Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Marian Pazdan

Divénié, 6 stycznia 1988 r.  

"Mój ojciec maźle ..." 

Drodzy Czytelnicy!  

W trakcie odwiedzania chrześcijan, 15 grudnia 1987 r. przyjechałem do Ingebi. Wnet przy­szedł do mnie młodzieniec ze swoim tatą i mówi: "Proszę księdza, mój ojciec jest poważnie chory, rok temu był operowany i boli go w brzuchu. Niech mu ksiądz da jakieś lekarstwo". Odpowiadam: "Mój chłopcze, sprawa nie jest prosta i ja nie znam się na wszystkich cho­robach. Ja nie wiem, co się dzieje w brzuchu twojego ojca. Ja jestem lekarzem "Ja kilungi" tzw. duszy. Twój ojciec musi iść do lekarza".

Dlaczego ta ostrożność?

Proszę pomyśleć: Ktoś jest poważnie chory, ja mu daję lekarstwo, on czuje się jeszcze gorzej, a nawet umiera. W świadomoś­ci jego rodziny, ja również jestem powodem jego śmierci. On byłby i tak umarł, ale, gdy jest okazja dla rodziny, by się wzbogacić kosztem białego człowieka, wykorzystują ją całkowicie.

Tego dnia nic nie załatwiliśmy. Dnia następnego wyspowiadałem tego chorego i po

Mszy św. zaniosłem mu Komunię św.

Po południu odjechałem do następnej wioski, która była początkową siedzibą naszej misji, pozostał tam duży kościół z gliny, dwa budynki szkolne i "kawałek" z domu dla księży. W jednym pokoju, który ma jeszcze drzwi i okna, rozłożyłem swoje bagaże. Misja ta oddalona jest od wioski około 300 m.Po zakończeniu ceremonii w kościele, wróciłem do mojego domu. Było około godz. 2100. Wcześniej dzieci przyniosły kilka wiader wody, więc będąc na odludziu, mogłem spokojnie umyć moje brudne ciało.

Nagle widzę 3 małe światła skierowane na mój dom i po jakimś czasie dochodzą mnie głosy. Pomyślałem: „jest ich kilku, a ja sam". Włosy, co dopiero umyte, zaczynają mi stawać na głowie. Myślę dalej: „Gdyby chcieli zrobić mi coś złego, nie nieśliby światła i nie rozmawialiby ze sobą. Z pewnością mają jakąś potrzebę”!

Odzywam się pierwszy: „Łapi mambu?"; tzn. - z jaką sprawą przychodzicie? Proszę księdza, mój ojciec, z którym wczoraj byłem u księdza i któremu ksiądz dziś dał Komunię św., jest w stanie krytycznym i trzeba go zawieść do lekarza.

Tutaj słońce zachodzi regularnie cały rok około godz., 1800. Czyli, o godz. 2100 w buszu tropikalnym jest już pełna noc. Węże boa, krokodyle, wampiry, małpy i inne zwierzęta zaczynają swoje nocne życie. Tubylcy nie przemieszczają się podczas nocy.

Mimowszystko, pojechałem, o 2200 byliśmyna miejscu. Rzeczywiściechory był w stanie krytycznym. Proponuję im, że lepiej przywieść lekarza, niż transportować chorego 27 km. Może umrzeć w drodze, bo stan dróg jest okropny.

Przez chwilę rodzina naradza się, nie zdając sobie sprawy, że za kilka minut cho­ry już nie będzie potrzebował lekarza.

Ktoś krzyczy: on umiera, on umarł! Wszyscy zaczęli lamentacje i płacze żałobne. Jeden z synów zmarłego bierze maczetę i chce się okaleczyć, na szczęście przeszkodzili mu inni.

Po pewnym czasie odjechałem. Nic nie wskazywało na to, że pomyślą, iż to ja zabrałem choremu duszę i dlatego umarł. Ale u nich wszystko możliwe - pomyślałem. Modlitwą z komplety: W ręce Twoje, Panie, powie­rzam ducha mojego, zakończyłem dzień.

Gdy obudziłem się nazajutrz, było już po 6-tej. Katechista poinformował mnie, że widział jednego z synów zmarłego, biegnącego o świcie w kierunku, Divenié. Myślałem, iż chce powiadomić rodzinę o pogrzebie. Po zakończeniu posługi kapłańskiej w tej wiosce, pojechałem do następnej, gdzie zaraz po przyjeździe, zabrałem się wraz z chłopcami do odwodnienia kościoła.

Przyjechał w tym czasie duży samochód, który rozwozi naftę, wino, piwo. Za chwilę słyszymy drugi samochód. Jeden z chłopców mówi: Dubila - to duża wioska, tędy wiele samochodów przejeżdża. Patrzę, a to ks. Jan z doktorem i kilku policjantami uzbrojonymi w pistolety. - Gdzie jedziecie? - Jedziemy do zmarłego w Ingebi.

I dopiero tutaj, w trzeciej wiosce dowiedziałem się całej prawdy, syn zmarłego ma chorą żonę. Fetyszer - czarownik powiedział mu, że to teść, chory, który umarł w Ingebi jest przyczyną tej choroby. Więc brat chorej przyszedł przed wieczorem do jej teścia i dotkliwie go pobił i skopał po operowanym brzuchu, by ten wreszcie umarł, to jego siostra odzyska zdrowie.

Czy jego siostra odzyska zdrowie? Nie jest pewne! Pewne jest, że policja zabrała i czarownika i brata-rozbójnika.

Tego wieczoru byłem już spokojny, tylko ręce mnie swędziały, bo pogryzły mnie muchy zwane tutaj "fourou". A gdy te się uspokoiły, swoją walkę o byt rozpoczęły pchły i chyba nawet nie zorientowały się, że to nie ciało katechisty i jego żony leży tej nocy w ich łóżku, tylko ciało ojca misjonarza. Mogłem, więc przypuszczać, że jutro w kaplicy pojawią się one również na mojej albie. Tej przyjemności, co prawda rzadko, ale spotykanej, nie życzę moim współbraciom w kapłaństwie.

Zwyrazami wdzięczności za pomoc modlitewną i materialną   

Ks. Marian Pazdan,
Kongo-Brazzaville,
    Głoście Ewangelię 1(1988), s. 34-37.