Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Marian Pazdan

Divenié, 25 października 1988 r.  

„A JEDNAK ŁAZARZ UMARŁ…”

Łazarz Bousougou był najbogatszym człowiekiem w naszym regionie. Miał kilka domów w większych miastach i w Divenié, ponadto dwa samochody ciężarowe „Mercedes” i mniejszą „Toyotę”. Śp. Łazarz zaopatrywał cały region w różne rzeczy, także w napoje alkoholowe.

Zmarły Łazarz był katolikiem, z innymi kobietami miał sześcioro dzieci, a gdy jego „ngolo” (siły męskie) zmalało, wziął ślub kościelny z panią Antoniną, z którą zrodził jeszcze córkę i syna.

Rzecz jasna, przy robieniu tak wielkiego interesu nie mogło zabraknąć trudności ze względu na zły stan drogi i mostów, a także dużą odległość od miasta (230 km). Stąd też dwa razy samochody z pełnym ładunkiem spadły mu z mostu i czerwone wino zaczęło płynąć „rzeką”. W dodatku zdrowie Łazarza podupadało coraz bardziej. Zaczęto się zastanawiać przez kogo w rodzinie to zło na Łazarza przychodzi?

Ubiegłego roku Łazarz bywał często u czarowników, a także włączył się do ruchu charyzmatycznego, szukając uzdrowienia. Na jednym nabożeństwie dla chorych wydało mu się, że przeszyły go dreszcze uzdrawiające, lecz było to subiektywne odczucie.

Na domiar złego, Łazarz i jego córka Filomena miewali dziwne sny. Sprowadzono czarownika na miejsce do Divenié, który wskazał jednego z wujów Łazarza jako przyczynę zła, które spadło na Łazarza. Wujka zabito kilka miesięcy temu, a Łazarz do zdrowia nie wracał. Przychodził coraz częściej do kościoła i przystępował do Komunii św. W ostatnią niedziele też był w kościele. Jeszcze we wtorek wieczór sprzedawał w swoim sklepie.

W nocy z wtorku na środę dochodziły mnie jakieś wrzaski i płacze, ale nie przejąłem się tym, bo są tu zbyt często. Do umierającego rodzina nie wzywa księdza w obawie, żeby ksiądz nie „zabrał” choremu duszy. Rano dowiedziałem się, że jednak Łazarz umarł na swoją chorobę.  

Wieczór zrobiliśmy „veilleès”(czuwanie) przy zmarłym, połączone z modlitwą. Przed naszym przyjściem, wielu zajęło sobie wygodne miejsca. Młodzieńcy grali w karty przy kilku stołach (wszystko odbywało się na zewnątrz domu). Kobiety, zmęczone całodzienną pracą, poukładały się na swych matach, nie bacząc na tę okoliczność, że głowa jednej jest przy tylnej części drugiej. Ludzie polityki zajęli miejsca w czerwonych fotelach. Tuż przy zmarłym były tylko kobiety z najbliższej rodziny zmarłego i sąsiadki. Nie patrząc na otoczenie, płakały głośno, wykonując nad zmarłym żałobne gesty.

Trumnę zmarłemu zakupiono aż w Brazzaville (600 km od Divenié) za trzy tysiące dolarów. Nikt jednak nie mówił, że lepiej byłoby te pieniądze rozdać biednym. Grób wykopano blisko domu Łazarza. Jeszcze go nie pochowano, a rodzina już się kłóciła o podział majątku (chciwość jest ta sama u czarnych co i u białych).  

Pogrzeb odbył się po chrześcijańsku. Zmarłego przyniesiono do kościoła. Razem z księdzem Rodakiem(rodzina zmarłego) koncelebrowaliśmy Mszę św. Po niej w kondukcie pogrzebowym udaliśmy się do grobu, przed którym ustawiono trumnę na taboretach. Rodzina ustaliła porządek podchodzących, by oddać ostatni hołd zmarłemu: najpierw podszedł I sekretarz partii i skłonił głowę, następnie to samo zrobił szef policji i inni urzędnicy. Później szły delegacje religijne i rodzina, z której to jeden chłopiec (nasz ministrant) ukląkł na jedno kolano przed zmarłym.  

Ciało zmarłego złożono w grobie i zaczęły się przemówienia. Jedno z nich zakończyło się znanym nam zwrotem: „Niech ci ziemia lekką będzie”!

„Wdowy” tzn. kobiety przebywające w żałobie, a jest ich 12, zostały zamknięte w domu zmarłego na trzy tygodnie. Kobiety te w pierwszym tygodniu będą leżały na matach bez możliwości poruszania się i kontaktów z otoczeniem. W drugim tygodniu będą już mogły siedzieć, a w trzecim przechadzać się po domu. Przez cały ten czas muszą płakać jedną godzinę rano i wieczór, gdy szef rodziny da ku temu znak…

Można powiedzieć, że trudno spotkać taki przypadek w Polsce, by wdowa płakała 42 godziny po swoim zmarłym mężu. 

Ks. Marian Pazdan,
Kongo-Brazzaville,
    Głoście Ewangelię 1(1989), s. 40-45.