Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Stanisław Łacny

Oyo, październik 1974 r.  

Kochani Przyjaciele Misji Polskiej w Kongo – Oyo  

Dziękuję za listy, życzenia, wyrazy pamięci – Wszystkim. Moi kochani, z pewnością niemało macie zmartwień rodzinnych, parafialnych, dlatego proszę Was nie martwcie się specjalnie o mnie. Czuję się osobiście wyśmienicie. Jestem zdrowy i w pełni sił, chociaż dawno po trzydziestce. Duchowo też trzymam się dobrze, bo nie mam czasu na pokusy, zwłaszcza, gdy wkuwam – jak się to mówi przysłowiowo – trzeci z kolei język tzw. mbochi. Pragnę bowiem lepiej zrozumieć miejscowych ludzi, tym bardziej, że pewnie przyjdzie mi pokierować misją, jako że ksiądz Andrzej opuścił naszą placówkę i pojechał do sąsiedniej misji – Gamboma około 100 km od Oyo – by objąć ją z księdzem Stefanem już jako drugą polską placówkę misyjną. Ksiądz Wojciech pozostał w Fort Rousset przy księdzu biskupie, czego mu nikt nie zazdrości, bo najpiękniejsza praca, jak to stwierdzamy, to na samodzielnej placówce i z trudnościami mieć okazję zmagać się w cztery oczy – zaprawdę co za piękna praca.

Nie tak dawno, bo dwa tygodnie temu, mieliśmy wizytację parafii. Wizytował ks. bp George Singha. Był bardzo zadowolony z naszej pracy i cieszył się, że eksperyment z Polakami udał mu się nad podziw. Jaki eksperyment? – padnie może pytanie - rzucić młodych, bez doświadczenia, prawie bez znajomości języka tubylczego na pierwszy front walki. Do misji, której groziło przejęcie budynków przez Państwo po dwuletniej nieobecności misjonarza. Niech pokażą Polacy – mówiono w centrali (Kurii Biskupiej), zwłaszcza innym misjom, co potrafią. Niech wniosą nowego ducha do pracy misyjnej: Hm - upłynął już dawno jeden rok i jakoś śmiem twierdzić, wybrnęliśmy z sytuacji nienajgorzej.

Uczymy dzieci religii przy dwu szkołach dojazdowych. Warunki, o których można by było sobie marzyć tylko w Polsce. Zauważamy, że i tutaj jest rozdział kościoła od Państwa. Trzeba dorzucić, że w sposobie prowadzenia lekcji jesteśmy w naszej diecezji wyjątkiem. Na miejscu w OYO przygotowujemy około 100 dzieci i młodzieży do sakramentów świętych. Mamy 40 osobowy chór, jego członkowie rekrutują się zwłaszcza spośród młodzieży. W pięciu wioskach budujemy kaplice – w jednej z pustaków. Będzie to budowa dla uczczenia 75 lat chrześcijaństwa w naszej misji, a zarazem w naszej diecezji. Przy kościele misyjnym w Oyo zaczynamy budować dom dla sióstr zakonnych, które niebawem mają przyjechać z Polski, według ostatniego zapewnienia biskupa ordynariusza Jerzego Ablewicza.  

Pole ich pracy misyjnej przygotowują aktualnie dwie siostry sanitariuszki z Paryża, przysłane z ramienia organizacji C.A.M.P.E.C. zajmującej się niesieniem pomocy szczególnie dla misji polskiej w Oyo. Spieszą nam one w najrozmaitszy sposób z pomocą, czy to pracując w misyjnej aptece, czy też lecząc chorych w bursie podczas gdy wizytujemy wioski. Czynimy to niemal w każdym dniu na przemian z księdzem Stanisławem Jeżem, oddanym cała duszą czarnym braciom. Muszę nadmienić, że czasem trzymam go za rękę, bo by wszystko Afrykańczykom rozdał – takie to ma naprawdę franciszkańskie serce. Tu przerwę – zmieniam temat, bo spostrzegłem, że zaczynam zjeżdżać na śliskie drogi. Pisząc obszernie o naszej pracy.  

Może coś o naszych przygodach, wrażeniach? – właściwie trudno się powtarzać, zwłaszcza, gdy odwzajemniając się za wiadomości nadsyłane z Polski, opisujemy je w naszych prywatnych czy ogólnych listach. Np. jak to uwalnialiśmy koźlątko ze ścisków śmiertelnych węża boa przy pomocy afrykańskiej siekiery, czy też z bezowocnych usiłowaniach wydostania z czterometrowej głębokości motorówki ofiarowanej nam przez Dyrektora Banku Brazzaville, a zatopionej przez przepływający w pobliżu statek w czasie potężnej ulewy. A może o zwyczajach weselnych i rozstrzyganiu sporów sąsiedzkich przy siedmiu dymionach miejscowego wina (niskoprocentowego) itp.  

Wspominając o listach, pragnę najserdeczniej podziękować przewielebnemu księdzu za słowa prawdziwej otuchy płynącej z zapewnień o Waszej modlitwie. Kochani, nieraz cisną się na usta pytania – jak temu wszystkiemu człowiek mógł podołać, czy też: jak można było wyjść cało z takiej opresji. I wtedy uświadamiam sobie naocznie o potędze wspólnej modlitwy. Za to pragnąłbym w imieniu własnym i moich kolegów złożyć Wam stokrotne Bóg zapłać i oświadczam, że w każdą pierwszą niedzielę miesiąca łączymy się z Wami modlitwą naszej Wspólnoty Chrześcijańskiej, składając Najświętszą Ofiarę za Dobroczyńców.

Do następnego listu Wszystkim Przyjaciołom Misji zwłaszcza kochanej dziatwie i młodzieży na początku roku szkolnego, życzymy po naszemu:

Boboto bwa Mokonzi bozala na bino mikolo minso.
Pokój Pański niech będzie z Wami po wszystkie dni.

ks. Stanisław Łacny
Listy tarnowskich misjonarzy z diecezji Fort Rousset
Biuletyn Wyższego Seminarium Duchownego, Tarnów 1975 r., s. 55-57.