Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Stanisław Pawłowski

„PAN DAŁ NAM WSZYSTKO.
A TERAZ WSZYSTKIEGO POZBAWIŁ.
NIECH IMIĘ JEGO BĘDZIE BŁOGOSŁAWIONE!”

Cytuję słowa proboszcza jednej z pierwszych placówek misyjnych na północy Kongo, tuż obok równika /180 km/. W styczniu 1899 r. francuscy misjonarze-zakonnicy, nad brzegiem dużej rzeki Alima, w miejscowości Tsambitso, założyli stację misyjną pod wezwaniem św. Redegondy. Nie wiem, czy ta jedna szopa sklecona z patyków, bambusów, a pokrytą liśćmi palmowymi, zasługiwała na szumną nazwę placówki misyjnej. No, ale trzeba było od czegoś zacząć, gdzieś zamieszkać. Po dziś dzień w taki sposób klecą swoje chałupy mieszkańcy tej okolicy. Chodzi o schronienie przed deszczem i słońcem. W nocy, w jednym wielkim pomieszczeniu, na plecionkach z bambusów, ułożeni jak sardynki w konserwie, śpią w gromadzie dzieci i starsi, grzecznie zwróceni nogami do ogniska palącego się dzień i noc pośrodku owej izby-sypialni. W dzień jest to rodzaj kuchni. Razem z małymi dziećmi raczkującymi po klepisku, spacerują kury, psy, a czasem też zaglądają łakome kozy, szukające w kącie uschniętych liści i rzuconych niedbale wyłuskanych z ziarna kolb kukurydzy.  

Ale ówcześni mieszkańcy wioski Tsambitso potraktowali poważnie przybycie białych brodaczy, dziwacznie ubranych w białe worki /sutanny/, przepasanych potrójnie czarnym sznurem. Nader poważnie nawet, nadając temu wydarzeniu rangę historyczną. Po dzień dzisiejszy wszyscy tubylcy wywodzący się z tej wioski – wspomnę tylko, że min. jest obecnie pięciu ministrów i cała plejada wyższych osobistości partyjnych – są dumni z tamtych przybyszów. Szczycą się tym, że do ich przodków – a nie gdzie indziej – przybyli biali misjonarze, wnosząc zmiany wprost rewolucyjne /założyli pierwszą szkołę, proklamowali zniesienie niewolnictwa, walczyli o równouprawnienie kobiet, zniesienie poligamii, założyli pierwszy szpital, wytyczali drogi przez bagna i przeprawy promowe przez rzeki itd./ Bp Augouard jest twórcą pierwszej dokładnej mapy żeglarskiej rzeki Kongo. Zyskał wówczas wysoko cenioną nagrodę Instytutu Kartograficznego w Paryżu.

Wróćmy do 13 września 1906 r. W strugach szalejącej tropikalnej ulewy, dwaj misjonarze przez kwadrans byli niemymi świadkami całkowitego spopielenia ich domu. Jedno jedyne uderzenie pioruna w czasie tej burzy. Stali niemi tak, jakby ich samych poraziła pioruńska szybkość destrukcji. Zdążyli tylko wynieść Najświętszy Sakrament z pomieszczenia służącego jako kaplica. W jednej koszuli i spodniach, boso i z Najświętszym Sakramentem w małej puszce, ówczesny proboszcz ks. Pedron wypowiedział owe słowa zacytowane przeze mnie na samym początku. Nie wiem co mu odpowiedział jego kolega po fachu ks. Freto. Z pewnością nie miał wesołej miny.

Prawdę rzec trzeba, że założenie misji p/w. św. Radegondy w Tsambitso nie zbiegło się z tym tragicznym uderzeniem pioruna ani też to nie był jakiś znak szczególny dla całości sprawy. Cofnijmy się do stycznia 1899 r.

Według obowiązujących w tej epoce tradycji należało uklęknąć na ziemi, ucałować ją i po odmówieniu odpowiednich modlitw na klęcząco, pokropić wodą święconą cały teren przyszłej misji. Tak też zrobili pierwsi zakonnicy-misjonarze w Tsambitso. Do pracy apostolskiej na tej ziemi pogańskiej i dzikiej, został przeznaczony jeden kapłan i dwóch braci zakonnych. Podam tylko fakty i parę ważniejszych wydarzeń, pozostawiając komentarz i wspomnienia przekazane w dzienniku misji na późniejszy czas.  

Rok 1903 zaznaczył się bolesnymi stratami wśród personelu misyjnego. Malaria w ciągu paru dni zabrała 2/3 stanu osobowego. W maju, po tygodniu zmagania się z gorączką tropikalną zmarł Francuz, ks. François Mauger lat 33 ! W czerwcu, po trzech dniach silnej gorączki zmarł Holender z pochodzenia, brat zakonny Meinrad – lat 23 ! /Był najmłodszy/. Obydwaj misjonarze spoczywają na cmentarzu obok kościoła. Zbudowany z drewna, po paru latach zawalił się, zjedzony przez termity, atakujące bez pardonu suche drewno. W tamtejszych czasach nie znano lekarstw przeciwko groźnym tropikalnym chorobom dziesiątkującym ludzi na sposób epidemii. A co tu dopiero mówić o środkach konserwacji drewna!

Wspomnę, że obecnie, w 1989 r. potrzebowałem na konserwację konstrukcji drewnianych tylko 4 beczki zużytego oleju samochodowego /800 l.!/, 1 beczkę nafty /200 l./ i jedną beczkę benzyny /200 l./. Te wszystkie składniki razem zmieszane dają dobre i skuteczne rezultaty, ale tylko na krótki czas. Następnego roku już te kochane białe mrówki znaczą swoje ślady na murach i pną się w górę konstrukcji dachowej. Można w porę zapobiec takiemu atakowi, bo wszystkie trasy swego przejścia termity pokrywają gliną, tworząc obszerne tunele. W środku bez przerwy biegną mrówki w jednym kierunku – z ziemi do góry, do suchego drewna. Można zapobiec atakowi termitów wtedy, kiedy ktoś mieszka stale w domu i wówczas tylko, kiedy do konserwacji ma się tylko jeden budynek. W naszej parafii na terenie 10-110 km. mamy aż 9 kaplic. Do niektórych docieram raz na trzy miesiące! Powiecie: no dobrze, ale w wiosce są ludzie i ci mogą dopilnować kościoła i konserwować drewniane elementy /drzwi i okna szczególnie/. Owszem, mogą i to bardzo chętnie. Kiedyś parę razy w różnych miejscowościach prosiłem tamtejszych katolików, żeby dbali o kaplicę, o budynek kościelny. Wszyscy mi grzecznie przytakiwali. A jakże! Będą pilnować, w niedzielę będą się sami modlić, nawet znaleźli się chętni do nauczania katechizmu. Zostawiłem im 30 litrów mieszanki do konserwacji drzwi i okien. Klucze do kościoła także, książki do katechizmu dla dzieci starszych klas szkoły podstawowej itd.

Po kilku miesiącach zastałem kaplicę zamkniętą na cztery spusty. W środku stoi beczka z mieszanką do konserwacji, obok rosną na klepisku jakieś trawy i nawet krzak piękny się zakorzenił. Owszem, dzieci nauczyły się modlitwy Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo... Całości katechizmu nie zdążyły się nauczyć bo wszystkie podręczniki „rozczytały palcami”, oglądając obrazki. Ale byłem naiwny! Czasami zapominam o tym. Oczywiście nie konserwowali drzwi, bo tego w wiosce nikt nie potrafi zrobić. Jak to nie potrafi? Zaczęli brać z beczki ten czarny olej i rękami mazać drzwi. Zdębiałem i zbyt późno zrozumiałem: przecież ja im nie pokazałem jak trzeba to robić! A oni sami nie potrafili posłużyć się pędzlem. Ten instrument leżał zakurzony na stołku obok beczki i wszyscy „adorowali” to narzędzie nie wiedząc czemu ono ma służyć. Było mi wtedy ogromnie przykro. Przeoczyłem małą, ale istotną rzecz.  

Zostawmy te drobne sprawy i powróćmy do tych początków założenia misji w Tsambitso. po tych dwóch zgonach misjonarzy w 1903 r. i po pożarze w 1906 r. ówczesny przełożony zakonników-misjonarzy, bp Prosper Augouard zamknął ową stację. Katolicy, dzieci ze szkoły /ok. 450 uczniów/ i wszyscy wykupieni niewolnicy /1500 osób przez 10 lat!/ poszli pieszo z ks. Maessard do sąsiedniej misji w Boundji. Szli pieszo owe 200 km przez cały tydzień. To było w 1909 r.  

Spotkałem jednego żyjącego jeszcze świadka tego exodus całej misji w Tsambitso. Stary, bardzo sędziwy Kongijczyk w 1978 r. opowiadał mi w Oyo, że jako mały chłopiec-ministrant szedł pieszo do sąsiedniej misji w Boundji razem z księdzem. Misja po wezwaniem w. Radegondy w Tsambitso istniała od 1899 do 1909 r. Odrodziła się w 1953 roku – ale to już nowy rozdział dziejów takiej małej stacji misyjnej, zagubionej w dżungli, nad rzeką Alima, blisko równika.

Wszystkich pozdrawiam serdecznie z Kongo.

Ks. Stanisław Pawłowski
Kongo-Brazzaville
Głoście Ewangelię
2-3(1989) s. 11-15.