Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Bronisław Puchała

KIEDY PAPAJE NAJSZYBCIEJ DOJRZEWAJĄ?  

Gamboma, czerwiec 1984 r.

Moi Drodzy!

Zwykle misjonarze wojażują własnymi środkami lokomocji. Prawie każda misja posiada jakiś rower, mobilet, samochód terenowy do dalszych podróży. Ale niekiedy zdarza się, że trzeba podróżować bez własnego pojazdu. Jak to wtedy przebiega, poczytajcie.

Otóż 4 czerwca po Mszy św. rannej i śniadaniu spakowałem swoje podstawowe rzeczy do plecaka i wyszedłem na drogę „łapać okazję”, jak się to dawniej mówiło.

Po 20 min. cierpliwego oczekiwania, zatrzymuje się mały kamion (ciężarówka), wypełniony skrzynkami pustych butelek z piwa. Nie wierzę szczęściu. Kierowca otwiera drzwi i na trzeciego zabiera mnie do kabiny. Nie znajduję słów podzięki dla kierowcy i jego towarzysza w kabinie.

Jedziemy. Do Brazzaville 320 km. Jak dobrze pójdzie to na 14.00 powinniśmy być w stolicy. Wskazówka licznika ruszyła z miejsca, już jest 10, 20, 30 i oto samochód dostaje dziwnych wibracji, które kierowca z trudem opanowuje, naciskając z 5 razy na hamulce dobrze zapowietrzone. Próbuje rozhulać samochód jeszcze raz. Po którejś tam próbie przekroczyliśmy 60 – w porządku nie ma wibracji. Jest 80 – OK.

Ale oto kontrola drogowa „Milice National”, choć jeszcze kilometra nie ujechaliśmy. Papiery, dokumenty, towar etc.. – wszystko skontrolowano. Milicjanci zadowoleni, obiecaną butelką piwa przy powrocie, salutują i podnoszą szlaban.

Jedziemy. Droga bardzo dobra, jak autostrada, ale z przekroczeniem „bariery dźwięku” tzn. 50 km/godz. znów mamy trudności. Udało się!

Ale oto nowe zmartwienie, bo wskazówka paliwa jest już na zerze, a do najbliższej stacji benzynowej jeszcze „tylko” 70 km. Kierowca próbuje zaoszczędzić paliwo rozpędzając samochód i gasząc silnik przy każdej nadarzającej się okazji. Ale wiele to nie pomaga. Na 30-tym kilometrze koniec paliwa, silnik zgasł… i nawet najbardziej doświadczony kierowca nic nie pomoże.

Kierowca, żeby mnie uspokoić mówi, że najbliższą okazją pojedzie po benzynę i jak wróci, o ile kupi, to pojedziemy dalej. Mówię „dobrze, ale ja też pojadę tą samą okazją co Pan”. Zawsze to będzie nadzieja dojechać do Brazza jeszcze tego samego dnia.

Po jakiejś pól godzinie, coś jedzie. Też kamion, ale już nie taki byle jaki. Wsiadamy więc do niego, tzn. ja i „obcy” szofer z kanistrem 20 l, ale nie do szoferki, bo ta już pęka od ludzi, tylko „na pakę” bez plandek z lekkim ożebrowaniem, służącym do jej rozwieszania na wypadek deszczu.

Paka już jest dość wypełniona workami „fu-fu”, maniokiem, beczkami z piwa, dzikimi jarzynami i bagażami osobistymi, ok. 20 osób, z których połowa to matki karmiące, które jadą do szpitala lub jakiegoś lekarza-specjalisty ze swoimi chorymi dziećmi,

Po krótkim „mbote na bino” (dzień dobry) usadowiłem się jakoś między towarzystwo i mój plecak też gdzieś tam się zmieścił. Mimo upalnego słońca ludzie nie tracą humoru – gadają, śmieją się, kłócą, śpiewają – to w bandu, gangulu, lingala, a nawet i po francusku.

Nie mieszam się specjalnie, patrzę, słucham i myślę, żeby jak najszybciej do tego Brazza dotrzeć i skryć się przed tym afrykańskim słońcem.

Na 12.00 jesteśmy na promie rzeki Lefini. Bez problemu przeprawiają nas na drugą stronę. Szybko wypiłem piwo w jakimś tam kiosku i myślę „teraz prosto do Brazza”. Ale właśnie dopiero teraz poznałem, że myśli białego nie są myślami czarnego. Bo oto całe towarzystwo rozłożyło się w cieniu na prowizorycznych ławkach i dalejże śniadać, co tam kto miał. Śniadali całą godzinę, choć nie bardzo mieli co.

W końcu ruszamy. Na niebie ani chmurki, a tu 13,00 – 14,00 – 15,00. Słońce atakuje to z prawa, to z lewa, to prosto z góry, w zależności jak samochód skręca, to w prawo, to w lewo. Nie mam termometru, ale wydaje mi się, że i termometr by się stopił, gdyby go zostawić w takim słońcu. Nic więc dziwnego, że „mózg paruje”, zamieniając się w pot i wodę. Już tylko 45 km do Brazza, ale droga teraz – niech Pan Bóg broni. Niby to wciąż asfalt, ale w tym asfalcie 45 dziur jedna na drugiej.

Przechodzimy jeszcze 3 inne kontrole Milicji Drogowej, co jedna to dokładniejsza i co jedna to głupsza, bo zbliżamy się do stolicy. Wreszcie po 9 godzinach przekraczamy te 320 km. W porównaniu z szybkościami w PRL-u to jeszcze nie tak źle, ale u nas ten dystans niektórzy robią w niecałe 3 godziny, choć dawniej, gdy nie było asfaltu, robiło się go w ciągu tygodnia, zwłaszcza gdy komuś wypadło jechać do Brazza w porze deszczowej.

Pardon! - ale miało być o papajach. Otóż do wspomnianego plecaka wrzuciłem jakąś koszulę na zmianę, ręcznik, jakąś kanapkę, trochę wody i rzeczywiście 2 zielone papaje, żeby zrobić wieczorem na „Plateau” bigos na papaju.

Papaje to b. miłe owoce rosnące na drzewie, a przypominające nieco dynie średniej wielkości, nieco jajowate. Kiedy są dojrzałe, mają kolor żółty i można je jeść na surowo. Ale i z zielonych można robić surówkę, albo zamieszać do kapusty z szynką na gorąco.

Kiedy wreszcie miałem opuścić niezapomniany kamion, odszukałem swój plecak i siłą wydarłem go z między innych worków. Zauważyłem, ja i inni także, że plecak jest cały mokry. Oczywiście nie czas i pora zaglądać do środka. Rzucam plecak na plecy i łapię taxi – na szczęście jest ich wystarczająco.

Wsiadam, ale jest mi głupio, bo nie tylko plecy mam podwójnie mokre, ale jeszcze i z plecaka cieknie. Za parę minut jestem u siebie tzn. w parafii „Jesus Ressuscite” prowadzonej przez polskich księży Józefa i Jana. Dzięki Ci, Panie Boże!

Wchodzę i nawet się nie witam, tylko szukam trochę wody, żeby przemyć poklejone ręce, spodnie i rzeczy w środku plecaka. Znów mam szczęście, bo jest woda w kranie, co aktualnie zdarza się coraz rzadziej w stolicy Kongo.

Po krótkim powitaniu i pożegnaniu, bo niektórzy właśnie wyjeżdżali na urlop, zabrałem się do weryfikacji mojego majątku. W plecaku było wszystko, ale na słodko i na kolorowo. A moje 2 zielone papaje przypominały 2 różowe piłki bez powietrza.

Przekonałem się naocznie, w co i wy nie wątpicie, że najszybciej papaje dojrzewają kiedy? – w czasie podróży kamionem do Brazza.  

Ks. Bronisław Puchała
Kongo-Brazzaville
Głoście Ewangelię 3(1984), s. 52-56.