Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Józef Smoleń

Drodzy Przyjaciele Misji!

Ponieważ wielu moich kolegów misjonarzy, napisało już coś na temat misji, postanowiłem więc i ja skreślić kilka osobistych refleksji na temat trudności na jakie napotyka misjonarz, przyjeżdżający do Afryki na pracę misyjna.

Wielu naszych Przyjaciół w Polsce sądzi, że największą przeszkodą dla misjonarza przybywającego do Afryki, stanowi klimat, ogromny upał … Okazuje się jednak, że samo ciepło nie jest aż tak dokuczliwe, jak się na początku wydawało, chociaż w ciągu dnia słońce przygrzewa mocno. Znacznie bardziej męczy przystosowanie się do zupełnie obcych warunków otoczenia.

Wszystko jest inne, obce, odmienne od tego, co znane było dotychczas, także od tego, czego się oczekiwało. Jednakowa długość dnia i nocy, brak wyraźnych pór roku, brak wyraźnego ochłodzenia nocą przy wzrastającej wilgotności powietrza i wreszcie monotonia rocznych temperatur, są to wszystko czynniki, które oddziaływają przygnębiająco na psychikę Europejczyka. Bardzo to utrudnia i przedłuża okres aklimatyzacji, podczas której, oprócz fizycznego przystosowania organizmu, ogromne znaczenie ma psychiczne przystosowanie do zmienionych, zupełnie obcych warunków otoczenia.

Mnóstwo drobnych i często mało ważnych wydarzeń, spostrzeżeń i obserwacji z ogromną siłą wpływa na misjonarza, wywołując różnego rodzaju stany napięć psychicznych. Z biegiem czasu „zamęt” powiększa się i coraz trudniej zbudować sobie autentyczny obraz nowego środowiska.

W pierwszym okresie pobytu w „Czarnej Afryce”, Europejczyk ma zazwyczaj duże trudności z rozróżnieniem twarzy nowo poznanych Afrykańczyków. Wszyscy mają ciemną skórę i wszyscy początkowo wydają się bardzo podobni do siebie. W rzeczywistości zaś mają jedną wspólną cechę: różnią się od nas wyglądem! I właśnie ta obcość typu fizycznego jest uczuciem dominującym w pierwszych kontaktach. Dopiero po pewnym okresie, kiedy już minie najsilniejsze napięcie emocjonalne, związane z przystosowaniem się do obcego środowiska, zaczyna się spostrzegać różnice indywidualne w wyglądzie naszych czarnych przyjaciół i znajomych.

Kongijczycy są uśmiechnięci i łagodni, odznaczają się uprzejmością i naturalną gościnnością, nie ma więc żadnych kłopotów i przeszkód, wszystko idzie jak z płatka. I oto nagle pojawiają się pierwsze niespodzianki. Otóż zdarza się, że trzeba komuś zwrócić uwagę, bo coś np. niewłaściwie wykonał, czy też wręcz czegoś zaniedbał. Skarcony, zamiast w jakiś sposób okazać skruchę… wybucha śmiechem! Nie jest to sytuacja zbyt przyjemna, gdyż traci się cały prestiż i dla ratowania resztek osobistej godności oraz dodania sobie animuszu, człowiek zaczyna jeszcze mocniej denerwować się i krzyczeć na winnego. To wcale nie zmienia wesołości osobnika, który według naszej oceny powinien raczej w tym momencie zachować śmiertelną powagę. Skąd jednak mogłem wiedzieć, że ten śmiech nie jest oznaką lekceważenia, lecz po prostu wyrazem zażenowania! Tak już jest, że właśnie śmiechem przeciętny Kongijczyk usiłuje pokryć swoje zawstydzenie.

Zdarza się również, że zwrócenie uwagi, może nawet w mniej ostrej formie, wywołuje nieoczekiwana wściekłość. Może dojść do awantury bardzo gwałtownej, która kończy się zerwaniem stosunków. Gdzie jest więc owa „łagodność”? Wyjaśnienie jest dość nieoczekiwane. Otóż określenie „fou”, czyli głupiec, jest objęte tradycyjnym „tabu” i stanowi obrazę godności ludzkiej. Jeżeli komuś zwraca się uwagę mówiąc, że coś zrobił „głupio”, to może wydawać się, że określenie dotyczy jego osoby i wówczas musi dojść do awantury. Wyrażeń i określeń będących „tabu” jest oczywiście dużo, ale nie wszystkie mają tak wielkie znaczenie w życiu codziennym i nie powodują aż takich nieporozumień.

Bardzo ważne w przystosowaniu się do nowego środowiska jest poznanie zwyczajów i wierzeń afrykańskich. Wierzenia, przesądy, zwyczaje w tym kraju układają się w wyjątkowo skomplikowaną mozaikę. Wciąż jeszcze żywa jest tradycja kultu fetysza, znachorstwo, a nawet czarna magia. Wszystko to stanowi tak skomplikowaną mieszaninę różnych elementów, że nie tylko Europejczycy, ale również i ludzie miejscowi nie mogą się w tym wszystkim rozeznać. Aby trochę zrozumieć te sprawy, trzeba choćby najpobieżniej poznać system wierzeń tradycyjnych, który stanowi klucz do zrozumienia psychiki przeciętnego Kongijczyka i jego stosunku do spraw religii. Tradycyjne wierzenia i obrzędy współistnieją równolegle z praktykami chrześcijańskimi. Bywa i tak, że chrześcijanie biorący udział w nabożeństwie niedzielnym w kościele, po wyjściu udają się zaraz po poradę do czarownika. Nie wahają się poświęcić czarownikowi całej swej miesięcznej pensji, by ten wstawił się za nimi do bożka o ustrzeżenie ich od zła. Do niektórych czarowników petenci przychodzą codziennie. Popularniejsi z nich mają kilkadziesiąt osób w ciągu dnia. Zarówno analfabeci, jak i wykształceni, nawet mężowie stanu przychodzą ze swymi kłopotami: niewyjaśniona choroba, brak powodzenia zawodowego, to są powody, aby poradzić się czarownika, który w imieniu szukających pomocy składa ofiarę z kury czy barana i odprawia odpowiednie ceremonie.

Mieszkańcy tego kraju żyją w ustawicznym lęku przed światem duchów. Duchy mogą im szkodzić lub pomagać w życiu. To zależy od zachowania przepisów klanowych, respektowaniu „tabu” czyli zakazów – może nim być objęte np. wymawianie pewnych wyrazów, złoszczenie się itp. Duchy domagają się nieustannie ofiar z kur, kóz..

Najbardziej znamienna jest wiara w życie wieczne. Życie to nieskończony cykl powtarzających się wydarzeń: narodziny, życie ziemskie, odejście, oczekiwanie w krainie duchów, ponowne narodziny itd. Na tym wierzeniu opiera się nadzieja na reinkarnację, która pozwoli na zmianę losu: na lepsze albo na gorsze – zależnie od obecnego życia.

Głównym problemem dla misjonarza, przyjeżdżającego do Afryki, jest więc mentalność jej mieszkańców. Jest to zagadnienie bardzo szerokie, a im dłużej się tutaj przebywa, tym bardziej nabiera się przekonania, że tak właściwie niewiele się o tym wszystkim wie.  

Ks. Józef Smoleń
Kongo-Brazzaville
Głoście Ewangelię 1(1984), s.36-39.