Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Bronisław Rosiek

Owando, 10 stycznia 1984 r.  

Drodzy Przyjaciele Misji!  

Na moim biurku spiętrzył się stos kartek i listów świątecznych, co zmusza mnie, aby zabrać się do pisania (dziwicie się może, że mam biurko – owszem mam). Gdy wyjeżdżam do buszu, żyję prawie jak człowiek jaskiniowy: obiad gotowany na ognisku, zamiast kompotu napój palmowy. Natomiast w bazie misyjnej mam warunki wystarczające do pracy; biurko, krzesło, łóżko, czasem wodę deszczową do mycia oraz lampę naftową w zapasie, gdyby żarówka przestała świecić. Jeżeli chodzi o inne przypadłości życia misjonarza, to parafrazując przysłowie, można powiedzieć, że do domu wprawdzie daleko, ale ani nie jestem głodny, ani nie jest mi zimno. Przeciwnie, zjadłam na kolację kawałek kozy, a w mieszkaniu mam w tej chwili 29 stopni ciepła, choć jest już godzina 22.30.

 Ale zaczęłam od korespondencji świątecznej. Powracając do niej, dziękuję za pamięć, opłatek, życzenia i modlitwę. W jednym liście otrzymałam nawet maleńką gałązeczkę jodłową. Pachnie ojczystym lasem, przypomina zimę, choinkę, polskie kolędy i rodzinną atmosferę. Bardzo za to dziękuję!!!

Jesteście zapewne ciekawi, jakie były moje święta. Otóż było tak: przed Pasterką zrobiliśmy projekcję przeźroczy o Bożym Narodzeniu. Przyjęto to z wielkim zadowoleniem. Sama Pasterka miała trochę inny obraz niż w Polsce. Nie skrzypiał śnieg pod nogami, lecz słychać było stąpanie bosych nóg po piasku. Nie było pań w futrach, lecz dziewczęta wystroiły się w sukienki z krótkimi rękawami. Podczas Mszy św. bzykały w kościele chrząszcze i wesoło rozśpiewały się ptaszki. Dzieci wspaniale śpiewały małemu Jezusowi, który uśmiechał się w szopce (miał utrącone paluszki – dorobiono z mydła, ale odpadły).

Samo Boże Narodzenie było wspaniałym przeżyciem. Należy dodać, że postanowiliśmy zrobić przyjemność mieszkańcom wiosek naszej parafii i przywieźć ich do kościoła na Mszę św. (przeciętna odległość – 20 km). Podczas, gdy kolega zajął się przygotowaniem ceremonii, ja wziąłem samochód. Na nasz stary Land Rover wdrapało się tyle dzieciaków, iż biedne resory wygięły się w przeciwną stronę. Trzeba było jechać bardzo ostrożnie, aby opona nie wystrzeliła na dołku lub kamieniu. W ten sposób obracałem trzy razy, bo chętnych było wielu. W jednej wiosce przyczołgał się do mnie chłopiec o sparaliżowanych nogach. Usiadł na pisaku i prosił: „zabierz mnie do Jezusa”. Byliśmy już mocno spóźnieni, ale nie miałem sumienia odmówić. Przybiegła matka. Ubrała mu czyste spodnie i koszulę. Wniesiono go do samochodu. Potem obserwowałem go w kościele… Był jednym z tych, którzy najradośniej przeżywali Boże Narodzenie. Spóźniliśmy się sporo, lecz cierpliwie czekano, śpiewając. Tam-tam huczał tak głośno, że polskie Dzieciątko dawno by się obudziło (afrykańskie jest do tego przyzwyczajone). Po Mszy św. gremialnie składano życzenia księżom, prosząc, aby je także przekazać Przyjaciołom w Europie. To właśnie czynię kończąc, dołączam także uśmiechy moich Murzyniątek.  

Ks. Bronisław Rosiek
Kongo-Brazzaville
Głoście Ewangelię 1(1984), s. 39-41.