Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Stanisław Łacny

WSPOMNIENIA (4)

Jako, że Kościół centralny nie miał jak dotąd nazwy, nadaliśmy mu Patronkę NMP Wniebowziętą i pod Jej opieką rozpoczęliśmy pracę. Jak ona wyglądała? Wystarczy popatrzeć na pracę księży w diecezji. Mało ona się różniła od naszej. Pracowaliśmy jako Duszpasterze, Szafarze Bożych Łask, organizując życie parafialne w 20 odwiedzanych wioskach. Stosowaliśmy naturalnie odmienne nieco metody pracy zważywszy, że przyszło nam ewangelizować lud z grupy etnicznej "Bantu", o religii tradycyjnej animistycznej, o innej zupełnie mentalności, innych zwyczajach, w ogóle o innej kulturze. Z czasem trzeba było ponadto spiesząc z posługą miłości okazać dużo cierpliwości, łagodności i opanowania. 

W pierwszych miesiącach po objęciu przez nas misji w Oyo mieliśmy miłą niespodziankę. Otóż młodzi przyjaciele, poznani w czasie pielgrzymki do Ziemi Świętej, przyjechali do nas spiesząc nam z pomocą w urządzeniu budynków mieszkalnych. Utworzyli nawet wnet potem 2 stycznia 1974 r. Komitet Pomocy Misjonarzom Polskim Ewangelizującym Kongo (CAMPEC), który podobnie jak my obchodził niedawno 20 lat swego istnienia, a zatem pomocy duchowej i materialnej udzielanej w późniejszych latach wszystkim misjonarzom polskim pracującym w Afryce. Może założenie dzisiaj takiego Komitetu w naszej diecezji nie byłoby tylko marzeniem? CAMPEC od pierwszych miesięcy swego istnienia przydzielił nam do pracy i utrzymywał finansowo przez kilka lat dwie osoby świeckie. Akcja ta była podstawowym bodźcem do jego założenia. Trzeba naprawdę docenić ten gest, bo w trudnych warunkach, jakich nam przyszło rozpoczynać naszą pracę misyjną był on dla nas wielką pomocą. Pielęgniarka Marie Beatrice Omer Decugis i profesorka Marie Jeanne Eglin zajęły się animacją katechetyczną, prowadziły kurs szycia, organizowały punkty sanitarne we wszystkich wspólnotach naszej misji przez nas odwiedzanych. Przybyły one zakładając, że pozostaną do czasu przyjazdu sióstr polskich.

W krótkim czasie po objęciu misji w Oyo, prosiliśmy gorąco biskupa Ablewicza, o polskie siostry. Okazało się, że Ordynariusz zwrócił się z propozycją wyjazdu na misje do sióstr józefitek z lwowskiego zgromadzenia, które miały w swoich regułach opiekę nad opuszczonymi, chorymi i najbardziej potrzebującymi. I tak nadszedł ten radosny dzień 14 grudnia 1975 roku, kiedy wyjechaliśmy na lotnisko w Gamboma, w misji leżącej 90 km od Oyo, by witać przybywające pierwsze siostry józefitki. Były to: s. Eugenia Świątkowska, s. Rozanna Krzyżanowska. Już od 11 listopada tego roku przebywały na czarnym lądzie w Brazzaville i do dnia dziesiejszego pracują pięknie i wytrwale na misjach. Ich pierwsza przełożona z Oyo s. M. Eugenia Świątkowska po 17 latach pracy na misjach obecnie jako matka generalna dzierży ster tego zgromadzenia.

Niedługo po przyjeździe Sióstr witaliśmy misjonarza świeckiego tym razem Polaka pana technika Mariana Jeża z Nowego Sącza, którego starszy brat ks. misjonarz Stanisław już od dwóch lat pracował w Oyo. Przybywał na razie na nasze zaproszenie, by podjąć dobrowolną pracę na terenie naszej misji w Oyo. Kiedyś w 1978 roku, miał - na mocy kontraktu z bp. Singha i z zapleczem finansowym organizacji niemieckiego episkopatu zwanej MISEREOR - zająć się sprawami technicznymi i budowlanymi na terenie całej diecezji, z siedzibą przy biskupie w Owando. Na razie na terenie naszej misji przystąpił do budowy wodociągu, z którego chciał korzystać nawet sam Prezydent Konga Sassou Nguesso, pochodzący z naszej misji. Statkiem z Brazzaville przez rzekę Kongo i jej dopływem Alima przypłynęły potężne słupy wysokiego napięcia, z których nasz pan technik Marian, rozpoczął budowę dzwonnicy dla otrzymanego pierwszego dzwonu, pierwszego z serii licznych dzwonów ofiarowanych prze 20 lat misjonarzom w Kongo i nie tylko w Kongo i to dzięki nieocenionej ofiarności naszych wiernych diecezji tarnowskiej. Przystąpił też do budowy budynków, które miały służyć do urządzenia nowoczesnej hodowli: króli, kaczek, kur i świń, jako że misja miała dać okazję tubylcom do nabycia tak rzadkiego w tym regionie mięsa. A następnie zajął się elektryfikacją naszego miasteczka, licząc na dwa agregaty, również dar diecezji tarnowskiej, przesłanych w skrzyniach drogą morską wraz z mieniem przesiedleńczym misjonarzy. Stało się to dzięki wspaniałemu zaangażowaniu misyjnemu dwóch naszych przyjaciół ks. Antoniego Poręby, kanonika honorowego Kapituły Katedralnej, wówczas ekonoma Seminarium Duchownego i prałata Eugeniusza Krężla pracującego w Kurii Diecezjalnej w Tarnowie. W późniejszych latach dzięki naszemu zaproszeniu, narzeczona naszego pana technika pani Krystyna przybywa do naszej diecezji, by podjąć pracę z młodzieżą. Niebawem zawarła ślub z panem Marianem w Kongijskim Kościele M.B. Wniebowziętej w Oyo przy dźwiękach tamtamów, śpiewu lokalnego chóru i rozmodlonej w kościele, a później wiwatującej w niebogłosy z radości wspólnoty naszych czarnych sióstr i braci.

Po roku pracy w Oyo jeden z nas tzn. ks. Andrzej Piotrowski objął sąsiednią misję Gamboma, a po odejściu ks. Stanisława Jeża do Brazzaville przyjechał do Oyo ks. Wojciech Mach. Po roku wspólnej pracy opuściłem Oyo, by objąć nową misję, w której do dzisiaj pracuję, leżącą na południu Konga - Minduli. Na moje miejsce w Oyo przyszedł ks. Stanisław Pawłowski. Niedawno zamieścił pierwszą część swych wspomnień w dwumiesięczniku "Papieskie Intencje Misyjne" w artykule: „Miałem dwóch czarnych Ojców”. Z pewnością jego drugim ojcem był biskup Georges Singha. Myślę, że jego dalsze wspomnienia będą kontynuacją moich. Cieszę się, że właśnie on je dalej poprowadzi, jestem bowiem pełen podziwu dla jego gorliwej pracy misyjnej. A ja powracam na Czarny Ląd, do swoich, do mojej drugiej Ojczyzny, gdzie czeka na mnie lud, który pokochałem wraz z jego trudnościami, problemami i zwyczajami. Chciałbym jak najdłużej wśród niego pracować, ale na razie stawiam sobie pytanie, czy dożyję 25-lecia naszych diecezjalnych misji?

ks. Stanisław Łacny
Kongo-Brazzaville,
Głoście Ewangelię 3(1995), s. 47-49
c.d.n.