Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Wojciech Mach

 WSPOMNIENIA PIERWSZYCH DIECEZJALNYCH MISJONARZY

Moje powołanie misyjne zaczęło się tak, jak w wielu wypadkach od fascynacji osobami świętych i misjonarzy. Gdy w dzieciństwie jeszcze zwierzałem się pewnemu kapłanowi, że chciałbym być księdzem, ten mi odpowiedział: obyś był jak św. Wojciech twój patron. Później już w seminarium zawsze byłem pod wpływem lektur książek z życia misjonarzy: o ojcu Damianie, o św. Franciszku Ksawerym, o św. Maksymilianie itp. i w kontakcie z ojcami werbistami, którzy jak na tamte czasy dokonywali niesłychanego wyczynu wyjazdu na misje.
 
Te kontakty starałem się podtrzymywać także w pierwszych latach kapłaństwa, przemyślając w jaki sposób mógłbym i ja zrealizować moje pragnienia. Poszedłem do Ordynariusza śp. arcybiskupa Ablewicza, aby się zwierzyć z mojego zamiaru. Nie powiedział „nie”, ale nie wyglądał na zachwyconego. Przy okazji zjazdu koleżeńskiego na piątą rocznicę święceń, przypomniałem Mu się prywatnie. Ks. Biskup jakby zdenerwowany powiedział mi coś w tym sensie: „Nie zawracaj mnie i sobie głowy ta sprawą...”. Nie przestałem, lecz postanowiłem się związać z którymś ze zgromadzeń pracujących na misjach: a więc werbiści i Indonezja, albo franciszkanie, albo jako ksiądz diecezjalny we współpracy z zakonnikami, albo jako członek zgromadzenia. Wszystkie kontakty z przełożonymi zakonów kończyły się na miłych obietnicach zależnie co będzie możliwe.
 
Równocześnie praca w parafiach - sanktuariach: Zawada koło Dębicy i Bochnia stworzyły mi możliwości wykazania się i osiągania sukcesów. Praca z dziećmi i młodzieżą, schola dziewcząt, ministranci, organizowane wycieczki i spotkania, rekolekcje dawały dużo radości. Możliwość przemawiania do pielgrzymów, ich witanie i żegnanie, a przy tym zaatakowanie komuny dawały satysfakcję (choć to kosztowało przesłuchanie na UB). Zacząłem się czuć dobrze, pewny już swoich możliwości... ot, taka pierwsza stabilizacja w kapłaństwie, aż w czerwcu 1972 roku siedem lat od święceń dostaję z Kurii list wzywający mnie do samego Ordynariusza. Po co? Na dywanik? Może mnie chce proboszczem zrobić? A może te misje...?
 
„Chciałeś jechać na misje? - Tak. - Jest Kongo! Godzisz się? - Tak! Dostaniesz zwolnienie z placówki i zaczniesz naukę francuskiego w Zbylitowskiej Górze pod okiem sióstr Sacré-Coeur i równocześnie będziesz się starał o paszport”. Z francuskim dość nie było kłopotu. Pod okiem siostry powtarzaliśmy słówka, robiliśmy ćwiczenia i konwersacje. Wtedy jeszcze było nas czterech. Gorzej było z paszportem, bo władze UB gdy złożyłem podanie, przypomniały sobie o mnie, że mówiłem na nich brzydko i jeden z szefów miał powiedzieć: „Mnie raczej kaktus na dłoni urośnie niż on paszport będzie widział”. Nie pomogły odwołania - byłem spalony...
 
Ci trzej po pożegnaniu w diecezji, z krzyżami wręczonymi przez Ojca Św. w Rzymie szlifowali już język francuski na bruku paryskim, odbyli pielgrzymkę do Ziemi Świętej, startowali do Kongo, a mnie Biskup powiedział. „Skoro ci nie wyszło, to pójdziesz do Jodłowej na wikarego... Oczywiście możesz ponownie starać się o paszport”.Głupio mi było, ale wiedziałem, że to partia tylko odłożona, że po prostu muszę powalczyć.
 
Znaleźli się ludzie przyjaźni i mnie i sprawie misji, którzy uruchomili odpowiednie czynniki mające wpływ na decyzję - oczywiście w innym województwie. Przy tym zaufałem bezgranicznie cudownemu Dzieciątku Jodłowskiemu, powierzając mu tę sprawę w czasie odpustu w oktawie Bożego Narodzenia 1972 r. Jestem przekonany, że Jemu zawdzięczam to, że 25 marca 1973 r. czyli w uroczystość Zwiastowania mogłem odebrać paszport z uwagą, że mam wyjechać z PRL jak najszybciej i wymienić go za granicą na paszport konsularny. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać! W ciągu miesiąca zdobyłem i nadałem na statek cały ekwipunek misjonarski i bez pożegnań i wręczenia krzyża żeby nadrobić stracony czas, wsiadłem w pociąg najpierw do Rzymu, żeby zabrać pieniądze potrzebne na opłacenie nauki języka francuskiego, potem do Paryża.
 
Pięć miesięcy miało mi wystarczyć, żeby się po francusku dogadać i przynajmniej zacząć w tym języku pracę duszpasterską.
 
Dnia 17 grudnia 1973 r. wylądowałem na lotnisku Maya Maya w Brazaville, gdzie na mnie czekali koledzy z czwórki, już misjonarze w OYO.
 
Pierwsze wrażenie ze spotkania z Afryką to jakbym się znalazł w palmiarni... Parę dni pobytu w Brazzaville i podróż na północ - 420 km w tym tylko ok. 150 km asfaltu. Jeden z moich kolegów już z 5-cio miesięcznym stażem misjonarskim tak kalkulował, aby przed godz. 18-tą być w Gamboma, bo tylko do tej godziny prom na rzece Nkeni kursuje, co by się udało, gdyby nie jedna wpadka w błoto, a co za tym idzie rozładowywanie, wyciąganie i na nowo załadowywanie nowego Land-Rovera - daru Kardynała Króla z Filadelfi. W końcu, jednak nie zdążyliśmy się przeprawić i noc musieliśmy spędzić nad rzeką na stojąco lub podskakując, bo mustiki gryzły niesamowicie, za to w towarzystwie pasażerów wielu innych ciężarówek, którzy tak jak my tylko z murzyńską cierpliwością oczekiwali ranka.  Potem to już było szybko, bo trzeba było się spieszyć, by zajechać na Święta Bożego Narodzenia.
 
Wigilia to całodzienne przygotowanie żłóbka, strojenie kościoła, robienie porządków, a na wieczerzę zupa, która miała zastąpić 12 dań, był za to opłatek i pusty talerz, było gorąco i dużo muszek, które się pchały do światła i do jedzenia. A potem była pasterka przy biciu tam-tamów i w lingala, którym moi koledzy już się z dumą posługiwali - co więcej miałem wrażenie, że ludzie ich rozumieją bo kiwali głowami i momentami wzdychali ciężko. Na drugi dzień świąt trzeba było wg tradycji pojechać do Owando na sesję duszpasterską. Mówią mi, że dobrze by było gdybym zabrał mój bagaż, bo biskup może mnie zostawić na naukę języka lingala. Posłuszny spakowałem się jeszcze raz i jedziemy. Na miejscu najpierw przedstawienie się. Mówię że się nazywam Mach Wojciech, a oni w śmiech: „przecież to niemożliwe do wymówienia”. Daj nam coś po francusku. No to niech będzie Adalbert od Adalbertus z łaciny. Tak więc od tej pory jestem w Kongo znany jako Adalbert i szkoda mnie szukać pod innym imieniem.
 
Wtedy odczułem to jako próbę zamachu na moją identyczność osobową! Dopiero wiele później zrozumiałem to raczej jako chrzest i bierzmowanie na misjonarza.
 
Druga niespodzianka to, że biskup bez cienia wątpliwości z radością mi oświadczył, że moim miejscem pracy będzie Owando na stanowisku wikarego katedralnego u proboszcza, który równocześnie był wikariuszem generalnym. Innymi słowy wikary u czarnego wikarego. Pod okiem tegoż to proboszcza przystąpiłem żwawo do nauki języka lingala. Z iście afrykańską wytrwałością odbyliśmy 3 lekcje, po czym mój nauczyciel oświadczył, że musi jechać do Brazzaville a ja go zastąpię pewnie godnie ze znajomością języka we wszystkich funkcjach duszpasterskich. I dobrze bo szybko zrozumiałem, że mogę liczyć tylko na samego siebie.
 
Moim zadaniem numer jeden było duszpasterstwo w wioskach zaniedbanych od lat. W niektórych z nich były jeszcze kaplice lub resztki kaplic, starzy katechiści wydzwaniający na Anioł Pański rano w południe i wieczorem i zaganiający siłą na katechizm polegający na wkuwaniu pytań i odpowiedzi, co dawało rezultaty akurat odwrotne do zamierzonych, bo komunistyczni nauczyciele już zdążyli wmówić uczniom, że Boga nie ma a religia to opium dla mas.
 
Trzeba więc było na zgliszczach zaczynać od nowa organizować wspólnoty parafialne, formować katechistów i odpowiedzialnych za wspólnoty wiejskie. Kontakt z młodzieżą był trudny ze względu na indoktrynację komunistyczną, stałą inwigilację, której dokonywali pionierzy tzw. „Młodzieży Socjalistycznej Konga”.
 
Mimo tych niedogodności udało się zorganizować katechizm z młodzieżą, a nawet założyć pod patronatem misji drużynę futbolową, której gracze przybrali sobie za imiona: Dejna, Lato, Szarmach itp. bohaterowie złotej jedenastki. Momentem przełomowym w relacjach misja-młodzież był moment gdy nasza drużyna zdobyła mistrzostwo (puchar) miasta Owando. Sam biskup Singha go wręczał.
 
Lata w Owando to były przede wszystkim lata experymentu i wczuwania się w myślenie i kulturę kongijską. Pomogły mi w tym wieczorne pogawędki (jedyna rozrywka) z biskupem Singhą.
 
Zorganizowałem też i prowadziłem hodowlę świń za co przylepiło mi się nazwanie : „świniarz biskupi”.
 
Po czterech latach pierwszy urlop w Polsce a potem do Oyo, gdzie miałem pracować w ekipie polskiej tzn. z siostrami zakonnymi ze Zgromadzenia św. Józefa oraz współpracownikami świeckimi.
 
Po powrocie z urlopu na początku była mała wpadka ze zdrowiem. Którejś nocy poczułem mocny ból w brzuchu połączony z wymiotami. Był tak mocny, że zemdlałem. Szybko przetransportowano mnie do szpitala w Owando, gdzie prześwietlenie potwierdziło tylko wcześniejsze przypuszczenie, że to skręt jelit. Lekarze chińscy całą noc bezskutecznie próbowali swoich metod, biorąc mnie na ręce i podrzucając, z nadzieją, że jelito samo się rozwiąże. Gdy stwierdzili, że to nie wystarcza postanowili organizować transport do Brazzaville samolotem, licząc że tego samego dnia będzie lot wewnętrznych linii lotniczych. Linia Congo! Owszem był, ale 24 godziny później. W stolicy z kolei, gdy już tam się znalazłem był problem z antybiotykami potrzebnymi do operacji. Tylko dzięki przytomności s. Racheli i pani Beatrice (obie pielęgniarki), udało się skompletować wszystko i wyprostować moje jelito.
 
Przeżyłem i w ten sposób zacząłem drugi etap mojej działalności misyjnej w Kongo. Tym razem wśród Mbochi w Oyo, które wnet potem, wraz z dojściem do władzy Sassou zaczęło przybierać na znaczeniu politycznym i ekonomicznym. W komunistycznej i wypełnionej nienawiścią atmosferze, ale za to w dobrze rozumiejącej się ekipie duszpasterskiej złożonej z księży i sióstr, prowadziliśmy pracę nad zakładaniem wspólnot parafialnych w coraz to nowych wioskach. Niektóre były bardzo trudno dostępne. Stosowaliśmy z powodzeniem metodę memoryzacji, tzn. pamięciowego opanowywania tekstu Ewangelii w języku Mboschi, z wyciąganiem przez wszystkich uczestniczących wniosków do wprowadzania w życie.
 
Tego rodzaju metoda oczywiście wymagała permanentnej formacji odpowiedzialnych za wspólnoty i katechistów, co oznaczało przynajmniej raz na rok sesję formacyjną w misji centralnej i osobne przygotowanie każdej liturgii i każdej lekcji.
 
Praca społeczna to prowadzenie apteki, jedynej w całej okolicy, to leczenie za darmo w wioskach, gdzie nie było przychodni lekarskiej, to nauka szycia i kroju dla kobiet. W dziedzinie gospodarczej to prowadzenie wzorcowego gospodarstwa hodowli kur, kaczek, królików i świń na potrzeby własne i ludzi, ale przede wszystkim, by chętni mogli się czegoś w tej dziedzinie nauczyć. Był to też okres budowy albo przebudowy kaplic.
 
Po dziewięciu latach „gospodarowania” w Oyo na życzenie bpa Ablewicza, zjechałem jeszcze bardziej na południe, do samej stolicy, by tutaj pełnić funkcję proboszcza i po trochu ekonoma w domu, który jest własnością polskich-tarnowskich księży pracujących w Kongo. Oni to, gdy przyjeżdżają do stolicy mogą się tu zatrzymać i znaleźć coś do jedzenia.
 
W Brazzaville duszpasterstwo ma inny charakter. Z jednej strony pewne ułatwienia: prąd i woda (oprócz dni kiedy ich brakuje), możliwość kupienia wszystkiego, jeśli się ma pieniądze, ale także problemy ludzkie bardziej skomplikowane. Bardziej też widać różnice społeczne i podziały na biednych i bogatych. Dzielnica Plateau des 15 ans to dawni urzędnicy wojskowi administracji państwowej francuskiej, którzy po 15-tu latach pracy już mieli prawo do renty, zdążyli się pobudować i usytuować, niektórzy doszli do pokaźnego majątku. Tu też mieszkają dawni i obecni ministrowie i ambasadorowie, ale obok nich bieda i studenci przymierający głodem. Obłąkani wałęsający się po ulicach i szukający kawałka chleba na śmietnisku, dzieci spędzające noce na stołach straganów.
 
Nasza wspólnota parafialna musi być wspólnotą świadectwa, musi przynajmniej próbować te problemy widzieć i rozwiązywać. Dlatego staramy się uaktywniać wszystkie grupy parafialne wyznaczając im odpowiednie zadanie duszpastersko-charytatywne: odwiedziny chorych w domach i w szpitalu, opieka nad umysłowo chorymi, pomoc w nauczaniu w szkole dla dzieci niepełnosprawnych umysłowo, pomoc dla biednych, pomoc ubogim studentom. Wszystko to pod kierownictwem Komisji Caritasu parafialnego i w oparciu o Radę Parafialną. Duży nacisk kładziemy na formację katechistów, a także na formację świeckich poprzez kursy z teologii, biblii, eklezjologii, historii Kościoła, mariologii itp. Lekcje są prowadzone przez profesorów seminarium, a poziom intelektualny wymagany – matura. Po skończeniu 4-letniego cyklu formacyjnego uczeń otrzymuje z rąk ordynariusza dyplom.
 
To z tymi ludźmi – mającymi świadomość Kościoła – można organizować życie parafialne. To są te elity, które biorą odpowiedzialność za wspólnoty. Parafia Jezusa Zmartwychwstałego jest już moją trzecią placówką duszpasterską w Kongo. Wnet minie 8 lat mojej pracy w tej parafii. Jest u nas zasada, że się w jednym miejscu pracuje najwyżej 10 lat. Co potem? Niech Pan decyduje.
 
 
 
ks. Wojciech Mach
Kongo Brazzaville
Głoście Ewangelię  4(1994), 1-2(1995)