Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Stanisław Pawłowski

„JAK TO NA WOJENCE ŁADNIE!”… (W OYO)  

Praca księdza i nawet sam pobyt we wioskach odległych od głównej misji o 70-100km jest wyczerpujący. Po paru dniach nieobecności w swoim mieszkaniu i we własnym łóżku
z trudem „przychodzę do siebie”. To tak, jakbym powracał z zaświatów. Zanurzając się
w Alimie rwącej potężnym nurtem obok zabudowań misji, czuję jak spływa ze mnie kurz, pot i parogodzinna jazda w sawannie rozedrganej żarem słonecznym lub w lepkiej, zatęchłej i dusznej dżungli tropikalnej.

Ogromne napięcie owych dni i znużenie starymi, i ciągle powracającymi problemami ludzi żyjących w izolacji od reszty świata gdzieś tam daleko w lasach, teraz unoszą czarne wody Alimy. To są moje wakacje i mój powrót do siebie, do domu. Jestem ciekawy, jak taką podróż – wyprawę misyjną, przeżywają siostry zakonne. Wprawdzie wszystkie są młode,
a niektóre nie tak dawno przyjechały do Konga, pełne entuzjazmu, planów i zapału. To prawda. Ale jak one znoszą wielogodzinne jazdy pirogą, dłubaną w jednym pniu drzewa? Albo motorem po wąskich, pełnych dołków ścieżkach? Albo marsz z pakunkami i różnymi tobołkami na plecach, w pełnym słońcu tropikalnym?

Nie jest tak łatwo urządzić sobie posłanie na noc, mając do dyspozycji parę drągów
i kilkanaście świeżo uciętych kijów, no i wór wypchany trawą. Przynosi ten cudowny materac z jakiejś chaty nasz opiekun, u którego zwykle zostawiam też skrzynię zawierającą dwie lampy naftowe, parę garnków, sztućce, dwie siatki ochronne przeciw komarom (draństwo atakuje w nocy, podczas snu). Jest też parę konserw pozostawionych specjalnie dla przybywających zgłodniałych misjonarzy – gdyż na jedzenie od ludzi w tym dniu nie ma co liczyć. Może potem, gdy znajdą w dżungli odpowiednie jarzyny i owoce, a w wiosce uda się złapać jakiegoś większego koguta.

Wracając do owego materaca przyniesionego z wioski. Oczywiście jest to własność kolektywna jakiejś rodziny. Zwykle śpi na nim ten, kto pierwszy zdobędzie miejsce. Zwykle dzieci. Lepiej nie oglądać go zbyt dokładnie, ale mniej więcej ułożyć się płasko na rusztowaniu z patyków, wygładzić w jednym kącie, zaciągnąć siatkę przeciw komarom, przybijając ją drewnianymi kołkami do glinianej ściany (w całej wiosce trudno znaleźć jakiegoś gwoździa). Następnie aerozolem owadobójczym dokładnie opryskać owo łoże i wszystkie kąty pomieszczenia, i dziury w ścianach i glinianej polepie. Przy okazji polowanie na „drobiazg” jest pewne. Skorpiony i skolopendry są odporne na wszelkie opryskiwanie i długotrwałe okadzanie, tak jak „na starym proboszczu nie robi wrażenia dym
z kadzidła”. Jedyna skuteczna metoda na owe kongijskie straszydła to „ogień i miecz” czyli „pal i bij” to co się rusza.

Potrzeba dużo humoru (i często zamykać oczy) w czasie przygotowania posiłków na ognisku, w tzw. kuchni u naszej starej babci-sąsiadki. W tej szopie z patyków, która jest zbiorową kuchnią dla jednej rodziny, czekają na jedzenie całe tabuny dzieci. Czekając cierpliwie, wędzą się powoli a skutecznie. Oprócz dziadka, któremu zmarło się na jesieni 1987 roku, tłoczą się wokół babki kobiety w średnim wieku – być może żony sąsiada? Dopiero co wróciły ze szkoły i zdaje się, że mają spory apetyt, bo chodzą od garnka do garnka i sprawdzają co tam jest.

Prymitywne warunki takiej eskapady do innego świata nie są wcale atrakcją, a to, co przynosi dzień, nie wprawia w zachwyt. Darmo szukać smaku wielkiej przygody i egzotyki.  

Nie jest łatwo rozpoczynać wciąż od nowa naukę katechizmu, zwłaszcza ze starszymi. Dla nich język lingala (jeden z trzech urzędowych w Kongo) jest tak samo obcy i nowy, jak dla mnie. Zwłaszcza język liturgiczny, pojęcia katechizmowe itp. Oni przyswajają sobie obcobrzmiące pojęcia na pamięć. Jak w szkółce muzułmańskiej! Nie pojmują, ale naśladują dźwięk i rytm recytacji. Taki styl nauczania i wyniki zwłaszcza, doprowadzają mnie do potwornego zniechęcenia. Trzeba by było z nimi mieszkać w wiosce i tak dzień po dniu uczyć metodą muzułmańską.

Przez kilka miesięcy nieobecności misjonarzy w wiosce, dzieci i młodzież zapomnieli nawet znaku krzyża św. Bo świecki katechista, mający ich gromadzić każdej niedzieli w kaplicy, wybrał się już dawno na połów ryb i być może wróci za parę tygodni.  

 Nie jest łatwo wytrwać te kilka godzin siedząc na drągach zastępujących ławki i ucząc dziewczęta i kobiety trzymania igły, nawlekania nici, prawidłowego łatania i cerowania odzieży.

Trzeba też odwiedzić ubogich i opuszczonych w wiosce. Nie brakuje kalekich dzieci (dziedzictwo Heine-Medina lub też niewłaściwie dany zastrzyk przez niedouczonego pielęgniarza). Czekają starzy i chorzy tam, gdzie nie śni się nikomu o najbardziej prostej przychodni zdrowia. Jeden Pan Bóg wie, ile lekarstw, odzieży i żywności przenieśli na własnych ramionach misjonarze!

To wszystko ku większej chwale Boga, któremu służą z radością. Nie brak w codziennej pracy tej radości, czasem nawet sporej dozy humoru. Z naszą babcią - sąsiadką i nauką śpiewu pieśni religijnych, mamy najbardziej zabawne momenty podczas pobytu w wiosce !

Nasza babcia w codziennej pracy, wśród wielu rzeczy dostrzeżonych u białych, nie może pojąć np. sposobu przyrządzania jedzenia. Według jej pojęcia /i tak jest rzeczywiście/,to do przygotowania posiłku konieczne jest, aby kobieta poszła wcześnie rano do lasu i tam poszukała czegoś zdatnego do jedzenia. Mile widziane są liście manioku, orzeszki palmowe do przyrządzania oleju roślinnego, kilka bulw manioku, całe wiązki kwaśnego szczawiu. Może uda się znaleźć jakąś kiść banana lub nawet ananasa? Parę owoców żółto-zielonych, niesamowicie kwaśnych i to wszystko.

Następnym warunkiem do przyrządzenia posiłku jest organizacja transportu tych bogactw z dżungli do wioski. I tu nie ma trudności! Najprostszym i najbardziej tanim środkiem transportu! Po 40-45 kg ładunku w dużym koszu na plecach, jedna za drugą, objuczone jeszcze dodatkowo wiązką suchego drzewa na ogień, idą kobiety, cierpliwie w skwarze lub deszczu z bardzo daleka, nieraz pięć, nieraz osiem kilometrów.

Z kolei trzeba jarzyny posiekać na drobne kawałki, utłuc solidnie na miazgę w drewnianej stępie/ no i przy tym mała chwila relaksu wraz z innymi sąsiadkami bez przerwy gadu - gadu, bo bez tego jedzenie nie byłoby smaczne. Z bulw manioku, po odpowiednim przygotowaniu i gotowaniu, otrzymać można codziennie jedzoną (tak jak w Polsce chleb) porcję nijakiego w smaku, ale za to dobrego „zapchaj żołądek", owego popularnego kongijskiego chleba codziennego.

Dobrze jest, jeśli głowa rodziny wraca z polowania przynosząc mięso. Njama! Njama! (mięso), krzyczą dzieci. Smutno jest, jeśli ojciec nie znajdzie ani jednej ryby w zastawionych sieciach czy przemyślnie skonstruowanych pułapkach, ustawionych w leśnych strumykach. Smutno i głodno. To jest smutek tropiku.  

  A nasza babcia - sąsiadka nie może nadziwić się i wprost wpada w zachwyt na widok małej torebki, w której biali trzymają jakieś „nkisi" (w j. lingala = „czarodziejskie ziele, cudowna przyprawa, lekarstwo"). No bo któż to widział, żeby taką małą ilością tego cudownego proszku wsypanego do wrzącej wody i to niekoniecznie do dużego garnka, można nakarmić ludzi? Jak się to dzieje, że to „nkisi" białych cudownie rośnie i gęstnieje, a w smaku jest nawet znośne, w miarę słone i co najważniejsze - jadalne!

No nie! Ci biali są rzeczywiście czarownikami. Bez pracy, bez trudu, bez chodzenia po lesie, bez długotrwałych przygotowań mają jedzenie! A że to nazywa się zupa - to nie jest ważne dla babci. Może też z powodzeniem nazywać się „pondu"- czemu nie? Dla babci ważny jest napchany żołądek. Widocznie jeżeli biali nie poginęli od tej zupy, to znaczy, że ona im służy i to dobrze! No popatrzcie - taki père Stan. Któryż inny z czcigodnych ojców misjonarzy ma większy brzuch od niego? Odpowiadam: błogosławiony mąż, który przywykł już do tego.

Wielką uciechę mają małe dzieci przy tym gotowaniu zupy. Śledzą dokładnie wszystkie fazy tej operacji, np. rozrywanie torebki, mieszanie w garnku itp. Zapalczywie dmuchają w ogień ze wszystkich stron, byleby ta zupa szybciej już ugotowała się. W rzeczywistości czekają tylko na finał - to znaczy, na garnek pozostawiony do umycia. Palcami powoli zbierają resztki zupy ze ścian garnka i smakują. Może to i dobre... Chociaż ta gęstość jest podejrzana i coś im przypomina. Wystarczy jedno słówko szepnięte przez małego łobuziaka i nagle wszystkie dzieci rozbiegają się z wielkim śmiechem, pokazując palcami największego łakomczucha, który najwięcej najadł się tej zupy.

Następnym elementem, wnoszącym trochę radości do naszego pobytu w wiosce, jest nauka śpiewu pieśni do Mszy św. lub też na dany okres roku liturgicznego. Wszyscy starają się śpiewać głośno, ale niestety w jakichś przedziwnych tonacjach. Widocznie mają „inne ucho" no i inny fason śpiewu. Śmiejemy się, że ich skala melodyczna składa się z trzech podstawowych dźwięków, tak jak u starożytnych ludów. Tradycyjna muzyka kongijska jest przeraźliwie uboga w dźwięki, polega przecież na rytmie, a nie na harmonii dźwięków! Z rytmem to dosyć jeszcze radzą sobie klaszcząc w dłonie, ale ten śpiew...

Mój Boże! Jakże w tej chwili nie dziękować Ci, że dałeś wielką szansę pięknym i kolorowym ptakom, obdzielając je przeróżnymi, a miłymi dźwiękami. Ale też dzięki Ci za to, że nie zapomniałeś o innych Twoich stworzeniach, jak np. o słoniach, hipopotamach… Im też dałeś dużo możliwości. Każde Twoje dzieło otrzymało hojnie w miarę swoich potrzeb i przeznaczenia, by wielbić Ciebie.

Nawet nie wiem dlaczego po wyjściu z Alimy zacząłem gwizdać dawną melodię o ułanie na wojence. Podobno jemu też „było ładnie" (może dobrze?) na tej wojence. Raźniej przesypuje się piasek pod nogami ....W Oyo nie jest źle!                

Ks. Stanisław Pawłowski
 Kongo-Brazzaville,
Głoście Ewangelię 1988 (2-3), s. 47-54.