Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Stanisław Łacny

 WSPOMNIENIA PIERWSZYCH DIECEZJALNYCH MISJONARZY

Otwieram dwumiesięcznik „Papieskie Intencje Misyjne” - gazetę, która dociera do każdej parafii w diecezji tarnowskiej i z ciekawością przeglądam zdjęcia, czytam komentarze mówiące o zaangażowaniu misjonarzy i misjonarek diecezji tarnowskiej w misyjną działalność Kościoła. Na jednej ze stronic, w samym rogu, widzę moje zdjęcie. Jest ono zrobione zaledwie przed rokiem z księdzem afrykańskim, pochodzącym z mojej misji - Mindouli, obecnie profesorem Wyższego Seminarium Duchownego w stolicy Konga - Brazzaville. Przybył na Wielkanoc, by pomóc mi w spowiedzi w misji oraz w obrzędach Wielkiego Tygodnia. W tym dniu pomagał mi unieszkodliwić kijem, widocznym w jego prawej ręce jadowitego węża. Trzymamy go obaj z tryumfem. Znalazłem go nie gdzie indziej tylko w mojej łazience.
 
Pod wspomnianym zdjęciem czytam objaśnienie: Ks. Stanisław Łacny z „pierwszej trójki z Oyo”, najdłużej pracujący w Afryce. Wpadam w zadumę. Rzeczywiście już 22 lata upływa, jak opuściłem Ojczyznę - Polskę, udając się w drogę misyjną do serca Afryki. A mnie tak się wydaje, jakby to było wczoraj. Pogrążam się w jeszcze większa zadumę, przenoszę się myślą w te dawne lata i snuję prawdziwie miłe wspomnienia.
 
W owym pamiętnym 1972 roku wszystko się zaczęło, albo raczej rozstrzygnęło. Nic dziwnego, bo jeszcze w czasie mego pobytu w Seminarium Duchownym sprawy misji interesowały mnie bardzo. Słuchałem z zaciekawieniem prelekcji misyjnych świeckiego misjologa, pana Józefa Rylewicza. Kiedy alumn Stanisław Jeż udał się do Pieniężna na rekolekcje misyjne czułem jakiś skryty żal, że ja nie pojechałem. Wówczas zresztą zajmowałem się kontaktem z głuchoniemymi, a w końcu przygotowania do diakonatu i kapłaństwa w 1967 roku pochłonęły całkowicie moje myśli. Jednak czytałem jeszcze listy misjonarzy z Indonezji i Zambii, które podawano sobie w Seminarium z rąk do rąk. Włączałem się w prowadzone na ich temat ożywione dyskusje, bo wyczyny misjonarzy pasjonowały już wówczas niemałą ilość alumnów. Przed samymi święceniami odbyło się niezapomniane spotkanie w auli seminaryjnej z misjonarzem przybywającym z Indii. Ojciec Bona, misjonarz z długą brodą, opowiadający ciekawie swoje przygody z Indii, obrazujący malowniczo zwyczaje ludu tego kraju utkwił mi głęboko w pamięci.
 
Później po święceniach przeżywane dwa tygodnie praktyki w parafii Gorzejowa, to jakby mała „praktyka misyjna”. Parafia górska, wówczas bardzo biedna, z punktem katechetycznym, do którego dojeżdżało się na koniu, gdzie dzieci uczyły się religii w małej kaplicy siedząc na betonie, przypomina mi te 15 wspólnot z ich kaplicami, które obsługuję aktualnie na terenie mojej misji Mindouli.
 
Początkiem 1972 do Paleśnicy, mojej drugiej po święceniach placówce duszpasterskiej, przybywa na urlop nasz ksiądz diecezjalny najdłużej pracujący w Ameryce Południowej - w Brazylii. Jest nim ks. misjonarz Tadeusz Adamczyk. Po spotkaniu z nim i po jednej z lekcji religii o misjach w wyniku refleksji nastąpiło błyskawiczne stwierdzenie: „Przecież złożyłem Panu w kapłaństwie raz na zawsze dar ze swego życia, niechże z tego daru skorzystają ci, którzy o Dobrym Bogu i Jego miłości nigdy nie słyszeli... obojętnie gdzie, ale pojadę na misje”.
 
Nie minął tydzień i wybrałem się do Kurii biskupiej i mego ordynariusza Jerzego Ablewicza ia powiadomić Go o podjętej decyzji, nie przypuszczając, że już trzech moich kolegów kapłanów, wyraziło taką samą ochotę wyjazdu na misje. Byli to ks. Stanisław Jeż, ks. Andrzej Piotrowski i ks. Wojciech Mach. Nie wiedziałem również, że Biskup Ordynariusz od dłuższego czasu, myślał wysłać kilku księży ze swojej diecezji do pracy misyjnej w Afryce.
Z pewnością, ówczesny biskup tarnowski, rozważając pierwszy w historii Kościoła dokument Soboru Watykańskiego II, poświęcony odpowiedzialności wszystkich za rozszerzanie Ewangelii na całym świecie (chodzi o dekret Ad gentes z 1965 roku), a nawiązujący do encykliki misyjnej Piusa XII „Fidei donum” z 1957 roku, uświadamiał sobie ważność i konieczność współpracy Kościoła tarnowskiego dla dobra Kościoła powszechnego. Sądzę również, że dokument ten, był dla ówczesnego Pasterza naszej diecezji inspiracją do posłania nas na misje.
 
Jak się później dowiedziałem to bardzo młody w biskupstwie, z północnej diecezji Konga Fort Rousset (obecnie Owando) Georges Singha zwrócił się do naszego Ordynariusza o „pożyczenie” mu na „kilka lat” księży, żyjących - jak mówił - „w tym samym klimacie politycznym, co jego diecezjalni księża”. To miało nam dać lepsze zrozumienie sytuacji Kościoła jego diecezji, a tym samym szansę do owocnej pracy. Dotarł on do naszego Ordynariusza za pośrednictwem Pro-Nuncjusza Środkowej Afryki abpa Tagliaferri, Prefekta Kongregacji dla Ewangelizacji Narodów Kard. Pignedoli, sekretarza Synodu Biskupów Polaka bpa Rubina i w końcu Dyrektora Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce bpa Wosińskiego. Dotarł i otrzymał zgodę na przydzielenie mu do pracy misyjnej czterech księży, a później za rok piątego (ks. Stefana Wala), równocześnie zgłaszających gotowość wyjazdu na misje. Zgodził się, bo jak sam twierdził, chciał wysłać swoich księży diecezjalnych do tych najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących ludów.
 
Biskupa Georges Singhę wielu wiernych z diecezji tarnowskiej miało okazję poznać w czasie jego późniejszej wizyty, zwłaszcza w Szczepanowie, Nowym Sączu i Nowym Wiśniczu w pamiętnym maju 1978 roku.
I tak kiedy bp Singha wypisywał zaproszenia, które potrzebne były przy staraniu się o paszporty, ja z miejsca wziąłem się do studiów języka francuskiego, poznając jego tajniki. Najpierw wygrzebałem gdzieś z głębi szafy podręcznik do jeżyka francuskiego mego starszego brata i patrzyłem z niedowierzaniem czy ja kiedyś potrafię mówić, czytać i pisać w tym skomplikowanym języku. Pomagał mi również w sylabizowaniu zdań student z Paleśnicy, a później to już były poważne i solidne dwumiesięczne studia w czwórkę u siostry Skibrickiej ze zgromadzenia sióstr Sacré-Coeur w Zbylitowskiej Górze, by zakończyć je kiedyś na czwartym stopniu znajomości tego języka po pięciomiesięcznym kursie w Paryżu na Alliance Francaise, tym razem w trójkę jako że ks. Wojciech Mach miał trudności w otrzymaniu paszportu.
 
W miesiącu październiku tuż przed wyjazdem żegnali mnie koledzy z mojego roku święceń. Otoczyli mnie koleżeńskim sercem przy ołtarzu w parafii Najśw. Marii Panny Królowej Polski w Mościcach. W obecności licznie zgromadzonych wiernych Ojciec Duchowny Jan Rec, a zarazem proboszcz tej parafii, zapewniał, że będą mnie wspomagać na zapleczu misyjnym.
 
To w tej parafii, zbiegiem okoliczności przeżywałem 16 lat później w 1988 r. jej 50-lecie towarzysząc mojemu obecnemu biskupowi Anatolowi Milandou z diecezji misyjnej Kinkala, który przewodniczył wówczas w składanej uroczyście Najświętszej Ofierze Chrystusa Pana w obecności Ordynariusza Jerzego Ablewicza i innych licznych znakomitych dostojników kościelnych i świeckich.
 
Po krótkim i rzewnym pożegnaniu z rodziną, kiedy to rodzice mówili „synu już Cię więcej nie zobaczymy” i również serdecznym pożegnaniu z parafią Nowy Wiśnicz odjechałem pociągiem 11 listopada 1972 roku do Rzymu z ks. Stanisławem Jeżem (obecnie Rektorem Polskiej Misji we Francji) i ks. Andrzejem Piotrowskim (obecnie pracującym w diecezji tarnowskiej w Nowym Sączu). Ci przezacni księża, a moi drodzy koledzy, wybaczą mi, że będę od tej chwili obrazował nasze wspólne losy, bo one toczyły się dla nas wszystkich z tzw. pierwszej trójki, podobnie.
 
Do Rzymu jechał z nami ks. bp Ordynariusz. W Wiedniu zatrzymaliśmy się na kilka godzin, by wstąpić do domu studiów św. Stanisława Kostki. W Rzymie 13 listopada w dniu naszych imienin, ks. Jeża i moich celebrowaliśmy Mszę Św. przy grobie naszego patrona Św. Stanisława Kostki na Kwirynale. 15 listopada z ks. Ordynariuszem i obecnym Ojcem Duchownym księży tarnowskich Kazimierzem Góralem zostaliśmy przyjęci przez Ojca Św. Pawła VI na specjalnej audiencji. Podczas niej otrzymaliśmy błogosławieństwo papieskie na drogę życia misyjnego i medalion przedstawiający Św. Jana Chrzciciela udzielającego Chrztu Panu Jezusowi. Widniał na nim wyciśnięty napis wzywający nas do zachowania i głoszenia jedności zgodnie z powołaniem chrześcijańskim, kapłańskim i misyjnym: „Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest” (Ef.4,5)
 
Przed opuszczeniem Rzymu bp Jan Wosiński udzielił nam kilku serdecznych pouczeń, a zwłaszcza wzywał nas do ubóstwa duchowo pojmowanego przy korzystaniu z różnych dóbr materialnych na misjach.

Ks. Bp Ordynariusz natomiast przed udzieleniem ostatniego błogosławieństwa, wyraził swoje życzenie mówiąc: „chciałbym byście popracowali na misjach tak z 10 lat, ale gdybyście nie mogli wytrzymać to wracajcie wcześniej”.
 
Końcem listopada wyjechaliśmy do Paryża i zatrzymaliśmy się w Domu Zgromadzenia Misyjnego Ducha Św. Wybór ze strony naszego Ordynariusza padł na to Zgromadzenie Ojców, gdyż było to po pierwsze biorąc pod uwagę sytuację ówczesnego Kościoła francuskiego Zgromadzenie, które rozsądnie i wiernie wprowadzało założenia II Soboru Watykańskiego, a po drugie Ojcowie z tego Zgromadzenia już od 1865 roku pracowali nad Ewangelizacją Konga. Aktualnie ich trzy domy znajdują się w Polsce; dwa na północy, a trzeci na terenie naszej diecezji w Zbyszycach nad jeziorem Rożnowskim.
 
Po raz pierwszy na obczyźnie we Francji przeżywaliśmy Adwent i okres Bożego Narodzenia po ojcowskim przyjęciu nas przez Rektora Misji Polskiej Prałata Bernackiego. Przed samymi świętami wzięliśmy udział w przygotowaniach wieczerzy wigilijnej dla francuskich kloszarów w jednej z dzielnic paryskich. Sami zaś wieczerzę wigilijną spożywaliśmy w podziemiach polskiego Kościoła Wniebowzięcia N.M.P. w Paryżu. tam też przy wigilijnym stole spotkaliśmy po raz pierwszy autorkę czytanej jeszcze przez nas w Polsce z wielkim zainteresowaniem książki „Szaleniec Boży” - panią Winiowską. W czsie studiów na Instytucie językowym w Paryżu siostra Maria od Krzyża udzielała nam lekcji rozmowy w języku francuskim i przygotowywała do pierwszych kazań w tym języku.
 
W Paryżu spotkaliśmy się z naszym nowym biskupem Georges Singha, który najprawdopodobniej towarzyszył bp Emile Biayenda w drodze do Rzymu po odbiór tytułu honorowego pierwszego w historii kościoła w Kongo Kardynała. Bp. afrykański w rozmowie z nami przedstawił wizję naszej przyszłej pracy misyjnej. Dał nam odczuć, że tam w sercu Afryki, na równiku pod gorącym niebem, w tropikalnej dżungli przyszli wierni parafianie już od wielu miesięcy na nas z utęsknieniem czekają. O potrzebie uczenia się jeszcze innych języków szczepowych poinformował nas po ojcowsku czarny bp. Była to jego troska byśmy mogli wejść lepiej w ich środowisko i zrozumieć szybciej ich problemy i potrzeby. Później już w kontakcie bezpośrednim z tubylcami zrozumieliśmy jeszcze lepiej prawdziwiść jego słów i tych  podobnych z Dekretu o Działalności Misyjnej Kościoła z Soboru Watykańskiego II, które wskazywały, że język jest nieodzownym narzędziem ewangelizacji ludu ze swoją kulturą, do którego misjonarze się udają i że dzięki umiejętności posługiwania się nim można zaleźć łatwiejszy dostęp do umysłów i serc ludzkich. Po zakończeniu kursu językowego tuż przed wyjazdem do Konga, Wielki Tydzień przeżywaliśmy w Ziemi Świętej. Było to jak na owe czasy wydarzenie niezwykłe, bo niewielu Polaków mogło wyjechać z Polski Socjalistycznej, a tym bardziej wziąć udział w pielgrzymce do kraju Bożego Objawienia.
 
Kilkunastu przyjaciół z Francji z grupy młodzieżowej biorącej udział w pielgrzymce urządziło składkę i z zebranych pieniędzy wynajęli specjalny samolot w Jerozolimie z lotem na Górę Synaj. Sami zrezygnowali z tej podróży by nam dać okazję, a mówili do siebie mniej więcej w ten sposób: „Ci trzej księża w czarnych kostiumach i koloratkach jadą do Afryki, by mogli później odważnie, wytrwale i mądrze głosić Słowo Boże na misjach”. Tam na jednym z głazów zdobiących szczyt Góry Synaj z której widoczna była w oddali rozległa pustynia o tej samej nazwie, miejsce przemarszu ludu Izraelskiego do Ziemi Obiecanej modliliśmy się żarliwie w ich intencjach i w naszych misyjnych, sprawując Najświętszą Ofiarę Ołtarza. Ale do tych wspomnień, zwłaszcza kontaktu z młodzieżą francuską jeszcze powrócimy.
 
Był pamiętny początek maja 1973 roku, kiedy opuszczaliśmy Paryż, by po 9-cio godzinnym locie samolotem, przelatując 10.000 m ponad chmurami, z lądowaniem i krótkim zatrzymaniu się w Libreville stolicy Gabonu, wysiąść na lotnisku Maya-Maya w stolicy Ludowej Republiki Konga – Brazzaville. Nazwa lotniska Maya-Maya nie ma nic wspólnego z pszczółką Mają, znaczy tylko tyle co Przyjdź-Przyjdź w języku tubylczym. I my przyszliśmy, a właściwie przylecieliśmy do tego „rozżarzonego kotła”, bo tak nam się wydawało stąpając po roztopionym od gorąca asfalcie pokrywającym płytę lotniska. Nie mieliśmy wiele czasu na obserwacje. Najpierw radosne spotkanie z Biskupem Singhą i kilkoma misjonarzami francuskimi, potem rozlokowanie się w hotelu dla księży znajdującym się koło katedry, pod wezwaniem Chrystusa Króla, a następnie uczta powitalna na plebanii przy kościele Św. Anny, wspaniałej świątyni nazwanej przez Kongijczyków II Katedrą Kongijską. W czasie tej uczty zostaliśmy przedstawieni tzw. „śmietance kongijskiej” tzn. wielkim ludziom tego świata i Kościoła pracującym w stolicy, a pochodzącym z diecezji naszego nowego biskupa. Spoglądaliśmy z zakłopotaniem na te czarne twarze i jeszcze przez wiele tygodni nie mogliśmy odgadnąć „która do kogo należy” bo wszystkie były w naszych oczach jednakowe. Podobno oni mają te same wrażenia przyjeżdżając po raz pierwszy do Europy.
 
W Brazzaville tuż po przyjeździe przeżywaliśmy uroczystości związane z nadaniem godności kardynała ks. bp. Emilowi Biayendzie. W świetnie zorganizowanej manifestacji religijnej na stadionie sportowym Eboué, mieszczącym się koło kościoła – katedry św. Anny, brały udział nawet wszystkie Kościoły ekumeniczne (w Kongu mniej więcej tylko połowa ludności jest katolicka) i wielcy dostojnicy państwowi – nic dziwnego, bo był to wielki honor dla Kościoła i państwa kongijskiego.
Za kilka dni zaprosił nas kardynał do parafii Nganguani, jednej z licznych w stolicy, z pięknym kościołem, którego ściany wewnętrzne zdobiły najpiękniejsze malowidła kongijskie przedstawiające sceny biblijne. Tutaj nasz kardynał udzielał sakramentu bierzmowania 200 kandydatom z rytuałem i w rycie kongijskim.
Po dwóch tygodniach pobytu w Brazzaville, 29 maja 1973 roku udaliśmy się samolotem linii krajowych na północ Konga do diecezji Fort Rousset, celu naszej podróży. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że te samoloty czasem spadają, gdy zapomną dolać paliwa gazoliny do maszyny, czy też wycieknie im ten płyn w drodze. Mieliśmy pozostać 2 miesiące przy biskupie, by poznać z grubsza język kongijski lingala, którym posługiwano się zwłaszcza w liturgii na północy Konga.
 
W lipcu odbył się zjazd wszystkich księży, braci i sióstr pracujących w tej diecezji, która wówczas obejmowała obszarem prawie połowę kraju. Biskup Singha przedstawił nas zgromadzonym i podał do wiadomości, iż obejmujemy misję w Oyo, leżącą nad dopływem rzeki Kongo zwanym Alima. Misja ta była zamknięta z powodu braku księży od 1971 roku. Na koniec biskup wręczył nam piękne terenowe auto produkcji angielskiej Land-Rover ku naszej wielkiej radości, bo myśleliśmy, że pieszo będziemy przemierzać wszerz i wzdłuż naszą rozległą Misję. To drogocenne auto, to był przesłany dar dla pierwszych Misjonarzy polskich pracujących w Afryce, od naszego rodaka kardynała Króla z Filadelfii.
 
Tym też autem udaliśmy się na oględziny naszej misji z końcem lipca tegoż roku, w towarzystwie ikariusza generalnego Emila Okoumou. Przed latami pracował on w tej misji, jak również dwóch biskupów kongijskich Benoit Gassongo i Georges Singha, a w początkowych latach traper, ojciec Jean-Jean ze zgromadzenia Ducha Świętego - spirytyn.
 
Pierwsze spotkanie z naszą misją było „nocne”. Dojechaliśmy z Fort Rousset do pierwszej wioski w naszej misji w Oyo już po godz. 18.00, a jako że noc na równiku zapada cały rok podobnie o godz. 18.00, a ranek budzi się o 6.00, więc przy snopach światła padającego z reflektorów naszego auta odkrywaliśmy naszą nową placówkę. Przedzieraliśmy się przez gęsty busz kierując auto zarośniętą piaskową drogą w kierunku kościoła, z którego wybiegały małe kózki kongijskie, bo w kościółku nie było drzwi, a w oknach widoczne były tylko dziurawe pustaki. Nadjeżdżając w snopie światła spostrzegliśmy zataczającego się staruszka, który wiózł na rowerze dymion kongijskiego wina zwanego „molengue”. Myśleliśmy, że podpity wraca z baru, jak to widzieliśmy nieraz wieczorami w naszej Ojczyźnie, wioząc swoje zapasy na następny dzień. Ale wkrótce przekonaliśmy się, że to nie był pijak, zresztą rzadko zdarzało nam się spotkać na drodze w Kongo pijanego, a już prawie nigdy leżącego. W tym wypadku był to całkiem trzeźwy, lecz w bardzo podeszłym wieku staruszek przewodniczący Rady Parafialnej, który wiózł wino na nasze spotkanie. Tam już przy kościele liczni nasi czarni bracia i siostry, mimo późnej godziny czekali z powitaniem wyciągając do nas przyjaźnie ręce i pokazując swe radosne twarze, na których widoczne były przy migotliwym świetle lamp naftowych tylko duże śmiejące się oczy i białe zęby. Następnego dnia objeżdżaliśmy wioski naszej nowej misji. Spotkanie przy tej okazji z umierającym staruszkiem opisano w 11 numerze „Echa z Afryki i innych kontynentów” z 1988 roku w artykule „Panie, naucz nas modlić się...”
 
 
Jako że Kościół w centrum nie miał jak dotąd nazwy, nadaliśmy mu Patronkę NMP Wniebowziętą i pod Jej opieką rozpoczęliśmy pracę. Jak ona wyglądała? Wystarczy popatrzeć na pracę księży w diecezji. Mało ona się różniła od naszej. Pracowaliśmy jako duszpasterze, szafarze Bożych łask, organizując życie parafialne w 20 odwiedzanych wioskach. Stosowaliśmy naturalnie odmienne nieco metody pracy zważywszy, że przyszło nam ewangelizować lud z grupy etnicznej „Bantu”, o religii tradycyjnej animistycznej, o innej zupełnie mentalności, innych zwyczajach, w ogóle o innej kulturze. Z czasem trzeba było ponadto spiesząc z posługą miłości okazać dużo cierpliwości, łagodności i opanowania. 
            W pierwszych miesiącach po objęciu przez nas misji w Oyo mieliśmy miłą niespodziankę. Otóż młodzi przyjaciele, poznani w czasie pielgrzymki do Ziemi Świętej, przyjechali do nas spiesząc nam z pomocą w urządzeniu budynków mieszkalnych. Utworzyli nawet wnet potem 2 stycznia 1974 r. Komitet Pomocy Misjonarzom Polskim Ewangelizującym Kongo (CAMPEC), który podobnie jak my obchodził niedawno 20 lat swego istnienia, a zatem pomocy duchowej i materialnej udzielanej w późniejszych latach wszystkim misjonarzom polskim pracującym w Afryce. Może założenie dzisiaj takiego Komitetu w naszej diecezji nie byłoby tylko marzeniem? CAMPEC od pierwszych miesięcy swego istnienia przydzielił nam do pracy i utrzymywał finansowo przez kilka lat dwie osoby świeckie. Akcja ta była podstawowym bodźcem do jego założenia. Trzeba naprawdę docenić ten gest, bo w trudnych warunkach, jakich nam przyszło rozpoczynać naszą pracę misyjną był on dla nas wielką pomocą. Pielęgniarka Marie Beatrice Omer Decugis i profesorka Marie Jeanne Eglin zajęły się animacją katechetyczną, prowadziły kurs szycia, organizowały punkty sanitarne we wszystkich wspólnotach naszej misji przez nas odwiedzanych. Przybyły one zakładając, że pozostaną do czasu przyjazdu sióstr polskich.
 
W krótkim czasie po objęciu misji w Oyo, prosiliśmy gorąco biskupa Ablewicza, o polskie siostry. Okazało się, że Ordynariusz zwrócił się z propozycją wyjazdu na misje do sióstr józefitek z lwowskiego zgromadzenia, które miały w swoich regułach opiekę nad opuszczonymi, chorymi i najbardziej potrzebującymi. I tak nadszedł ten radosny dzień 14 grudnia 1975 roku, kiedy wyjechaliśmy na lotnisko w Gamboma, w misji leżącej 90 km od Oyo, by witać przybywające pierwsze siostry józefitki. Były to: S. Eugenia Świątkowska, S. Rozanna Krzyżanowska. Już od 11 listopada tego roku przebywały na czarnym lądzie w Brazzaville i do dnia dzisiejszego pracują pięknie i wytrwale na misjach. Ich pierwsza przełożona z Oyo S.M. Eugenia Świątkowska po 17 latach pracy na misjach obecnie jako Matka Generalna dzierży ster tego zgromadzenia.
 
Niedługo po przyjeździe Sióstr witaliśmy misjonarza świeckiego tym razem Polaka pana technika Mariana Jeża z Nowego Sącza, którego starszy brat ks. misjonarz Stanisław już od dwóch lat pracował w Oyo. Przybywał na razie na nasze zaproszenie, by podjąć dobrowolną pracę na terenie naszej misji w Oyo. Kiedyś w 1978 roku, miał - na mocy kontraktu z bp. Singhą i z zapleczem finansowym organizacji niemieckiego episkopatu zwanej MISEREOR - zająć się sprawami technicznymi i budowlanymi na terenie całej diecezji, z siedzibą przy biskupie w Owando. Na razie na terenie naszej misji przystąpił do budowy wodociągu, z którego chciał korzystać nawet sam Prezydent Konga Sassou Nguesso, pochodzący z naszej misji. Statkiem z Brazzaville przez rzekę Kongo i jej dopływem Alima przypłynęły potężne słupy wysokiego napięcia, z których nasz pan technik Marian, rozpoczął budowę dzwonnicy dla otrzymanego pierwszego dzwonu, pierwszego z serii licznych dzwonów ofiarowanych prze 20 lat misjonarzom w Kongo i nie tylko w Kongo i to dzięki nieocenionej ofiarności naszych wiernych diecezji tarnowskiej. Przystąpił też do budowy budynków, które miały służyć do urządzenia nowoczesnej hodowli: króli, kaczek, kur i świń, jako że misja miała dać okazję tubylcom do nabycia tak rzadkiego w tym regionie mięsa. A następnie zajął się elektryfikacją naszego miasteczka, licząc na dwa agregaty, również dar diecezji tarnowskiej, przesłanych w skrzyniach drogą morską wraz z mieniem przesiedleńczym misjonarzy. Stało się to dzięki wspaniałemu zaangażowaniu misyjnemu dwóch naszych przyjaciół ks. Antoniego Poręby, kanonika honorowego Kapituły Katedralnej, wówczas ekonoma Seminarium Duchownego i prałata Eugeniusza Krężla pracującego w Kurii Diecezjalnej w Tarnowie. W późniejszych latach dzięki naszemu zaproszeniu, narzeczona naszego pana technika pani Krystyna przybywa do naszej diecezji, by podjąć pracę z młodzieżą. Niebawem zawarła ślub z panem Marianem w Kongijskim Kościele M.B. Wniebowziętej w Oyo przy dźwiękach tam-tamów, śpiewu lokalnego chóru i rozmodlonej w kościele, a później wiwatującej w niebogłosy z radości wspólnoty naszych czarnych sióstr i braci.
 
Po roku pracy w Oyo jeden z nas tzn. ks. Andrzej Piotrowski objął sąsiednią misję w Gamboma, a po odejściu ks. Stanisława Jeża do Brazzaville przyjechał do Oyo ks. Wojciech Mach. Po roku wspólnej pracy opuściłem Oyo, by objąć nową misję, w której do dzisiaj pracuję, leżącą na południu Konga - Mindouli. Na moje miejsce w Oyo przyszedł ks. Stanisław Pawłowski. Niedawno zamieścił pierwszą część swych wspomnień w dwumiesięczniku „Papieskie Intencje Misyjne” w artykule: „Miałem dwóch czarnych Ojców”. Z pewnością jego drugim ojcem był biskup Georges Singha. Myślę, że jego dalsze wspomnienia będą kontynuacją moich. Cieszę się, że właśnie on je dalej poprowadzi, jestem bowiem pełen podziwu dla jego gorliwej pracy misyjnej. A ja powracam na Czarny Ląd, do swoich, do mojej drugiej Ojczyzny, gdzie czeka na mnie lud, który pokochałem wraz z jego trudnościami, problemami i zwyczajami. Chciałbym jak najdłużej wśród niego pracować, ale na razie stawiam sobie pytanie, czy dożyję 25-lecia naszych diecezjalnych misji?
 
ks. Stanisław Łacny
 Mindouli - Kongo
Głoście Ewangelię  4(1994), 1-3(1995),