Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Józef Kiwior

Loulombo, 4 maja 1988 r.  

Przewielebny Księże Dziekanie!  

Przepraszam bardzo, że dopiero teraz ośmielam się napisać drugi list. Wybaczcie mi, że nie napisałem na dzień Waszego Patrona św. Józefa oraz na święta Wielkanocne. Mogę Was jedynie zapewnić, że to nie z lenistwa. Piszę ten list w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, z Loulombo, gdzie z polecenia Biskupa przewodniczyłem obrzędom Wielkiego Tygodnia. Jak Wam może wiadomo Loulombo nie jest miejscem mojego stałego pobytu. Przebywałem tu przez półtora miesiąca, aby "oswoić" się z misjami, z warunkami klimatycznymi i trochę poduczyć się języka. Mimo to, w tym krótkim czasie przeżyłem bardzo wiele.

Odbyłem tygodniową "podróż misyjną" do większych ośrodków misyjnych. Nie było to łatwe z powodu nieznajomości języka. Mimo to jakoś dawałem sobie radę. Może krótko opiszę na czym polegała ta wyprawa i jakie odniosłem wrażenia.

Najpierw udałem się do najdalszej wioski (l30 km) od Loulombo. Po drodze, zatrzymywałem się we wszystkich wioskach, ustalając program, tzn. gdzie się zatrzymam  w drodze powrotnej i kiedy.  

Po 4 godzinach jazdy, dotarłem do miejsca, gdzie miałem sprawować święte obrzędy.  

Pierwszym punktem było powitanie. Nie trzeba było długo czekać, aby przy naszym samochodzie zauważyć dziesiątki dzieci, młodzieży i starszych. Wszyscy przychodzili, aby powitać nowego misjonarza przez podanie ręki. Ten obrzęd powitania trwał mniej więcej 2 godziny. Niewiele mogłem im powiedzieć, ale to nie było najważniejsze. Ważna była sama obecność misjonarza. Jak mogłem tak starałem się pokazać, że jestem ich przyjacielem. W języku francuskim mogłem rozmawiać tylko z nielicznymi, bowiem pozostali po prostu go nie znają. Następnie zaprowadzono mnie do domu w którym miałem spędzić noc. Tam też z szefem wspólnoty chrześcijańskiej ustaliliśmy program mojego pobytu. A mianowicie: tego samego dnia o godz. 21°° modlitwy w kaplicy, jutro od 700 rano spowiedź św., o 10°. Msza św., potem spotkanie z katechistami i odpowiedzialnymi z wiosek, sprzedaż dewocjonaliów i lekarstw. W końcu obiad i odjazd do następnej wioski.

Od chwili mojego przybycia co pół godziny słyszałem uderzenia o puste w środku drewno. To był sygnał, że jest misjonarz i że trzeba się zbierać w kaplicy. Po rozmowie z szefem i katechistami, poszliśmy w stronę kaplicy zabierając ze sobą lampy naftowe, bowiem innego oświetlenia tu nie ma.

Można było zauważyć jak ze wszystkich stron zbliżają się wierni, niosąc ze sobą lampy. Ku mojemu zdziwieniu, zebrało się w kaplicy ponad 500 osób. O godz. 21°° rozpoczęliśmy nabożeństwo, któremu przewodniczyłem. Teksty czytane były w języku, munukutuba, natomiast przemawiałem w j. francuskim, a katechista tłumaczył. Była liturgia słowa, kazanie, różaniec i podanie informacji. Wszystko to trwało ponad 2 godziny. Nikt się nie nudził, bo modlitwy były na przemian ze śpiewem. Po nabożeństwie wszyscy odprowadzili mnie do domu śpiewając, tańcząc, klaszcząc. Było to bardzo wzruszające.

Przez chwilę pozostałem z nimi, a potem, chyba grubo po północy wszedłem do domu. Śpiewy jednak nie ustawały. Zastanawiałem się skąd u tych ludzi słabych, głodnych i zmęczonych, tyle siły i radości. Przecież wielu z nich przybyło z wiosek odległych o 15-20 km. po całodziennej pracy na plantacjach przy temperaturze 40 stopni. Przybyli nie samochodami, ale pieszo. Trudno było powstrzymać się od wzruszenia. Nic więc dziwnego, że nie mogłem zasnąć, a do tego wszystkiego komary, które mnie szczególnie polubiły.

Nazajutrz już od godz. 500 był ruch wokół mojego domu. To ci z najdalszych wiosek przybyli, aby się wyspowiadać oraz uczestniczyć we Mszy św. Wiedząc, że później w ciągu dnia nie odmówię Brewiarza, wstałem wcześniej, aby to uczynić. O godz. 600, sam szef przyszedł z miednicą i wodą, abym się umył. Przyniósł również śniadanie, a właściwie przegotowaną wodę. Kawę miałem ze sobą, którą wypiliśmy wspólnie i to wszystko. Na godz. 700 poszedłem do kaplicy, aby spowiadać. Opanowałem na pamięć kilka określeń grzechów oraz krótkie pouczenie. Myślę, że chyba ich dobrze wyspowiadałem. Spowiedź trwała do godz. 10°°. Przed Mszą św. jeszcze odwiedzałem chorych. Cierpią w okropnych warunkach. Leżą po prostu na ziemi, wyschnięci, powykrzywiani, bez opieki. Okropny widok.

Tak więc Mszy św. nie mogłem rozpocząć o ustalonej godzinie. Ale to nikomu nie przeszkadzało. Msza św. trwała 2-3 godziny. Pewnie zapytacie, co robiłem tak długo. To nie ja - to oni, śpiewają i tańczą. Najdłużej trwała procesja z darami i składka. Tutaj mają najwięcej radości. Po Mszy św. znowu procesjonalnie odprowadzają mnie do domu. Tutaj spotkanie z katechistami. Lubią dyskutować, przedstawiają swoje problemy itp.  

Po spotkaniu jeszcze trzeba być "lekarzem" ciał. Przychodzą po lekarstwa. Przychodzą też po medaliki, różańce, obrazki. Nie wszyscy mogli je otrzymać, bo z tymi przedmiotami kultu tutaj jest największy kłopot.

Około godz. 15°° mogliśmy zasiąść do obiadu. Przygotowali co mogli i co mieli, a więc mimo pewnych oporów spożywałem to co podali. Po godz. 16°° wyruszałem do następnej wioski. Po drodze spotykałem ludzi wracających po Mszy św. do domów.  

Zatrzymywali się. Widać było, że byli zmęczeni, ale ciągle radośni.  

Podobnie było w następnych wioskach. Po tygodniu wracałem do Loulombo zmęczony, ale przede wszystkim szczęśliwy, iż mogłem być z tymi ludźmi, że mogłem im dać Chrystusa pod postacią Chleba i przekazać Radosną Nowinę. Myślałem wracając, że nieco odpocznę w Loulombo. Niestety, zaraz na drugi dzień pojechałem do Nkayi, bo tak zadecydował Biskup.

W Nkayi pracuję przy kościele katedralnym oraz uczę się tutejszego języka. Opiekuję się ministrantami oraz grupami kobiet z "Legionu Maryi". Przygotowuję każdego tygodnia dla nich kazania. Odwiedzam też w parafii, jakby dzielnicę, które mają swoje kaplice, gdzie zbierają się wierni każdego tygodnia w środę.

Obok naszej misji jest też szpital, gdzie udaję się z wizytą, by zanieść chorym Pana Jezusa. Warunki są okropne. To nie szpital, ale "stodoła", gdzie leży kilkudziesięciu chorych.

Przygotowywałem także uroczystość święceń diakonatu oraz poświęcenia groty Matki Bożej z Lourdes. Każdego dnia pracuję w biurze, gdzie spotykam się z ludźmi, którzy przychodzą z różnymi problemami.

Nigdy też wokół biura nie brakuje dzieci. Ich obecność jest czasem uciążliwa, bo po prostu przeszkadzają. Wszyscy chcą medaliki, różańce, obrazki. Trochę miałem tych przedmiotów z sobą, a więc rozdałem. Przez następne kilka dni przychodzili dziesiątkami:  

„Ojcze daj nam medaliki... itp". Z bólem musiałem odpowiadać, że nie mam. Mamy też inne problemy, jak chodzenie do czarowników. Każdego tygodnia są zgony z powodu wyroku wydanego przez czarownika. Poligamia, to również niemały problem. Wielość religii, również nie pomaga w duszpasterstwie.

Będę już kończył. Przepraszam, że tak się rozpisałem o sprawach banalnych. Ale cóż, dla mnie wszystko jest nowe i ciekawe. Piszę ten list już po świętach, które przeżyłem też inaczej niż w Polsce. Mimo to ośmielam się przekazać Wam oraz Kapłanom współpracownikom najlepsze życzenia. Proszę je przyjąć mimo opóźnienia. Niech Chrystus Zmartwychwstały darzy Was zdrowiem, radością, pokojem i obfitością swoich łask.  

Szczęść Boże. Alleluja

Ks. Józef Kiwior,
Kongo-Brazzaville,
Głoście Ewangelię 1988 (4), s. 21 –26.  

Ps. Dziękuję serdecznie za modlitwy, jakie zanosicie do Boga w intencji misji i misjonarzy. Oczekuję też na list, jeżeli znajdziecie trochę czasu. Pokornie proszę o dalsze modlitwy, bo wiem i głęboko wierzę w ich skuteczność. To dzięki nim czuję się dobrze, mimo, że malaria zaatakowała mnie po powrocie z buszu. Był to „chrzest bojowy". Przeżyłem i Bogu dzięki już jest dobrze.