Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Bronisław Rosiek

Gamboma, 26 października 1986 r.  

CO ROBIĄ „PÈRES” (KSIĘŻA) W AFRYCE  

„Le Père” znaczy dokładnie „Ojciec”, „Ksiądz”, „Ojciec duchowny”. Każdy Murzyn, nawet poganin, zwraca się do nas przez „Mon Père”, czyli „Mój Ojcze”. Choć zaczynają pojawiać sie postępowi, którym to już nie może przejść przez gardło i krzyczą „Prètre”, „Monsieur”, „Chef, „ko…ko…ko…”

Powyższy tytuł odnosi się ściśle do zakonników, ale z racji praktycznych przeszło to i na księży diecezjalnych, którym to przysługuje tytuł „l’Abbè” albo „M. l’Abbè”, czyli dosłownie „Panie Ksiądz”.

Choć osobiście odpowiada mi tytuł „Mon Père” niekiedy mam poważne trudności z tego powodu. Np. kiedy przychodzi dziecko względnie inteligentne i mówi w lingala: „pesa nagai mampa, ngai nzala, yo Père wa ngai” (daj mi jeść, bo jestem głodny, przecież jesteś moim Ojcem). Muszę się zdobyć na wiele cierpliwości i poświęcić wiele czasu, żeby mu wyjaśnić, że jestem Ojcem duchownym i chlebem, który ja daję jest Dobra Nowina i Sakramenty… Ale powiedzmy sobie szczerze, co daje taka filozoficzna pogadanka głodnemu dziecku murzyńskiemu. Oczywiście, że po długiej perswazji, biedne dziecko odpowiada „oui P Père” tj. „tak Ojcze” i idzie do domu czy gdzieś tam, ale czy zadowolone, zbudowane, zachęcone, umocnione przez swojego Ojca duchownego…?

Księża odprawiają Msze Św., głoszą kazania, homilie, rekolekcje, spowiadają, uczą katechizmu, przygotowują i udzielają Sakramentów, zwłaszcza chrztu, spowiedzi i Komunii Św. Bierzmuje w zasadzie Biskup. Rzadziej udziela się sakramentu małżeństwa i sakramentu chorych. Są jednak pogrzeby katolickie, od czasu, do czasu. Prowadzą grupy modlitewne, grupy ministrantów, chórzystów, Komitet Parafialny, odwiedzają chorych, błogosławią domy, sporządzają pomoce katechetyczne …itd.

Co jeszcze? Organizują kuchnię, prowadzą ogródki na warzywa i owoce, mają hodowle, trochę żebypokazać i nauczyć Murzynów, a w zasadzie, żeby mieć czasem co zjeść czy sprzedać.  

Budują i reperują budynki misyjne: kościoły, kaplice domy mieszkalne, sale katechetyczne, biblioteki, sale spotkań i kursów, garaże, zbiorniki na wodę… Prowadzą apteki, księgarnie, a niektórzy nawet boutiqui lub stacje benzynowe. Oczywiście i biura parafialne z kronikami, rejestrami i księgami finansowymi włącznie.

Szukają źródeł wodnych, a także finansowych na życie, na budowy, na remonty, na zakup niezbędnych przedmiotów, na pomoc biednym, chorym, uczącym się, katechistom, sierotom,… itd.

Leczą innych, a niekiedy i siebie. Kupują, naprawiają, przerabiają kuchenki gazowo-naftowo-benzynowe, lodówki. Naprawiają pojazdy takie jak, mobilety (motorowery), samochody a i taczki. Sprzedają je raczej wyjątkowo, ponieważ w Kongo nikt nie chce mieć starego grata, bo w warunkach tropikalnych nie na wiele on się przyda.

Niekiedy muszą być i „boyami: dla tych, którzy przypadkowo zjawią się na Misji. Trzeba ich przyjąć, przygotować pokój, zrobić jakiś posiłek… itd. Żeby być uczciwym, muszę dodać, że nie wszyscy Księża te rzeczy robią. Jedni już tego nie robią, a inni jeszcze tego nie robią, ale być może, że któregoś dnia… życie się zmieni, warunki też, zajęcia i orientacje też… i dlatego… „w życiu nigdy nic nie wiadomo”…

Konkretnie, kiedy piszę ten artykuł, jeden Józef, np. de Gambona buduje bazyliki (kaplice w wioskach), drugi Józef, ten de Brazza prowadzi słynną księgarnię na Plateu de 15 ans, a jeszcze inny, Józef de Mindouli… niech Wam sam opisze, co robi.

Ja na przykład (oprócz tego, że czasem piszę), próbowałem przerobić samochód na samolot, ale po pierwszych próbach odradzono mi dalszych eksperymentów. Teraz będę próbował przerobić „ARO” (terenowy samochód rumuński) na kultywator, ale na razie „ARO” słuzy jako buda dla Pikusia i nie wiadomo czy Pikuś się zgodzi na nową budę. W koncu samochód to samochód, a nie jakaś tam buda, choćby i z cementu.

Jest oczywiste, że posiadanymi samochodami czy mogiletami jeździ się. Ale gdzie? Najczęściej do wiosek w celach duszpasterskich. Niekiedy do Brazzaville na zakupy, czy załatwianie formalności paszportowych, pobytowych, zdrowotnych czy urlopowo-wyjazdowych. Na spotkania diecezjalne, dekanalne, rekolekcje, sesje rejonowe, do sąsiadów na „kwaśne mleko”, nad rzekę, żeby się wykąpać, przywieść piasku albo i wody.

Czasem ma się też sprawy z urzędnikami: trzeba się tłumaczyć, wykłócać… Trzeba pilnować dobytku Misji i kościoła. Straszyć złodziei…

Czasem robi się generalne pranie, sprzątanie mieszkania z malowaniem włącznie. Słucha się radia, czyta książki i gazety, gra w szachy, na organach albo i w chińczyka, a w nocy ogląda się ruchy planet, gwiazd i sputników.  

Oczywiście, od czasu do czasu się śpi, lepiej czy gorzej, ale… z tym nie ma większego problemu, bo w Afryce śpi się w nocy i w dzień. Sjesta poobiednia, kiedy jest najbardziej gorąco, jest prawie konieczna.  

W sumie jak widać, nie takie to skomplikowane. Nic się nie martw, podołasz i Ty…

A więc… kiedy przyjeżdzasz?

Z pozdrowieniami.  

Père Broni Rosiek,
Kongo-Brazzaville
Głoście Ewangelię 1(1987), s. 27 – 30.