Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks.Stanisław Pawłowski

Oyo, 12 lutego 1987 r.  

„CZAROWNIK MOTYKA” 

Dzisiaj uwziąłem się na czarowników. Mocno nam zatruwają życie. Nie brak u nas w Kongo – ale nie tylko u nas – przeróżnych „fetyszerów” i innych, mających tzw. „puissance”, czyli moc tajemną, konszachty ze światem duchów – ludzi na usługach sił diabelskich. Mają oni ogromny wpływ na całe środowisko – na ludzi, trudno sobie to wprost wyobrazić.

Chciałem się z czytelnikami „Misyjnych Dróg” podzielić wspomnieniem o jednym szczgólnym przypadku z naszego terenu. W latach 1983-1984 wywoływał wielkie wrażenie – wprost admirację – czarownik zwany powszechnie „la houe”, czyli „motyka”. Podczas tajemniczego seansu, w transie (po wypiciu 10 litrów czerwonego wina), wyjmował zębami rozpalone do czerwoności żelazo (zazwyczaj była to motyka). Potrafił też na życzenie klientów recytować imiona i nazwiska ich przodków z dokładnym podaniem wielu bardzo drobnych szczegółów. Ów czarownik z bujną brodą i ogromnie zmierzwionymi włosami robił niesamowite wrażenie. Miał nawet władzę i prawo skazać na śmierć ludzi podejrzanych o rzucanie uroków, czarów itp. Kongijskie prawo karne sankcjonuje wyroki takiego człowieka jako prawomocny wyrok. Praktycznie jest to lincz w wydaniu społeczności danej wioski czy okolicy – publiczne oczyszczenie się kosztem innego człowieka.  

Ludzi podejrzanych o rzucenie uroku jest niemało. W języku miejscowym nazywa się ich „andzimba”, czyli „wszystkim źle życzący, uroki rzucający”. Zarzuca się im, że powodują nagłe zgony i nieprzewidziane wypadki. Oni są wszystkiemu winni. Ludzie się boją i szukają okazji, aby się ich pozbyć. A jak wygląda taka procedura sądowa nad „andzimba”?

Gdy tylko konsultacja u owego czarownika wypadnie pozytywnie – wywleka się „andzimbę” z domu, torturuje i odstawia na policję. Tam komendant spisuje protokół i wysyła policjanta po „fetyszera” dając mu do dyspozycji ochronę osobistą. Rozpoczyna się „sąd”. Zwykle rozpoczyna się od rewizji w jego chatce. Wyrzuca się z jego mieszkania różne fetysze „złe i szkodliwe”, jak pęki piór kogucich, kawałki kory, flaszeczki i słoiki z różnymi proszkami i trucizną – bo i to się zdarza. Są to wszytko rzeczowe dowody przeciwko oskarżonemu, Potem dochodzi do zasadniczego sądu.  

„Motyka” wyjmował z ognia rozżarzone żelaza, a oskarżony musiał kłaść na nie ręce. Wokoło pełno obserwatorów, czy wszystko czyni się uczciwie i solidnie. Ten, kto oparzy sobie ręce, jest oczywiście złoczyńcą – wszystkiemu winny. On ponosi śmierć.  

Takie sądy wioskowe były dla „motyki” tak opłacalne, że przez kilkanaście miesięcy stał się najbogatszym człowiekiem w okolicy. Potem jednak w sąsiedniej misji Boundji – 87 km od Oyo w stronę Gabonu – popełnił gafę, zadzierając z władzami politycznymi tamtego regionu.

Widziałem go przypadkowo w Owando (wojewódzkim mieście) rzuconego przez żołnierzy na ziemię – na publicznym placu. „Motyka” był ubrany w czerwony ornat (pewnie ukradziony z którejś z naszych kaplic) i miał ostrzyżoną brodę i głowę. Mizerny, ale i zarazem tragiczny widok – a jednocześnie coś bardzo charakterystycznego dla naszego kraju: wszyscy się boją, wierzą w czary i fetysze, ale wystarczy drobny przypadek i wtedy upadają wszsytkie tradycyjne struktury. W imię postępu dochodzi do głosu zemsta i pogarda. Zaczarowane koło. Biedni ci ludzie.

Aby mieć możliwie wszechstronny obraz środowiska, w którym pracujemy, trzeba również dotknąć tego zjawiska. Czyż nie stawał wobec niego również Pan Jezus na kartach Ewangelii? Potrzeba nam dużo Bożej mocy.

Za pośrednictwem „Misyjnych Dróg” pozdrawiam Wszystkich najserdeczniej i dziękuję za pamięć w modlitwach,

Ks. Stanisław Pawłowski
Kongo-Brazzaville
Głoście Ewangelię 2-3(1987), s.18 – 20.