Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

Wspomnienie o Janie Czubie


Ks. Jan Piotrowski był misjonarzem w Kongo przez 6 lat. Ostatni rok jego pobytu w Afryce był jednocześnie pierwszym dla księdza Jana. Spotkania "na misyjnym szlaku", jak i znajomość z okresu studiów teologicznych dają podstawę do niniejszego świadectwa.

Zawsze gotowy do służby...

Wspomnienie o nieżyjącym już księdzu Janie Czubie rozpocznę od pewnego wydarzenia, a właściwie od niedłu-giej rozmowy i kilku słów, jakie wypowiedział w Nowym Targu, w przeddzień przyjazdu Ojca Świętego Jana Pawła II do tego miasta w 1979 roku. Otóż, jako klerycy tarnow-skiego seminarium, w dosyć pokaźnej liczbie, znaleźliśmy się na Podhalu w charakterze porządkowych na placu pa-pieskiej celebry. Wieczorem miejscowy ksiądz proboszcz poprosił mnie o kilku kleryków do zabezpieczenia placu wokół ołtarza na całą noc. Sam, jako odpowiedzialny za tarnowską grupę, nie miałem wyboru, to raczej obowiązek nakazywał mi spędzić pod niebem deszczową noc, z czwar-tku na piątek, w oczekiwaniu na przyjazd Papieża. Nie-wielu było chętnych na taką propozycję, czemu się wca-le nie dziwiłem. Wśród pierwszych, jak dobrze pamię-tam, był Janek Czuba, wówczas kleryk pierwszego roku tarnow-skiego seminarium. Z właściwą sobie odwagą powiedział: "Jestem gotowy do służby...". Wtedy nie nosił jeszcze su-tanny i zapytał, czy nie mógłby włożyć "krótkiego stroju". Nie czułem się do tego upoważniony, aby dawać pozwo-lenie. Zrozumiał to bardzo szybko i pozostał na służbie wraz ze mną przez całą noc, tuż obok ołtarza papieskiego.

Znajomość od seminarium, aż po misyjny szlak

Nasz wspólny pobyt w seminarium tarnowskim trwał tylko dwa lata. Był to mój piąty i szósty rok klerycki. Janek dopiero rozpoczynał przygotowanie do kapłaństwa. Nie wiem dlaczego, ale jego ascetyczną twarz i dynamiczną sylwetkę zapamiętałem bardzo dobrze. Kiedyś nawet py-tałem go o pokrewieństwo z ks. Kazimierzem Czubą, ów-czesnym proboszczem w miejscowości Rudy Rysie. Z tej to bowiem parafii na misje do Konga Brazzaville wyjechał ks. Kazimierz Nowak, budowniczy nowoczesnego kościoła. Wkrótce nasze drogi się rozeszły, aby się znowu spotkać na kongijskiej ziemi.
Kiedy Janek przyjął święcenia kapłańskie w 1984 roku, ja wraz z moimi kolegami - ks. Janem Kudłaczem i ks. Marianem Pazdanem rozpoczęliśmy misyjne przygoto-wanie w oficjalnie otwartym w Warszawie Centrum For-macji Misyjnej, gdzie za kilka lat trafił Janek ze swoimi kolegami misjonarzami - ks. Piotrem Świdrem i ks. Mar-kiem Muszyńskim. Nasze drogi misyjne skrzyżowały się już w dalekim Kongu, gdzie w tym czasie pracowała naj-większa liczba tarnowskich fideidonistów, począwszy od prezydenckiego miasteczka Oyo, poprzez Gambomę, Ngo, Mpouya, Brazzaville, Mindouli, Loulombo, Dolisie, aż do Divenié. Jak widać, z tej krótkiej geografii misyjnej, udział tarnowskich kapłanów w ewangelizacji Konga był bardzo poważny. Można ich było spotkać na przestrzeni ponad tysiąca kilometrów.

Gotowy służyć aż do męczeństwa

Nie ma nic z patosu w tych słowach, jeśli odczytuje się je w kontekście nagłej i niespodziewanej dla nas śmierci księdza Jana. Spotkania kongijskie, a także te wakacyjne, w Polsce, były doskonałą okazją do rozmowy, a Janek miał o czym mówić. Nie była to sztuka dla sztuki, zawsze miał wiele planów, które konsekwentnie realizował. Plany duszpas-terskie, budowy, formacja katechistów czy odwie-dziny w wioskach. Wiele razy dzielił się swoimi troskami na łamach czasopism misyjnych, nie pomijając biuletynu misyj-nego diecezji tarnowskiej "Głoście Ewangelię". Cza-sami wiele osób spoglądało na jego poczynania bardzo kryty-cznym okiem. Dziś wiem, że nie wszyscy mogli go zrozumieć. Ludzkie oceny okazały się zawodne, on był gotowy służyć aż do męczeństwa. On sam jednak o uznanie nie zabiegał.

Kochał Kongijczyków niepodzielnym sercem - tak jak on to potrafił. Przez to był niepowtarzalny. Sam czas brato-bójczej wojny, niepewności jutra i niedostatków nie osłabił jego oddania sprawie misyjnej. Był doskonale zoriento-wany w sytuacji politycznej i grożących mu niebezpie-czeństwach. To już nie tylko pot, ale jego własna krew wsią-kła w kongijską ziemię. Kiedy ksiądz Jan spędzał swój ostatni urlop w Polsce, wydawał się być bardzo pokorny i dyskretny, nawet mało obecny. Podobnie było 28 czerwca 1998 roku na spotkaniu tarnowskich misjo-narzy w Czcho-wie - Kozieńcu. Jego duch i myśli były gdzieś daleko. Któż z obecnych mógł wtedy odgadnąć jego tajemnicę?

Misjom oddał wszystko

Niespełna rok temu świętowaliśmy jubileusz 25 - lecia pracy tarnowskich fideidonistów w Kongo. Nic dziwnego, że czas jubileuszu to czas radości, podsumowania pracy i dokonań. Z tej okazji odbyło się sympozjum misjologiczne w seminarium w Tarnowie. Za kilka dni nadeszła ta niespo-dziewana wiadomość: ksiądz Jan Czuba nie żyje! Kiedy to usłyszałem, w duchu odczułem, że to jest nie tylko możliwe, ale i prawdziwe, przecież w Kongo trwała wojna. Łzy same popłynęły mi z oczu i ten telefon do mojej mamy z prośbą, aby ofiarowała swój wieczorny różaniec za spokój duszy księdza Jana Czuby... Innej wiadomości już nie było, wszyscy potwierdzali tę najgorszą - ksiądz Jan Czuba nie żyje.

Uroczystości pogrzebowe - zarówno w katedrze jak i w Słotowej - były ostatnim słowem o męczeńskiej śmierci naszego misjonarza. Dziś warto zapytać, dlaczego wielu kapłanów nie znalazło czasu na wspólną modlitwę. To nie kto inny, ale nasz brat w kapłaństwie z diecezji tarnowskiej ofiarował na "ołtarzu" kongijskiej ziemi swoje młode życie, pełne entuzjazmu i głębokiej wiary w Chrystusa. W moim odczuciu, pierwszy Wielki Czwartek (1999) po śmierci Misjo-narza był doskonałą okazją do przeprowadzenia na-szego kapłańskiego rachunku sumienia. Przypomnienie bogatej postaci księdza Jana, przez służbę i męczeństwo, mogło być pytaniem o naszą kapłańską wierność Chrystu-sowi i nasze zaangażowanie w sprawy misji. Szkoda, że za-brakło tego odniesienia. Gdzieś w głębi mojej duszy tkwi przekonanie, że śmierć księdza Jana Czuby nie jest da-remna, a poniekąd jest ona wielkim zobowiązaniem dla pasterzy i kapłanów diecezji tarnowskiej, aby nie słabło jej misyjne zaangażowanie.

Na zakończenie

Wiele mówiono i napisano o księdzu Janie Czubie po jego niespodziewanej śmierci w Loulombo, przy końcu października 1998 roku. Podobno istnieje poważna idea i wola nadania jego imienia Diecezjalnemu Domowi Misyj-nemu w Czchowie - Kozieńcu. To wszystko będzie nie-wystarcza-jące, jeśli ta śmierć nie postawi nam zasad-niczych pytań o kształt naszej kapłańskiej posługi, bez wzglę-du na to, jakie stanowiska i funkcje mamy do wypeł-nienia. We mnie trwa to przekonanie i prosta ocena jego pracy, iż mis-jom dał wszystko, całe swoje młode życie. Od chwili jego śmierci praca misyjna fideidonistów tarnow-skich zna smak nie tylko potu, trudów i choroby, ale także smak i kolor krwi. Jest to dziedzictwo bardzo świeże, ale jakże ewangeliczne i zobowiązujące.


Ks. Antoni Kmiecik jest dyrektorem krajowym Papieskich Dzieł Misyjnych. Był wychowawcą księdza Jana za jego czasów semina-ryjnych, opiekunem kleryckiego koła misyjnego, którego ksiądz Jan był prezesem. Był również kaznodzieją na prymicyjnej Mszy księdza Jana. Świadectwo ks. Anto-niego posiada więc specjalną wagę.

URZECZYWISTNIENIE BOŻEGO PLANU

W Uroczystość Serca Jezusowego 1989 roku w kościele Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Gorlicach Arcybiskup Jerzy Ablewicz dokonał uroczystego posłania trzech misjonarzy: ks. Marka Muszyńskiego do Republiki Środkowoafrykańskiej oraz ks. Piotra Świdra i ks. Jana Czuby do Konga-Brazzaville.

"Moi drodzy - mówił wtedy - niech ożywia was świadomość, że jesteśmy współpracownikami Boga w realizowaniu Jego planu. A wam, drodzy trzej misjonarze, którzy macie wnet znaleźć się w Afryce, życzę, abyście zawsze mieli szczęście płynące z tej świadomości, że współpracujecie z Chrystusem - pierwszym Arcypasterzem i pierwszym Misjonarzem. Niech ta świadomość, że ręce wasze są przedłużeniem rąk Chrystusa, będzie dla was źródłem radości nawet wśród smutku, źródłem uśmiechu nawet wśród łez, źródłem szczęścia nawet wtedy, gdy będziecie przeżywać to, co świat zwykł nazywać nieszczęściem. I ufam, że tak będzie, bo Chrystus tak człowieka prowadzi, że staje się on szczęśliwy nie tyle przez urzeczywistnianie własnych planów życiowych, ile przede wszystkim przez urzeczywistnianie tego planu, który Bóg ma w stosunku do nas".

Zachwyt Bożym planem zbawienia

Ks. Jan Czuba był misjonarzem rozmiłowanym w Kongo już od lat seminaryjnych, kiedy to był alumnem najbardziej zaangażowanym w pracę na rzecz misji. W roku akademickim 1982/1983 był prezesem tarnowskiego Koła Misyjnego Kleryków. Jako wychowawca i opiekun tego Koła miałem okazję podziwiać gorliwość kleryków. Przy pomocy Koła i jego Prezesa organizowaliśmy wówczas diecezjalny Referat Misyjny i zaczynaliśmy też wydawanie biuletynu misyjnego "Głoście Ewangelię", dzięki któremu udało się przybliżyć w duszpasterstwie Kościół w Kongo, który w 1983 r. obchodził stulecie ewangelizacji. Atmosfera misyjna i wyrosłe z niej zainteresowanie Kongiem były bardzo wtedy żywe i porównałbym je z początkowym zrywem związanym z wyjazdem pierwszych tarnowskich misjonarzy. Wystarczy wspomnieć, że w tym roku z Seminarium wysłano 220 paczek, nie licząc kilku skrzyń, spakowanych przez kleryków pod kierunkiem prezesa Jana Czuby. W pracy Koła Misyjnego należy podkreślić - obok miesięcznych spotkań formacyjnych i przygotowywania odpowiednich nabożeństw oraz gazetek dla całej wspólnoty seminaryjnej - zorganizowanie w kwietniu 1983 roku międzyseminaryjnego dnia misyjnego z udziałem kleryków z Przemyśla, a także alumnów od Redemptorystów z Tuchowa oraz Filipinów z Tarnowa.

Entuzjazm misyjny alumna Jana Czuby można z pewnością określić jako zachwyt Bożym planem zbawienia, który obejmuje wszystkich ludzi. Czuwał on nad regularną wysyłką do Konga komunikantów, świec, dewocjonaliów. Nie było więc dla mnie zaskoczeniem, że po dwóch latach pracy w parafii Bobowa sam zgłosił gotować do pracy w tym kraju.

"Laska Boża działa..." - napisał w pierwszym liście z Mindouli, opowiadając o sakramencie namaszczenia chorego Artura, o zawarciu przez niego sakramentu małżeństwa, przewiezieniu do szpitala w Zairze i jego liście zaczynającym się od "matondo", tzn. "Bóg zapłać".

Misjonarz, który dojrzał...

Pracował najpierw u boku ks. St. Lacnego w Mindouli, a następnie objął samodzielną misję w Loulombo. Zmysł praktyczny w organizowaniu pracy, którym się zawsze odznaczał, konsekwencja w realizacji zadań i optymizm wiary to zasadnicze cechy jego misyjnej pracy.

W czasie ostatniego urlopu w Ojczyźnie odwiedził uczestników diecezjalnej Szkoły Animatorów Misyjnych w Czchowie na Kozieńcu. Mówił do nich o swojej pracy i problemach, z jakimi boryka się Kościół w Kongo. Słuchacze - sami zaangażowani w różny sposób w działalność duszpasterską - mieli wspaniałą możliwość doświadczenia powszechności Kościoła.
O sobie mówił zwyczajnie, z uśmiechem. Opowiadał o codziennej pracy, o radościach i kłopotach w organizowaniu razem ze świeckimi pracy duszpasterskiej. Nasi animatorzy, duchowni i świeccy, otrzymali obraz wspólnoty, w której aktywny udział świeckich nie jest pozorowany.

Ludzie pytali o stereotypowe trudności, których nie pomijał milczeniem, ale też ich nie wyolbrzymiał, przechodząc zaraz do pozytywnych aspektów każdego zagadnienia. Są takie osoby, również wśród misjonarzy, które opowiadają o trudnościach i problemach aż do zgaszenia ostatniej iskry entuzjazmu. Ks. Jan zaś budził entuzjazm, dając zawsze pozytywny obraz misji.
Powiało też grozą, gdy mówił o wojnie domowej w 1987 r. i o tym, jak udało mu się ujść z życiem. Opowiedział również o tym, jak w czasie wielogodzinnego zebrania przekonał swoich wiernych o potrzebie zachowania spokoju; jak przekonał ich, że nie trzeba brać udziału w bezsensownej walce. W Loulombo podczas tej wojny było więc spokojnie.

Gdy słuchałem jego świadectwa, uświadomiłem sobie, że po kilku latach pracy jest tak bardzo dojrzałym misjonarzem, patrzącym na Kościół i sprawy misji w duchu nauczania Kościoła, a jednocześnie pełnym młodzieńczego optymizmu i entuzjazmu. Po wiadomości o jego śmierci zrozumiałem, że... dojrzał do nieba.

Zobaczyć Boży plan

Oto tajemnica Bożego planu. Po ludzku bardzo szkoda tak dobrego i dojrzałego misjonarza, który miał tyle planów, entuzjazmu i misyjnego doświadczenia. Jednakże żniwo jest Pana i Pan zabrał żniwiarza. Nam pozostaje prosić Pana żniwa, aby posłał robotników. - I z pewnością ich wyśle, bo Jego jest żniwo.

Arcybiskup Jerzy Ablewicz, posyłając ks. Jana na misje, mówił o szczęściu płynącym z urzeczywistniania planów Bożych. Myślę, że to życzenie spełniło się i w życiu, i w śmierci ks. Jana. W życiu - bo zachował optymizm i radość pomimo tego, co świat nazywa nieszczęściem. On był misjonarzem szczęśliwym. W obliczu niebezpieczeństwa gotów był na wszystko, jak napisał w pośmiertnym już liście do ks. A. Kurka, swojego poprzednika w Loulombo. W chwili śmierci ludzie opętani nienawiścią aż do obłędu uczynili mu wielką krzywdę. Bóg zaś,
w co mocno wierzymy, uczynił go na zawsze szczęśliwym.

Próbuję zobaczyć Boży plan w perspektywie spotkania z ks. Janem. Najpierw w Seminarium i u początku jego kapłaństwa, gdy na prymicjach w rodzinnej parafii mówiłem mu kazanie o "prymicjach" Chrystusa oraz mocy Ducha Świętego w posłaniu kapłana. W końcu ostatnie spotkanie w sierpniu, serdeczne i przyjacielskie, które wcale nie miało być ostatnie. Planowaliśmy bowiem świętować również w Loulombo 25-lecie pracy tarnowskich fideidonistów w Kongo. On te 25 lat przypieczętował swoją krwią. Wierzę, że pieczęć ta gwarantuje moc Ducha Świętego dla tych, którzy z tarnowskiej diecezji znów zostaną posłani.

zobacz także reportaż fotograficzny

Wydział Misyjny Diecezji Tarnowskiej, ul. Legionów 30, 33-100 Tarnów, tel. 014/63-17-370; fax 014/63-17-379;