Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Wojciech Mach

NOWY OBRAZ PIERWSZEJ MISJI OBJĘTEJ PRZEZ TARNOWSKICH KSIĘŻY  

Z momentem dojścia do władzy prezydenta Sassou Nguesso zaczęła się nowa historia Oyo i misji katolickiej. Dobiera on sobie do ekipy kilku zaangażowanych politycznie pobratymców i wszyscy z pełnym zapałem i gorliwością budują nowe Oyo. Zaczynają prawie, że równocześnie od portu na rzece Alima, oraz od ogromnych zbiorników na składowanie paliwa, którym ma byś zaopatrywana cała północ Konga.

W 1980 r. rozpoczyna się także budowa drugiego odcinka tzw. drogi narodowej nr 2, która ma połączyć Brazzaville z Owando. Na czterech rzekach, które do tej pory trzeba było przebywać promami powstają mosty.

Do tego Oyo, do którego dawniej ze stolicy jechało się dwa lub więcej dni (420 km) obecnie można dojechać w 6 – 7 godzin misyjną Toyotą, prezydenckie mercedesy połykają tę odległość ponoć w ciągu 4 godzin.

W Oyo powstaje duży magazyn OFNACOM (Państwowy Handel), do którego artykuły mają docierać ze stolicy statkami, a stąd mają być rozprowadzane w busz samochodami ciężarowymi. W samym centrum jest piękne rondo, nowoczesny samoobsługowy Seperette (nie przekręcić jak niektórzy „biali złośliwi” na Superbete), gdzie w założeniach wszystko powinno być osiągalne nawet salbete, czyli serviette. Są też dwa hotele, najpierw powstał ten mały „bel-aric” a potem ten większy (tzn. dla większych) ochrzczony „Jean Baptiste”. Z tego ostatniego muzyka, krzyki i kwiki umilają życie Siostrom. Ostatnio wybudowano też nowy szpital (ponoć już otwarty) nazwany imieniem matki prezydenta, a przy okazji ogrodzono cmentarz rodziny tego ostatniego.

Jest też nowa szkoła zawodowa, w której już od roku pobierają nauki przyszli mechanicy, murarze, elektrycy, stolarze itp. Pod okiem nauczycieli kongijskich i wietnamskich. Jest dużo nowych domów – willi prezydenckich, ministerialnych i dyrektorskich, które mają obwałowania i luksusem już dawno przyćmiły misję.

Jest (czasem) woda miejska, jest telefon, którym też czasem można sobie zatelefonować (Jeden taki to nawet do Paryża się dodzwonił). Jest oczywiście bardzo dużo „mordowni”, gdzie przy akompaniamencie kocio-kwiku poniektórzy Mbochi spędzają czas przy piwie albo szklance czerwonego wina.

Prawie wszędzie panuje asfalt, czyli „gudron”, który leży na swoim miejscu tzn. tam gdzie go położono i dzięki niemu właśnie, do Oyo zjeżdżają różni ludzie, przedstawiciele plemion miejscowych: Lari albo Larusie, Willi albo Wilusie, Kouyou, Makowa itp. oraz zagranicznych jak Senegalczycy, Malijczycy, Mauretańczycy, Wietnamczycy, Francuzi, a nawet Polacy.

Cały ten proces nagłego rozwoju ekonomicznego Oyo niesie ze sobą jak zwykle pewne niebezpieczeństwa, ale i pewne szanse. Możliwość zarobienia lepiej w jakimś przedsiębiorstwie, choćby tylko przez jakiś czas, jest dla niejednego mieszkańca wsi pokusą, by opuścić plantację i do niej nie wrócić nawet wtedy, gdy praca w przedsiębiorstwie skończy się. Nie wszyscy, którzy nagle poczuli trochę więcej pieniędzy w kieszeni, umieją szansę wykorzystać i odpowiednio zainwestować. Często przepuszczają w „mordowni” lub z kobietami. Młodzież jest ogłupiana telewizją, a nawet obecnie video. Dziewczęta oślepiane możliwością zarobienia przez „wynajęcie”…

Przed wspólnotą parafialną Mboschi już nieco podstarzała otwiera się jednak szansa rozszerzania, bo niektórzy z tych, którzy do Oyo przyjeżdżają są katolikami i to nawet praktykującymi. W kościele i na katechezie coraz więcej widać przedstawicieli innych plemion. W obecnym roku w grupie 65 ochrzczonych chłopców i dziewcząt, połowa to już nie-Mbochi.

Dawna wspólnota parafialna Mboschi przyjmuje (dosyć chętnie trzeba przyznać) ludzi z południa Konga, a nawet obcokrajowców, np. Zairczyków. To automatycznie prowadzi do przejścia w liturgii na język lingala, którym wszyscy mogą się porozumieć. Katechizowanie dzieci i młodzieży dzisiejszego Oyo i wiosek trzeba ubogacić pomocami audio-wizualnymi. Misja ma więc do dyspozycji aparaty filmowe 16 mm, 8 mm, a nawet ostatnio video, oraz dosyć duży zapas filmów. Ważniejszą niż dawniej rolę odgrywa biblioteka, gdzie spotykają się nauczyciele, urzędnicy, wojskowi, a nawet lekarze wietnamscy.  

Więcej uwagi poświęca się przyjmowaniu ludzi na misji. Choć to czasem denerwuje i zabiera dużo czasu, jest jednak ważne, bo wśród odwiedzających może być minister, dyrektor, lub nawet sama żona prezydenta.

Jeśli chodzi o wioski, to oprócz dawnych, gdzie wspólnoty chrześcijan są już tradycją, misjonarze muszą zwrócić uwagę na te, które się szybciej rozwijają, gdzie są szkoły średnie. Mimo, że atmosfera nie jest już w nich zawsze serdeczna, staramy się być tam obecni i choćby niemiło, coś zaczynać. Wydaje się, że w tej chwili bardzo dobre postępy uczyniono w Tchicapica, dobre w Olombo, coś drgnęło właśnie w Ngania, mamy zaproszenie do Abalo. Największym zaskoczeniem dla nas było to, że w Edom, wiosce rodzinnej prezydenta, jedna z sióstr uczyła katechizmu przez cały rok w jednej z klas szkolnych.

Dla systematycznego dokształcania animatorów wspólnot wiejskich został wybudowany w ostatnim roku dom z dużą salą wykładową, z sypialniami, z odpowiednim wyposażeniem także dla uczenia szycia, trykotarstwa, gotowania, higieny, itp.

Można z pewnością powiedzieć, że w tym okresie szybkich przemian społeczno-politycznych w Oyo, Misja była obecna. Dzięki systematycznej pracy księży i sióstr, dzięki metodom ciągle dostosowywanym do nowej mentalności, misja spełnia swoje zadanie i może z optymizmem patrzeć w przyszłość.  

Ks. Wojciech Mach
Kongo Barazzaville
Głoście Ewangelię 3-4 (1986), s. 48 – 51.