Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Ks. Stefan Wal

 KSIĄDZ STEFAN WAL WSPOMINA MINIONE 21 LAT PRACY MISYJNEJ

W Kongo wylądowałem nad ranem, 5 lipca 1974 r., jako piąty z grupy księży fidei donum z diecezji tarnowskiej. Pierwsze moje miłe zaskoczenie to wiadomość podana w samolocie przed wylądowaniem, że temperatura w Brazzaville wynosi 14° C. Na lotnisku czekał na mnie wysłannik ze zgromadzenia ojców spirytynów, który odwiózł mnie do ich domu będącego hotelem dla księży. Ksiądz Jeż, który przyjechał po mnie z Oyo, zaatakowany przez malarię, musiał zostać w łóżku. W Brazza spędziłem kilka dni zwiedzając miasto i pobliskie misje. Wyjazdy te inspirowane były głównie przez ojca prokuratora Francuza, który okazywał bardzo dużo sympatii nam Polakom. Tu też spotkałem mojego nowego księdza biskupa, który mnie przyjął bardzo serdecznie. On też zadecydował, że dalszą podróż odbędę samolotem. Druga podróż mogłaby trwać 2-3 dni (500 km). Do tej podróży podchodziłem dwa razy, gdyż w pierwszym dniu w ostatniej chwili zgłosiła się ekipa służby zdrowia (Chińczycy), którzy pracowali w szpitalu w Fort-Rousset i im dano pierwszeństwo. Inni, jak ja, z lotniska musieli wrócić do domu.
 
Fort-Rousset (dzisiaj Owando), stolica największej z trzech istniejących wówczas diecezji, obejmującej całe północne Kongo, była w tym czasie w opinii białych jak Sybir dla Polaków. Wystarczyło, że ktoś z nich zapytał mnie dokąd idę, a ja odpowiadałem, że na północ, by rozmowa urwała się, a na mnie patrzono z politowaniem. Tu jednak znalazłem atmosferę świąteczną. Diecezja przygotowywała się do święceń kapłańskich. Był to w tym czasie rzadki wypadek. Ostatnie święcenia odbyły się przed trzema laty. Są prawie wszyscy księża pracujący w diecezji, zgromadzeni na tygodniowych rekolekcjach, siostry zakonne. Przyjeżdżają goście, delegacje z całego kraju. Już pierwszego wieczora francuscy księża zaprosili mnie „jako swojego” na piwo do jednego z licznych barów. W barze egzotyka, nie widać przysłowiowej biedy, ani też piętna potępienia północy.
 
Na święceniach pierwsze miejsca zajęte były przez najwyższe władze partyjne. I tak było już na wszystkich uroczystościach religijnych. Oficjele partyjni siedzieli wyciągnięci na fotelach, od czasu do czasu ziewając głośno i przeciągając się. W rewanżu - ks. biskup zawsze brał udział w ich manifestacjach. Długa procesja z darami ofiarnymi, delegacje składały nowemu księdzu ofiary, nierzadko kozy, barany, świnie, ryby, kury, kaczki, gołębie. Nieśli również swe koperty przedstawiciele partii.
Mój pobyt w Owando był przeznaczony na adaptację, poznanie miejscowych warunków i naukę języka lingala i kontynuowanie francuskiego. Wikariusz generalny, który zobowiązał się nauczyć mnie lingala, tylko jeden raz znalazł na to czas. Podobnie było z językiem francuskim. Najwięcej czasu spędzałem z księdzem Wojciechem Machem, z którym raczej utrwalaliśmy język ojczysty. Większe osiągnięcia były w adaptacji. Posmakował mi maniok, wszystkie jarzyny, sałatki. Nie przełamałem się do małpy, boa, różnych robali, gąsienic i termitów (mrówki). Z żółwia wybierałem tylko partie bez tłuszczu i próbowałem ryby czy dziczyzny. Ale ucieszyłem się, gdy pod koniec sierpnia wezwał mnie ksiądz biskup i oświadczył, że przeznacza mnie do Gamboma, gdzie został tylko proboszcz. Tam wybrałem się po kilku dniach, korzystając z samochodu księży z Oyo, którzy przyjechali do Owando. W Oyo czekałem na dalszą okazję i zatrzymałem się kilka dni. Było to praktyczne zapoznanie się z pracą misji. Dnia 8 września nadarzyła się okazja do Gambomy. Skorzystałem z niej aby zakończyć ostatni etap mojej podróży na misje.
 
W Gamboma przyjął mnie diakon Franciszek Edzia (Kongijczyk), poczęstował mnie obiadem, wskazał mieszkanie, oznajmił, że na misji jest jeszcze ksiądz Andrzej Piotrowski, który zastępuje nieobecnego proboszcza. Tak zaczęło się moje misyjne życie.
Gamboma to jedna z najmłodszych misji. Została założona w 1956 roku przez zakonników ze zgromadzenia Ducha Świętego, którzy zarządzali nią do 1972 r. W tym też roku, na skutek zamieszek politycznych opuścił Kongo jej założyciel ojciec Robert Haffmann, Holender, zostawiając tam swojego wikariusza - Kongijczyka. Po roku, tenże wikariusz ks. Hervé Itoua, został powołany na rektora małego seminarium w Makoua, a w sierpniu 1983 konsekrowany na biskupa diecezji Ouesso, w której pracuje obecnie ks. Józef Ziobroń, pełniący również funkcje wikariusza generalnego tej diecezji. Do Gambomy na miejsce księdza Hervé został mianowany ks. Noël Onze. Nie pozostał długo. Zagrożony, napadany przez jednego z parafian, złożył rezygnację. Ja go zastąpiłem. O powodzie jego odejścia ksiądz biskup jednak nic mi nie powiedział.
 
Misja ta rozciągała się na przestrzeni 150 km na południe, 150 km na północ i 50 km na wschód. W samej Gambomie był nowy kościół wyposażony w sprzęt i szaty liturgiczne. Plebania z mieszkaniami dla trzech księży i pokój gościnny dla przejeżdżających. W kuchni była lodówka na naftę. Cała plebania umeblowana. Mieszkania podwójne. W sypialni woda bieżąca z prysznicem. Osobno były zbudowane: kuchnia, stolarnia, garaż i kurnik. Na misji był zatrudniony stolarz, który był również katechistą. Okazał się najważniejszą osobą w misji.
 
Były też dwie siostry Francuzki ze zgromadzenia Świętej Rodziny. Jedna z pochodzenia Polka, druga z pochodzenia Ukrainka.
W terenie są liczne kaplice, wybudowane przez francuskich misjonarzy, lecz w tym czasie nikt nie wizytował wiosek. W misji brak środka lokomocji. Duży samochód porzucony na 110 kilometrze od Gambomy z zatartym silnikiem. Drugi - mały, w tym samym stanie - jakieś 70 km od Brazzaville. Siostry dysponują swoim Land-Roverem, ale same są już zmęczone, aby podejmować uciążliwe i kosztowne wyprawy w teren.
 
W dniu mojego przyjazdu do Gambomy pod wieczór przybył tu wikariusz generalny Emile Okoumou. Zarządził zwołanie rady parafialnej i na tym zebraniu ogłosił, że ks. Noël nie wróci do Gamboma, a proboszczem został zamianowany ks. Andrzej. W ten sposób druga misja w Kongo stała się „polską”. Nie całkowicie, gdyż został diakon Franciszek, najpierw nauczyciel, kierownik szkoły, lecz dla kapłaństwa zrezygnował ze swojej pracy nauczycielskiej.
 
Zaczyna się organizacja całej misji. Kontynuuje się hodowle baranów, zakupuje się kury rasy europejskiej, zakupuje się nawet świnie. Organizuje się sprzedaż paliwa, głównie nafty i benzyny. Ale dopiero zorganizowana przez ks. Andrzeja sprzedaż leków czyni misję częściowo niezależną finansowo. Dużą też pomocą stały się paczki przysyłane Andrzejowi z Dębicy z parafii NMP, skąd wyjechał na misje. Brak jednak środka lokomocji nie pozwala na wyjazd w teren. Dopiero przysłanie mi składki przez ks. proboszcza, któremu pomagałem na święta wielkanocne w czasie mojego pobytu we Francji, umożliwiło mi zakup motoroweru i wyjazd w teren. Wybrałem sektor południe z ośrodkiem w Ngo. Sektor ten obejmował teren rozciągający się 70 km na południe, 30 km na północ, 60 na wschód i 60 na zachód. W samym Ngo była kaplica murowana z jednym pokojem dla księdza. Mały domek, wybudowany przez siostry z Gamboma, służył mi za mieszkanie. Siostry przed moim wyjazdem do buszu oświadczyły, że oddają ten dom do mojej dyspozycji, gdyż same nie mogą już wyjeżdżać w teren.
 
W sektorze tym jedna z większych miejscowości Etswali (55 km na południe) nie była jeszcze odwiedzana przez misjonarzy.
 
Rozpocząłem moje podróże. Na motorower trzeba było zapakować wszystko: bieliznę osobistą, pościel z przykryciem, kuchenkę z paliwem i naczyniami, lampę naftową, przybory do Mszy św., oczywiście pożywienie na kilka dni. Tak załadowany motorower nie mógł dać sobie rady w piaskach czy błocie, także na wielu odcinkach trzeba było pomagać mu nogami i pchać. Nic dziwnego, że wracałem z licznymi ranami i poparzonymi przez rurę wydechową nogami.
Mój pobyt w wioskach trwał od dwóch do trzech dni. Zaczynał się wieczorem od spotkania ze wszystkimi mieszkańcami, często zwołanym przez miejscowego zapowiadacza, który przechodził przez całą miejscowość i wzywał wszystkich na spotkanie z misjonarzem. Oczywiście po przybyciu do wioski trzeba było zgłosić się do miejscowego szefa i z nim wszystko uzgodnić. Nigdy nie spotkałem się z odmową. Na drugi dzień spowiedź. Msza św. i Komunia św. Dopiero w południe czy po godzinie 17 można się było spotkać z dziećmi czy młodzieżą, gdyż ci od godz. 7 do 12 i od godz. 12 do 17 przebywali w szkołach. Jednak w tej dziedzinie spotykałem się z największymi trudnościami. Z jednej strony nie mogłem znaleźć nikogo, kto podjąłby się uczyć katechizmu i organizować modlitwy w niedziele. W 1972 r. ks. biskup zadecydował, że nie będzie dłużej płacił katechistom za ich pracę, że ci będą uczyć jako ochotnicy. Wszyscy odmówili. Co więcej katechista
Roger z Ngo odniósł się do sądu, by zmusić biskupa do dalszego płacenia. Przegrał w dwóch instancjach, ale z walki nie zrezygnował. Napełniony nienawiścią do nowych księży robił wszystko, by nikt nie podjął się nauczania, ani organizowania modlitw w niedzielę. Nawet po jednej godzinie. Jest to praca, a trzeba za nią płacić. Dlatego gdy nawet kogoś znalazłem, nie pozostawał długo. Sam też nie mogłem zapewnić systematycznego nauczania.
 
Z drugiej strony był to rozkwit partii komunistycznej, marksistowskiej i jej własnego dzieła: Związku Młodzieży Kongijskiej (ZMK). Związek ten stał się szansą a zwłaszcza tych, którzy na zwykłych drogach nie mogli awansować. Kadry nauczycielskie stały na bardzo niskim poziomie. Mówiono, że jeśli ktoś nie mógł zdać egzaminu dojrzałości, stawał się nauczycielem. Pewnego dnia przyszedł do mnie na dyskusję uczeń szkoły średniej i wmawiał mi, że katolik i katalog to jest jedno i to samo, dwa słowa jednakowo się zaczynają. Wszyscy nauczyciele byli zaangażowani w działalność polityczną tzn. głównie wygadywaniem przeciw Kościołowi i misjonarzom. Nierzadko oświadczano uczniom albo kościół, albo szkoła. Nierzadko też bito uczniów za uczestnictwo we Mszy św. lub w katechizacji. W tych okolicznościach moje wizyty ograniczały się tylko do spowiedzi, Mszy i Komunii św., już wcześniej ochrzczonych. Młodzież i dzieci przychodziły ale nie w grupach. Zawsze nie w godzinach Mszy i katechizmu aby nie być widzianym przez swoich nauczycieli. Taki kontakt nie mógł prowadzić do przyjęcia chrztu.
 
Po takich wizytach wracałem do centralnej misji do Gambomy przekonany, że w wioskach, które odwiedzałem pozostanie po mnie tylko wspomnienie. Coraz więcej utwierdzałem się w mojej opinii, by księża dla skuteczniejszej pracy nie pozostawali zgrupowani na jednej misji, skąd, jak to czynili, wyjeżdżali całą ekipą na kilka dni do wiosek. Raczej aby indywidualnie pozostawali w nich. Obniżyło by to koszty wypraw a nie skazałoby na samotność, gdyż małe dystanse i niskie koszty umożliwiłyby kontakt między nimi. Opinii tej do dzisiaj nikt ze mną nie podziela. My, księża diecezjalni jesteśmy przygotowani do pracy w pojedynkę. Ileż parafii w Polsce jest obsługiwanych przez jednego księdza. Księża ze zgromadzeń, wychowani i zobowiązani do życia wspólnotowego, nie mogą pozostawać w pojedynkę. Takiego zdania jest również obecny biskup Ernest Kombo. Jako jezuita płacze nad tymi, którzy żyją sami, powtarza, że praca misjonarza może być owocna tylko wtedy, gdy on pracuje w ekipie. Tym nie zmieni faktu, że sam dzieli misję i zostawia swoich księży samych na poszczególnych placówkach
W 1986 roku przy okazji 30-tej rocznicy powstania misji w Gamboma i z inicjatywy ówczesnego proboszcza ks. Bronisława Puchały, tamtejszy biskup Singha odciął od Gambomy sektor Ngo-Mpouya, czyniąc go samodzielną misją, a mnie za nią odpowiedzialnym. Już w marcu przeniosłem się na stałe do Ngo. Trzeba przygotować struktury. Rozpocząłem budowę w Ngo, w centrum potrzeba dużego budynku mieszkalnego i kościoła. Zacząłem od garażu (pojętego jako magazyn na wszystkie materiały) i sali katechetycznej, która na razie mi służy jako mieszkanie. Gdy doszło do budowy, zdecydowałem, że kaplica powinna być osobno od domu mieszkalnego. Później doszedł jeszcze trzeci budynek jako garaż - magazyn.
W wiosce Koumou na miejscu zniszczonej kaplicy - lepianki, nowa kaplica z mieszkaniem. Podtrzymuję wizyty w dawnych punktach, otwieram nowe w Ombimbie i Etsvali. W 1987 r. dołącza do mnie ks. Bronisław Rosiek. Po rocznej współpracy doszliśmy do wniosku, że dalsze działanie będzie skuteczniejsze i mniej kosztowne jeśli jeszcze raz podzielimy ten teren na dwie niezależne jednostki na Ngo i Mpouya. Na funkcjonowanie misji nie otrzymujemy żadnych subwencji.
Podział ten jest odpowiedni. Ngo i okolice, po wybudowaniu nowej asfaltowej drogi, pociągają mieszkańców małych wiosek, rozrzuconych w buszu. Powstają całe nowe i duże środowiska. Powstała potrzeba budowy nowego domu. Myślimy o budowie kościoła, by obsłużyć dawne punkty, otwierać nowe. Jest też ciągły kłopot z powodu braku wody. Do najbliższego źródła wody pitnej jest 15 kilometrów. Przez 6 miesięcy jest jedynie woda z rezerw wody deszczowej zbieranej w beczkach.
Miejscowość Mpouya, leżąca nad rzeką Kongo, była ogniwem łączącym szlak ze wschodu na zachód i transport wodną drogą tj. obszar jakichś 250 km2. W czasach kolonializmu szlak ten dobrze utrzymywany, jest więc mocno ożywiony. W samej miejscowości Mpouya instalują się biali przedsiębiorcy i handlarze. Pierwsi misjonarze dopiero przyszli w latach 40-tych. Tu też zaczyna działalność o. Robert, tu zakłada misję. Na skutek przemian politycznych, rewolucji, nacjonalizacji, biali uciekają z Mpouya. Po założeniu misji w Gamboma, również misjonarze rzadziej tu przybywają. Mpouya zaczyna upadać. Działalność białego misjonarza, budowa nowej misji, ożywia nieco uczucia i wspomnienia o dawnej świetności. Ale jako zlepek różnych plemion, skłóconych ze sobą, mimo, że tutaj jest baza marynarki wojennej, istnieje wielka możliwość rozruchów. Z racji oddalenia ta miejscowość wciąż nie odgrywa większej roli.
 
Kościół katolicki jest największą jednostką wyznaniową. Wśród rozbicia plemiennego, wśród licznych sekt, jest on znakiem jedności i przemiany. Nie ma efektywnych osiągnięć. Liczba wyznawców jest wciąż płynna, przychodzą, odchodzą, wracają. Liczba modlących się wciąż wzrasta. Nie jest zbyt wiele chrztów i udzielania innych sakramentów. Nie ma tradycji chrześcijańskiej, życia stowarzyszeń czy bractw. Myślę jednak, że chociaż bardzo powoli, dokonuje się przemiana ich mentalności.
Czy Kościół katolicki wzrasta? Czy praca misjonarza nie jest daremna?
W 1993 r. minęło 20 lat od rozpoczęcia pracy w Kongo tarnowskich księży fidei donum. W 1973 r. w Kongo były trzy diecezje. Dziś jest ich sześć. W samej diecezji Owando, w której Polacy zaczęli pracę było zaledwie 12 stacji misyjnych. Dzisiaj ta diecezja, po odłączeniu nowej diecezji Ouesso, ma 16 własnych parafii. Przedtem byli przeważnie biali misjonarze, dzisiaj w diecezji został tylko jeden zakonnik i to Afrykańczyk ze zgromadzenia Ducha Świętego.
Wszystkie misje, prócz „polskich” i jednej obsadzonej przez Franciszkanów włoskich mają już księży kongijskich. W wyższym seminarium duchownym w Brazzaville z naszej diecezji jest 29 seminarzystów. Przedtem święcenia odbywały się co 5, 6 lat, teraz już prawie rok po roku.
 
A księża tarnowscy? Na początku było ich trzech i na jednej parafii. Dzisiaj już są w pięciu diecezjach i w dziewięciu parafiach. Aktualnie jest ich w Kongo 14, ale wszystkich, którzy służyli Kościołowi kongijskiemu jako misjonarze było 23. Powrócili do pracy w innych warunkach, tylko dwóch pracuje w tarnowskiej diecezji, inni w Kanadzie, Ameryce, Francji, Belgii, Niemczech. Jeszcze trzy nowe misje z braku kapłanów czekają na otwarcie. Tarnowscy księża sprawują różne funkcje, oprócz, że są w pełni misjonarzami, powierza się im udział w Radach Biskupich, jeden jest wikariuszem generalnym, jest kilku dziekanów i kilku wikariuszy biskupich. Są członkami różnych Komisji, zaangażowani w duszpasterstwie specjalistycznym na szczeblu całego państwa lub diecezji. Jest to więc kościół młody, ale szacunkowo liczy się, że obejmuje 50% ludności. Jako młody jest jeszcze słaby, ale walczy, umacnia się i powiększa. Można powiedzieć, że ma w tym udział diecezja tarnowska.
 
Ks. Stefan Wal
 Mpouya - Kongo
Głoście Ewangelię  rocznik 1-4(1996)