Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Stanisław Łacny

WSPOMNIENIA PIERWSZYCH DIECEZJALNYCH MISJONARZY (3)

Był pamiętny początek maja 1973 roku, kiedy opuszczaliśmy Paryż by po 9-cio godzinnym locie samolotem, przelatując 10.000 km ponad chmurami z krótkim lądowaniem w Libreville stolicy Gabonu wysiąść na lotnisku Maya - Maya w stolicy Ludowej Republiki Konga Brazzaville. Nazwa lotniska Maya -Maya nie ma nic wspólnego z pszczółką Mają, znaczy tylko tyle co Przyjdź - Przyjdź w języku tubylczym. I my przyszliśmy, a właściwie przylecieliśmy do tego "rozżarzonego kotła", bo tak nam się wydawało stąpając po roztopionym od gorąca asfalcie pokrywającym płytę lotniska. Nie mieliśmy wiele czasu na obserwacje. Najpierw radosne spotkanie z Biskupem Singha i kilkoma misjonarzami francuskimi, potem rozlokowanie się w hotelu dla księży znajdującym się koło katedry, pod wezwaniem Chrystusa Króla, a następnie uczta powitalna na plebanii przy kościele Św. Anny, wspaniałej świątyni nazwanej przez Kongijczyków II Katedra Kongijska. W czasie tej uczty zostaliśmy przedstawieni tzw. "śmietance kongijskiej" tzn. wielkim ludziom tego świata i Kościoła pracujących w stolicy, a pochodzących z diecezji naszego nowego biskupa. Spoglądaliśmy z zakłopotaniem na te czarne twarze i jeszcze przez wiele tygodni nie mogliśmy odgadnąć "która do kogo należy" bo wszystkie były w naszych oczach jednakowe. Podobno oni mają te same wrażenia przyjeżdżając po raz pierwszy do Europy.

W BrazzaviIIe tuż po przyjeździe przeżywaliśmy uroczystości związane z nadaniem godności Kardynała ks. bp. Emilowi Biayendzie. W świetnie zorganizowanej manifestacji religijnej na stadionie sportowym Ebone, mieszczącym się koło kościoła -Katedry Św. Anny brały udział nawet wszystkie Kościoły ekumeniczne (w Kongo mniej więcej tylko połowa ludności jest katolicka) i wielcy dostojnicy państwowi - nic dziwnego bo był to wielki honor dla Kościoła i Państwa Kongijskiego.

Za kilka dni zaprosił nas Kardynał do parafii Nganguani jednej z licznych w stolicy, z pięknym kościołem, którego ściany wewnętrzne zdobiły najpiękniejsze malowidła kongijskie przedstawiające sceny biblijne. Tutaj nasz kardynał udzielał sakramentu bierzmowania 200 kandydatom z rytuałem i w rycie kongijskim.

Po dwóch tygodniach pobytu w Brazaville, 29 maja 1973 roku udaliśmy się na Pomoc Konga do diecezji Fort Rousset celu naszej podróży, samolotem linii krajowych. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że te samoloty czasem spadają, jak zapomną dolać paliwa gazoliny do maszyny, czy też wycieknie im ten płyn w drodze. Mieliśmy pozostać 2 miesiące przy biskupie, by poznać z grubsza język kongijski lingala, którym posługiwano się zwłaszcza w liturgii na północy Konga.

W lipcu odbył się zjazd wszystkich księży, braci i sióstr pracujących w tej Diecezji, która wówczas obejmowała obszarem prawie połowę kraju. Biskup Singha przedstawił nas zgromadzonym i podał do wiadomości, iż obejmujemy Misję Oyo leżąca nad dopływem rzeki Kongo zwanym Alima. Misja ta by La zamknięta z powodu braku księży od 1971 roku. Na koniec biskup wręczył nam piękne terenowe auto produkcji angielskiej Land-Rover ku naszej wielkiej radości, bo myśleliśmy, że pieszo będziemy przemierzać w szerz i wzdłuż nasza rozległą Misję. To drogocenne auto to był przesłany dar dla pierwszych Misjonarzy polskich pracujących w Afryce od naszego rodaka kardynała Króla z Filadelfii.

Tym też autem udaliśmy się na oględziny naszej misji końcem lipca tegoż roku, w towarzystwie Wikariusza Generalnego Emila Okomou. Przed latami pracował on w tej misji, jak również dwóch biskupów kongijskich Benoit Gassongo i Georges Singha, a w początkowych latach traper ojciec Jean-Jean ze Zgromadzenia Św. Ducha.

Pierwsze spotkanie znasza misją było "nocne". Dojechaliśmy z Fort Rousset do pierwszej wioski w naszej misji w Oyo już po godz. 18.00, a jako że noc na równiku zapada cały rok podobnie o godz. 18.00, a ranek budzi się o 6.00 więc przy snopach światła padającego z reflektorów naszego auta odkrywaliśmy naszą nowa placówkę. Przedzieraliśmy się przez gęsty busz kierując auto zarośniętą piaskową drogą w kierunku kościoła, z którego wybiegały małe kózki kongijskie, bo w kościółku nie było drzwi, a w oknach widoczne były tylko dziurawe pustaki. Nadjeżdżając w snopie światła spostrzegliśmy zataczającego się staruszka, który wiózł na rowerze dymion kongijskiego wina zwanego "molengue". Myśleliśmy, że to podpity wraca z baru, jak to widzieliśmy nieraz wieczorami w naszej Ojczyźnie, wioząc swoje zapasy na następny dzień. Ale wkrótce przekonaliśmy się, że to nie był pijak, zresztą rzadko zdarzało nam się spotkać na drodze w Kongo pijanego, a już prawie nigdy leżącego. W tym wypadku był to całkiem trzeźwy, lecz w bardzo podeszłym wieku staruszek przewodniczący Rady Parafialnej, który wiózł wino na nasze spotkanie. Tam już przy kościele liczni nasi czarni Bracia i Siostry, mimo późnej godziny czekali z powitaniem wyciągając do nas przyjaźnie ręce i pokazując swe radosne twarze na których widoczne były przy migotliwym świetle lamp naftowych tylko duże śmiejące się oczy i białe zęby. Następnego dnia objeżdżaliśmy wioski naszej nowej Misji. Spotkanie przy tej okazji z umierającym staruszkiem opisano w 11 numerze "Echa z Afryki i innych kontynentów" z 1988 roku w artykule "Panie naucz nas modlić się..."

ks. Stanisław Łacny
 Mindouli-Kongo

Głoście Ewangelię 2(1995), s. 50-52
c.d.n.