Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Bronisław Rosiek

Oyo, 30 listopada 1984 r.  

Drodzy Przyjaciele Misji!  

Niedawno zakończyły się wakacje. Domyślam się, że były one okazją dla wielu z Was, aby znów odwiedzić Tatry, Mazury lub Bałtyk. Mój list nawiązuje do wakacji, bo wyprawa, którą opiszę, ma posmak wakacyjnej przygody.

Wyruszyliśmy z posługą duszpasterską. Tym razem była to droga wodna. Środek transportu: piroga - długa wąska łódź. Nasza piroga nie była szersza niż 70 cm i długa na około 9 m/. Do pirogi zamontowaliśmy silnik japoński.

Załadowaliśmy wszystko, co potrzebne do życia w buszu na kilka dni. Były, więc rzeczy potrzebne do odprawiania Mszy św., jedzenie, kuchenka benzynowa, bielizna, lekarstwa. Ponieważ jesteśmy misjonarzami postępowymi (oczywiście!), pożyczyliśmy na wyprawę rzutnik do przeźroczy i duże radio, które służyło jako wzmacniacz. Rumienię się za brak ducha ofiary, wyznając, że miałem także polowe łóżko i filtr do wody. Poprzednicy sypiali na gołej ziemi pospołu z jadowitymi sąsiadami i pili wodę z bajorka, filtrując przez zęby, co większe robaki.

Załadowawszy wszystko, zaczęliśmy płynąć w dół rzeki. Silnik gra swoją melodię na wysokich tonach. Lekki powiew i kropelki rozbryzganej wody dają miły chłód, pozwalając zapomnieć, że jesteśmy pod równikiem -dokładniej 70 km od niego. Nad głową zakołuje niekiedy ptak. Czasem pluśnie obok duża ryba. Krokodyla ani hipopotama tym razem nie widzieliśmy - dzięki Bogu. Po kilku godzinach jesteśmy w pierwszej wiosce. Do brzegu przybiegają dzieci. Ich oczka spoglądają ciekawie na misjonarzy. Nadchodzi starszyzna wioski. Oficjalne powitanie. Prezentacja wioski. Podarunki. Ogólna radość, przecież misjonarzy nie spotyka się codziennie. Taki rytuał powtarza się w każdej wiosce.

Bliżej chcę Wam opisać jedną z nich. Nazywa się Kouyou-Gandza. W centrum tej wioski stoi murowana kaplica, nadgryziona trochę zębem czasu. Zgromadzono już materiał na remont. Obok kaplicy zawieszony niewielki, lecz prawdziwy dzwon. Przewodniczący komitetu parafialnego zwołuje nim wiernych na modlitwy. Zapytacie jak często. Otóż codziennie rano i wieczorem. Następnie prowadzi modlitwy, używając mocno już wysłużonego katechizmu. W każdą niedzielę, „odprawia” mszę, jest wszystko oprócz Konsekracji i Komunii św. Wszystkie te modlitwy odprawiane są przed figurą św. Teresy, która patronuje kaplicy i gminie chrześcijańskiej.

Każdego dnia, po modlitwach wieczornych, była katecheza „specjalna". Słowo „specjalna”, odnosi się do formy. Mianowicie były to przeźrocza o życiu Pana Jezusa. Dzięki prostemu rzutnikowi, w połączeniu z akumulatorem samochodowym, zrobiliśmy niespodziankę. W tej ubogiej wiosce, odciętej od świata, nikt nie widział czegoś takiego, no chyba nauczyciel i może jeszcze kilku innych - z tym że nie na pewno. Frekwencja była niespodziewana. W pewnym momencie musieliśmy przerwać projekcję i umieścić ekran, na zewnątrz, mimo deszczu, bo budynek szkolny nie mógł pomieścić wszystkich. Ci, którzy się spóźnili przeciskali się w oknach i drzwiach, robiąc nie­miłosierny harmider. Zadowolenie było ogólne.

W podzięce przyniesiono nam kilka kogutów i duży kosz pomarańczy, tak duży, żedziadek się pod nim uginał i stękał. Postarano się także o kilka litrów napoju. Był to sok odciągany z pnia palmy o cierpkim smaku, kolorze serwatki i małym procencie alkoholu. Nazywa się on „ciam-ciam" - może dlatego, że tubylcy mlaskają przy jego piciu dość głośno.

Opuszczaliśmy tę wioskę zmęczeni i zadowoleni z dobrze spełnionego obowiązku. Odpływamy z wioski i oto miłe zaskoczenie. Stary rybak płucze sieci i podgwizduje sobie melodię piosenki, której uczyliśmy młodzież – znaczy, że chwyciło. Była to piosenka religijna o św. Dominiku, którą często śpiewa się w Polsce.

W drodze powrotnej jeszcze jedna przygoda. Nie tyle dla nas, ile dla jednego z naszych kogutów. Początkowo leżał grzecznie na dnie pirogi ze związanym nogami. Ale po pewnym czasie podróż wodna wyraźnie przypadła mu do smaku. Zapiał dziarsko, zatrzepotał skrzydłam kilka razy i podskoczył zawadiacko. To ostatnie było jego nieszczęściem, nie trafił na dno pirogi lecz znalazł się za jej burtą, na kilkumetrowej głębinie. Zatoczyliśmy duże koło i wyłowili topielca. Co się wody nałykał to jego i od tego czasu na pianie go już nie brało.

Powracając do chrześcijan w Koujou-Gandza byłem mile zaskoczony ich wiarą. Wioska prymitywna i zagubiona w buszu, Ludzie żywią się rybami i mięsem z polowania. Wioska bez księdza - ostatni ksiądz był tu cztery lata temu. Natomiast wierni wypełniają szczelnie kaplicę. Są rozmodleni i rozśpiewani. Proszą o spowiedź i poświęcenie domów. Zamawiają Msze św. za zmarłych. Domagają się, aby misjonarz odwiedzał ich częściej - kilka razy wysyłali z tą prośbą delegatów do biskupa. Wyraźnie potrzebują Chrystusa. Polecam ich Waszym modlitwom.  

ks. Bronisław Rosiek,
 Kongo-Brazzaville
Głoście Ewangelię 1(1985), s. 33-36.