wyższego Seminarium Duchownego, Tarnów 1975 r., s. 57-59.