Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Bronislaw Puchala

WCZASY OCEANICZNE – POINTE-NOIRE

Drodzy Czytelnicy!

Myślę, że nie tylko sympatycy misji, ale każdy przeciętny Polak słyszał i wie coś o Brazzaville, jako, że jest to stolica Conga, gdzie pracują polscy Misjonarze (Pery i Souery au Plateau). Ale śmiem wątpić czy jest wielu takich, którzy słyszeli lub znają Pointe-Noire, choć to też stolica tylko nie administracyjna, a ekonomiczna Conga.

Pointe-Noire to wielki, światowy port oceaniczny, który dla Conga jest bez przesady prawdziwym „oknem na świat”, gdyż cały eksport i import przechodzi właśnie przez Pointe-Noire. Zawijają tu nawet, od czasu do czasu, polskie statki w drodze do Angoli czy Afryki Południowej.

Pointe-Noire jest także źródłem finansowym dla Konga, najpierw przez cło, podbierane od przyjmowanych towarów, a następnie przez naftę, której tu właśnie znajdują się poważne złoża (podwodne lub oceaniczne pokłady ropy naftowej). Tędy też przychodzą morskie ryby i wychodzi kongijskie drzewo.  

Do 1925 r. Pointe-Noire to była mała wioska rybacka niczym niezasługująca na uwagę. To nawigatorzy Portugalscy, zawijający do sąsiedniej Angoli, nazwali tę osadę, widoczną z daleka jako bardziej czarną Puenta-Navera, czyli po prostu, czarny punkt.

20 km na północ było słynne centrum kulutralno-administracyjno-exportowo-importowe w Diosso-Loango, dokąd przybywali na przestrzeni wieków handlarze, misjonarze, badacze, expediatorzy, koloniści i wielu innych i skąd wyekspediowano ok. 2 mln czarnych niewolników na cały świat, a zwłaszcza do Ameryki.

Kiedy w 1925 r. Francuzi podjęli decyzję zbudowania prawdziwego portu dla ciężkich statków i okrętów decyzja wahała się pomiędzy Pointe-Noire a Loango. W końcu badania geologiczne wykryły mielizny w zatoce Loango i nie było dyskusji. Wielki port oceaniczny może być tylko w Pointe-Noire! I tak się to zaczęło.

Jedni budowali port, drudzy budowali miasto Pointe-Noire, jeszcze inni drogę żelazną do Brazzaville (ok. 600 km), a jeszcze inni szybko opuszczali swoje gdzieś tam lepianki prywatne czy służbowe i przenosili się do Pointe-Noire.

Dziś Pointe-Noire jest drugim, co do wielkości miastem w Kongo i liczy ok. 300 tys. mieszkańców, z których jedni żyją w nadmiernym luksusie, a drudzy choćby cała dzielnica Mbota (ok. 30 000 ha.) w nędzy, kurzu, smrodzie, bez wody, bez prądu, kanalizacji, sklepów i komunikacji.

W latach 70-tych zaczęto budować rafinerię podmorskiej ropy naftowej, której bogate złoża są tu właśnie wykryte. Przy budowie kooperacji międzynarodowej mieli także swój udział Polacy, specjaliści przemysłu naftowego.

W latach 80-tych dało to rządowi kongijskiemu miliardy franków CFA, za które powstała asfaltowa droga na Północ Nationale nr 2 z sześcioma mostami i wiele innych obiektów socjalnych, takich jak: szkoły, szpitale, sklepy, prąd, woda, budynki rządowe i admistracyjne.  

Dawniej z Pointe-Noire do Brazzaville szły regularne karawany piesze, które to transportowały na noszach, plecach, ramionach lub głowach, wszystkie towary z ludźmi włącznie. Dziś jest tu droga Nationale nr 1 bardzo trudnna miejscami do przebycia i równolegle do niej żelazna kolej CNSF.

Wsiadając w Pointe-Noire w pospieszny pociąg „Soleil” lub ekspresowy „Bleu” mamy zapewnione, co najmniej 10 godz. jazdy. Po drodze możemy zatrzymać się w Ludima u Jasia Piotrowskiego, skąd dalej samochodem terenowym w Dviénié (Kudłacz, Pazdan). Przechodzimy następnie urocze góry i lasy Mayombe po zboczach i nad przepaściami mosty, wiadukty, znów mosty i piękne widoki niczym na autostradzie słońca.  

Zwiedzamy cukrownię w Nkay, cementownię w Lutété i pozdrawiamy zakonników w La Bouanza, by wreszcie pożegnać polskich misjonarzy w Mindouli i na uroczej plebanii w Loulombo, po czym wysiadać w Brazzaville.

Oprócz wagonów osobowych, doczepianych do pociągów towarowych, są zwykłe, czyli normalne pociągi, a w nich klasy I i II, na dobrą sprawę niewiele różniące się między sobą, chyba jedynie tym, że w klasie I nie ma czworonożnych pasażerów, ale ścisk, bród smród prawie dokładnie taki sam. O miejscu siedzącym, mimo zapłaconej miejscówki, ani mowy.

Po otwarciu kolei żelaznej bardzo wielu ludzi znalazło pracę, zatrudnienie i płacę. Potrzeba, bowiem było i maszynistów, i konduktorów, sprzątaczy, sprzedawców i mechaników oraz wielu innych. Dziś po sprzątaczach, zamiataczach i mechanikach ani śladu, a i konduktorzy i maszyniści też nie ci sami. Po tamtych jedynie zostały legitymacje i bezpłatne bilety dla całej rodziny, z których wszyscy nieopieszale, bardzo dokładnie do dziś korzystają i to w klasie I ma się rozumieć. Jasne jest, że właśnie, dlatego, mimo dość wysokich cen, kolej kongijska jest bardzo nierentowna i w konsekwencji stan techniczny jest poniżej krytyki. Kongijczycy potrafią się jednak nawet tym chełpić mówiąc, że tylko oni są zdolni eksploatować tak marną i zniszczoną kolej, że biali by nawet z miejsca nie ruszyli. A to, że są wypadki i ofiary, odpowiadają zaraz, że i w Europie czy gdzie indziej ich nie brakuje, choć niby stan i poziom, i kontrola... itd... Nie trzeba dodawać, że różne usterki, przestoje z wykolejeniami włącznie, należą tu do całkiem normalnych zjawisk, prawie codziennych. Osobiście ten odcinek drogi ok. 250 km z La Bouanza do Brazzaville jechałem tylko 16 godzin, ale byli tacy, co jechali dłużej.

Z chwilą, gdy pociąg zatrzyma się na stacji, w mieście lub w polu, ludzie z pobliska korzystają natychmiast i robią mały commerce (handel) zwłaszcza owocami, maniokiem i czym się da. W takim układzie, choć pociąg stoi, nikt się nie denerwuje (z wyjątkiem białych), nie spieszy się, nie klnie, wszyscy wiedzą lub się spodziewają, że kiedyś, gdzieś tam dojadą, dziś czy jutro. Jutro czy raczej przyszłość dla Kongijczyków nie ma znaczenia, liczy się dziś. Niech żyją kochane koleje kongijskie …!

W okolicach Pointe-Noire czy raczej dokładnie mówiąc dawnego Królestwa Loango, znajdują się ślady pierwszej (na ziemi kongijskiej) wspaniale rozwiniętej misji katolickiej słynnego ojca Carrie'go, ze szkołą internatem i drukarnią włącznie. Dziś po starej misji został tylko dzwon i resztki fundamentów. Na terenie misji jest jednak nowy kościół, Małe Seminarium, nowe biskupstwo i kilka innych budyneczków. W 1983 r. na stulecie ewangelizacji były tu wielkie uroczystości, makieta, film, ołtarz polowy i tłumy ludzi. Są tu też wyeksponowane: grób i obelisk pamiątkowy bpa Carrie'go, grób jego następcy Deroué i jego wik. gen. P. Duparquet'a.

Nieco dalej, na małym wzniesieniu, słynny Monaster de Visitandines, czyli klasztor czarnych Wizytek, z o. Gabrielem, trapistą jako kapelanem na czele. Jest ich około 20, są miłe, uśmiechnięte i noszą krótkie /do kolan/ jasno-szare lub białe sukienki z krótkim rękawem i takież weloniki na głowie. Nie ma tu tradycyjnych kutych drzwi, jest zwykła siatka i ażurowe płotki, które oddzielają miejsce kontemplacyjno-modlitewne od reszty świata. Publiczna kaplica, nowocześnie urządzona z prezbiterium na dwa chóry do recytacji, co chwilę rozbrzmiewa śpiewem hymnów lub psalmów brewiarzowych. W środku kaplicy znajduje się: ołtarz murowany z łupanego kamienia wysunięty do przodu, dalej ławki dla przygodnych, zjawiających się tutaj od czasu do czasu przyjaciół, dobroczyńców czy krewnych którejś ze Sióstr czy też innych zwykłych śmiertelników.  

Na przestrzeni dnia są chwile głębokiego milczenia, że tylko śpiew ptaków i bzyczenie much można słyszeć dokoła, ale są i takie, że nic poza śmiechem nie słychać. Ora et labora – módl się i pracuj, to niepisane hasło Domu pod wezwaniem Jana XXIII papieża, założonego tu w 1965 r. Jest on żywym dowodem papieskiego aggiornamento na ziemi kongijskiej.  

Oprócz sadu, ogrodu i kur (3000), siostry robią srvive medyczny w ich przychodni lekarskiej dedykowanej Matce Chantale – świętej Założycielce Zgromadzenia. Mają też sklepik z odzieżą dla dzieci i różne afrykańskie pamiątki. Pieką też niezłe ciastka wg kolumbijskiego przepisu, jako kontynuowanie tradycji po jednej z Sióstr, córce cukiernika z Kolumbii, która tu przebywała jakiś czas.  

Średniej wielkości klasztorny dzwon, bez przerwy wyznacza i synchronizuje program dnia. Oto on:

6:00 – pobudka
6:30 – śniadanie
7:40 – modlitwy
8:25 – Laudesy
9:00 – praca i zajęcia
12:00 – Anioł Pański, obiad i rekreacja
13:15 – Horka i lektura dnia,
15:00 – Godzina brewiarzowa
15:30 – zajęcia i praca
17:45 – Nieszpory
18:15 – modlitwa
19:00 – Anioł Pański
19:10 – kolacja i rekreacja
20:35 – Kompleta
21:30 – gaszenie światła.

ks. Bronisław Puchała,
Kongo-Brazzaville,
Głoście Ewangelię
1 (1989) s. 45 – 50.