Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Bronisław Puchała

Gamboma.

Kuchnia, kuchnia, jeść nam się chce!

Drodzy Czytelnicy!

Różnych rzeczy pragnąłem w życiu, ale nigdy tego, by być kucharzem. Ale niestety, na misjach wiadomo, trzeba być wszystkim, a więc i kucharzem, kiedy chce się jeść.

Mamy tu daleko znanych kucharzy (celebres cuisiniers) jak ks. Wąsik i ks. Jan jego następca, ks. Stefan z Gambom. Choć do nich nie należę, też mam już jakieś osiągnięcia w tej dziedzinie.

Znana jest np. – przynajmniej w niektórych kręgach inteligencji kongijskiej – „sałata a la Broni”, „jajecznica a la Broni”, ambrozja, czyli nieśmiertelny napój bogów również produkcji „de Broni”.

Czy nie można zatrudnić Kongijczyka za kucharza? Ależ tak, jak najbardziej. Oni tylko na to czekają i chętnie to robią, tylko, że kuchnia kosztuje wtedy 10 razy drożej, bo:

  1. trzeba płacić kucharzowi (ubezpieczenie, urlop, chorobowe),
  2. kucharz gotując (próbując) trochę zje,
  3. trochę ukradnie,
  4. trochę wyniesie swoim dzieciom i żonom,
  5. zawsze więcej ugotuje niż trzeba,
  6. często nie da się zjeść tego, co ugotuje.

Dawniej misjonarze francuscy, niemieccy, holenderscy, obowiązkowo mieli kucharzy, sprzątaczy, stróżów itd., ale my polscy misjonarze niestety nie możemy sobie na to pozwolić. Stąd to, zmuszeni jesteśmy sami robić kuchnię, czyli bawić się w kucharzy.

Już starożytni filozofowie odkryli ten sekret, że do serca trafia się przez żołądek. I trzeba szczerze prawdę sobie powiedzieć, że jednym z mankamentów polskich misji jest to, że nie ma, co do żołądka wrzucić tym biednym, niedożywionym, często zagłodzonym chrześcijanom, czy kandydatom do chrześcijaństwa. Wprawdzie widzi się często dzieci o wydętych brzuszkach, ale to zwykle jest powodowane nadmiarem, robalów jelitowych, a nie jedzeniem.

Nie wiem jak to nazwać i do czego zaliczyć – cud, sekret czy zwykła nieuczciwość, że my misjonarze prawie nigdy nie jesteśmy głodni i zawsze mamy coś do zjedzenia. Co jemy? Wiele razy słyszy się to pytanie.  

Krótko można odpowiedzieć, że jemy wszystko, co jest jadalne. Kongijczycy zwykle jedzą maniok, ryby, mpondu (rodzaj sałatki z liści manioku). „Inteligencja”, tzn. nauczyciele i urzędnicy skarżą się często, że życie w buszu jest o wiele droższe niż w Brazzaville, ja natomiast mówię, że jest odwrotnie. Jaka jest prawda?

Otóż, jeśli się chce jeść rzeczy dostępne w Brazza, są one w buszu o wiele droższe, ale trzeba zaraz dodać, że w buszu są rzeczy z buszu, które są o wiele tańsze niż w Brazza. I teraz zależy, co kto lubi i co chce jeść.

W buszu można żyć i jeść bardzo tanio, ale i bardzo drogo. Wiktuały europejskie normalnie są możliwe do kupienia w Brazzaville i niekiedy w buszu, ale to już jest strefa bogaczy. Szynki, kiełbasy, masła, sery, wódki, koniaki, owoce europejskie jak jabłka, winogrona, orzechy, śliwy – wszystko to można kupić (w Brazza!). Ale to wszystko można również zastąpić bardziej czy mniej elementami kongijskimi.

Oto kilka przykładów. Jarzyny, które dostępne są w Kongo: ziemniaki, kapusta, pomidory, asperż, oberżyny, cebula, szpinak, orzeszki ziemne, inim, pata duss, maniok (podobne do ziemniaków - słodkie), sitrumel (rodzaj herbaty), szczaw, koka, mpondu (liście jadalne) itd.

Owoce z pewnością nie ustępują europejskim. Niektóre z nich są sezonowe, inne cały rok. A oto ich nazwy: ananasy, papuje, banany, safu, mango, gojawy, fruit de la passion, owoc drzewa chlebowego, mandarynki, pomarańcze, cytryny, pamplemusy, korosole, figi, kokosy, kakao itd.

 Ryby morskie i rzeczne: mrożone, suszone, wędzone, solone, żywei z konserwy.

 Mięsa – małpy, słonie, węże, antylopy, pantery, kozy, świnie, dziki, barany, krury, kaczki, gołębie, żółwie, krokodyle, kajmany, szczury, mrówki, nietoperze, króliki, woły itd.

 Są i napoje. Soki różnego rodzaju, wywary z liści lub jarzyn, vino – sovinco (produkowane chyba z akwareli!?), ciam-ciam z bambusów, masanga z palm albo i z kukurydzy itd.

Jest też i miód leśny czarny jak murzyni. Czego niema, a raczej co musi przyjść z Europy: mleko, mąka, masło, sól, piwo, koniaki, grzyby, herbata (cukru niewiele produkuje się z trzciny cukrowej),czekolada, cukierki, kawa, zapałki – przychodzą z Kamerunu.

Jeśli się inteligentnie połączy trochę produktów europejskich z resztą kongijskich, to można mówiąc szczerze żyć jak w raju. Jak nie wierzycie, to przyjedźcie, a sami zobaczycie. Zaprasza Was kucharz z Gambomy.  

Ks. Bronisław Puchała
Kongo Brazzaville
Głoście Ewangelię 1-2(1986), s. 41-44.