Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Stanisław Pawłowski

DAWNE I NOWE HISTORIE OYOWSKIE  

Wakacje 1985 r. spędzone w Polsce nie należały do udanych, biorąc pod uwagę ilość dni słonecznych i ciepłych. Od czerwca do sierpnia może udałoby się zebrać w sumie trzy tygodnie bez deszczu i zimna. Być może, ta owa późno – jesienna aura w środku lata sprawiła, że z tym bardziej większą siłą wracają do chłodnej i deszczowej Polski obrazy z równika.

Niektóre dawne, przyprószone czasem zapomnienia, inne znowu całkiem świeże. Oczywiście dotyczyć będą małej miejscowości Oyo, do niedawna, tak jak inne, zupełnie zagubionej i zapomnianej. Liczy ona ponad 1000 mieszkańców, lecz znana jest prawie w całym Kongo.

Ten rozgłos datuje się od 5 lutego 1979 roku – od czasu objęcia władzy przez obecnego prezydenta – pułkownika Denis Sassou-Nguesso. Od tego momentu do Oyo wraz z pięknym 182 m długim mostem nad rzeką Alima weszło coś nowego. To „nowe” z pewnością przybyło przez drogę asfaltową (oddaną do użytku w 1983/4 r.), biegnącą śmiało przez dawne bagna, tak „serdecznie mocno” zapamiętane przez misjonarzy, a zwłaszcza „ukochane” przez nasz poczciwy, leciwy samochód terenowy.

Tę dziwną nowość Europejczyk może nazwać rażącą dysproporcją czy ogromnym kontrastem, wtargnięciem cywilizacji technicznej lub innymi tym podobnymi określeniami.

Piękne wykładziny na zewnątrz, wymyślna konstrukcja willi, wewnątrz marmury, atrium – a po drugiej stronie drogi, chałupy tradycyjnie sklecone z patyków i gliny, pokryte liśćmi palmowymi.

Prąd elektryczny, łączność telegraficzna i telefoniczna, satelitarna, klimatyzatory, salony z żyrandolami i stiukowymi sufitami – a wokół ludzie gotują strawę na trzech kamieniach nad ogniskiem. Te ognie i płomyki lamp naftowych, zapalanych z chwilą zapadnięcia nocy, świadczą o tym, że tradycyjna wioska żyje.

Trudno opowiedzieć słowami bajeczne wprost bogactwo niektórych osobistości i całej świty zawsze im towarzyszących sługusów

Jak odbierają ten stan rzeczy mieszkańcy Oyo? Co na ten temat mówią? Z natury są fatalistami – „widocznie tak ma być” i „tego nikt nie zmieni”, - machają przy tym ręką. Niektórzy są dumni, że to z ich miejscowości wyszła władza i aż pięciu ministrów! A ważnych dyrektorów to z pewnością nie policzą na palcach rąk i nóg. Inni znowu, dalsza i bliższa rodzina tych państwowych notabli, w widoczny sposób awansują materialnie i społecznie.

Ogólnie biorąc – miejscowa ludność owych rażących dysproporcji nie bierze za złe. Według ich określenia „szef jest szefem” i „gdy jest u władzy, to przecież wszystko może i wszystko mu wolno”. Wynika z tego, że dzisiejsi Kongijczycy nie odbiegli zbyt daleko od niedawnych czasów, kiedy tradycyjny szef danego terenu był faktycznie panem życia i śmierci.

Starzy ludzie jeszcze te czasy aż zbyt dobrze pamiętają. Nie tak daleko od Oyo, jakieś 25 km w wiosce Ekongo żyje jeszcze taki stary dziadzio, nie cieszący się dobrą opinią z lat młodości. Wtedy trząsł dosłownie całym podległym mu terenem. Słynna jest jego batalia z misjonarzami. Zabronił przejścia karawanie misyjnej, grożąc rozpoczęciem walki. Nastąpiła próba sił, polegająca na wykazaniu skuteczności i zasięgu posiadanej broni. Oczywiście kula ze strzelby myśliwskiej nie znalazła poważnego przeciwnika we włóczni rzuconej przez wodza do odległego celu. Biali okazali się silniejsi dzięki posiadaniu broni palnej.  

Być może, owa fatalistyczna postawa życiowa mieszkańców naszego terenu wynika z ich tradycji zwyczajów przeszłości? To nastawienie do życia wygrywają łatwo ateiści i związana z nimi rządząca klika. Bóg i przykazania konkretyzują się we władzy politycznej i państwowej.

Od 1963 r. junta wojskowych, aż po dziś dzień trwa przy władzy. Zmieniają się tylko kolejni bogowie. I to zbyt szybko.

Powróćmy do misji w Oyo. W 1960 r. przesiedlili się tutaj księża, opuszczając starą, założoną w 1890 r. misję w Tsambisto (10 km od Oyo). Teraz osiedlili się tuż obok wytyczonej przez francuskie władze kolonialne nowej drogi państwowej nr 2. Wówczas też uruchomiono przeprawę przez rzekę Alima. Funkcjonowała przez 22 lata, aż do 1982r., kiedy zastąpił ją nowy, duży most.

Założycielem parafii Oyo i budowniczym kościoła oraz domu mieszkalnego dla księży był Kongijczyk, ks. Benoit Gassongo, późniejszy biskup pomocniczy diecezji Owando. Od 1971 roku - emeryt rezydujący w Brazzaville – został tragicznie zamordowany w 1980 r. w swoim domu.

W krótkiej historii Oyo, faktem godnym podkreślenia jest okres 1963-68, kiedy pracowali tu dwaj księża kongijscy: ks. Georges Singha – obecny biskup ordynariusz naszej diecezji Owando i ks. Emile Okoumou – obecny wikariusz generalny i proboszcz kościoła katedralnego w Owando.

Zamiennym faktem jest, że od 1973 r. tę parafię prowadzą księża z diecezji tarnowskiej. Pierwszymi byli: ks. Stanisław Jeż, ks. Stanisław Łacny (pracował w Oyo najdłużej, bo do 1979 r.) i ks. Andrzej Piotrowski. W 1975 r. przyjechały cztery siostry zakonne do pomocy w pracy pastoralnej w Oyo. Już 10 lat pracuje w parafii s. Rozariana Sitar – obecna przełożona i trzy nowo przybyłe: s. Anuncja, s. Matylda i s. Lilioza. Odpowiedzialnym za misję jest ks. Wojciech Mach (znany jako Adalbert), pracujący w Kongo już 12 lat. Od dwóch lat pracuje ks. Bronisław Rosiek i ks. Stanisław Pawłowski (9 lat w Kongo). To jest obecna ekipa pastoralna, pracująca na terenie parafii.

Do znanych wspomnień należy anegdota, że na głos dzwonu misyjnego o 6.00 wszyscy w Oyo nakręcają zegarki. Sam to zresztą słyszałem z ust dyrektora naczelnego składu paliw – Hydro-Congo (to jak nasza składnica CPN). Pan ten, katolik praktykujący, przyjechał ze stolicy na północ kraju do pracy w Oyo. Bywał w wielu krajach Europy i Ameryki. Otóż pan Gustave Malanda twierdzi, że tylko w Oyo ustawić można zegarek na dźwięk dzwonu. Oczywiście pochwalić się trzeba, że to jest zasługą siostry przełożonej Rozariany, pełniącej wśród licznych obowiązków także funkcję zakrystianki.

Wtajemniczonym dużo radości i powodów do śmiechu daje wymienienie jednego słowa „atasio”. Jest to francuskie „attention” wymawiane po kongijsku. Mamy tutaj babcię, wielką przyjaciółkę naszej kuchni, a raczej magazynu żywnościowego. Ma na imię Andrea. Przed wejściem do kościoła słychać ją z daleka, bo rozpoczyna już ceremoniał pokaszliwania i chrząkania, żeby zwrócić uwagę na siebie. Wchodzi bocznym wejściem, a defilując przed ławką modlących się księży, przystaje, przypatruje się uważnie każdemu i jeśli ma humor to pociąga za brodę (upodobała sobie proboszcza). Trudno wtedy utrzymać powagę. Andrea nie toleruje podśmiechiwania się z niej i zawsze ostrzega po francusku grożąc przy tym kilka razy palcem: „atasio, atasio” (attention = uwaga!). Zna jeszcze drugie słówko po francusku: „merci”. Operuje nim wówczas gdy otrzyma od sióstr lub proboszcza puszkę sardynek, parę miarek ryżu lub coś z ubrania..

Od opowiadania anegdotek i ciekawostek przejdźmy do porządku dnia. Ciekawe są te wyjazdy z wizytą duszpasterską do wiosek. Każdy z księży, wraz ze siostrami zakonnymi, ma do obsługi wydzielony sektor. Siostry prowadzą kurs szycia z dziewczętami szkół podstawowych i średnich, a także w Oyo z kobietami.

Leczą ludzi w tych wioskach, gdzie nie ma przychodni lekarskich, wizytują chorych, opuszczonych i pomagają ubogim, zwłaszcza rodzinom wielodzietnym. Katecheza, biblioteka, apteka – to zajęcia w centralnej stacji.

Jeśli w odległych wioskach praca pastoralna wymaga kilkudniowego pobytu, pozostajemy na nocleg w kaplicy, lokując się w pomieszczeniach przystosowanych do zamieszkania. Taki pobyt jest męczący, może nie ze względu na proste i prymitywne warunki mieszkania, bo to nawet dobrze jest dziurę w ścianie glinianej chałupy nazwać oknem, a otwór wejściowy drzwiami. Męczy natomiast ciągła obecność dzieci, ciekawskich wszystkiego, co dotyczy białych przybyszów. Nic nie pomoże, że otwór wejściowy zasuwam plecionką z bambusu. A od czego są małe szparki?

Oprócz dojazdów do wiosek mamy przede wszystkim zajęcia w centralnej stacji misyjnej w Oyo. Praca duszpasterska, kancelaryjna i to zwykłe codzienne krzątanie w gospodarstwie. Naprawy samochodu i motorowerów (najbliższe warsztaty znajdują się w stolicy), małe naprawy murarskie i inne. Trzeba znać się na wszystkim.

Nasi Kongijczycy wszyscy liczą na nas, spodziewając się pomocy i duchowej i materialnej. By innym pomóc – samemu trzeba posiadać dużo odporności, siły i wytrwania. O modlitwę w tych intencjach dla nas wszystkich proszę.

Ks. Stanisław Pawłowski,
Kongo-Brazzaville
Głoście Ewangelię 2-3(1985), s. 66-71.